Strona główna » Popiołek: Legia się w Lublinie rozsypała. Teraz musi podjąć ryzyko – pytanie tylko jak duże
PLK

Popiołek: Legia się w Lublinie rozsypała. Teraz musi podjąć ryzyko – pytanie tylko jak duże

0 komentarzy
Czy Wojciech Kamiński miał rok temu swój udział w sprowadzeniu Tyrana De Lattibeaudiere do Legii i to dlatego budowę obecnej drużyny Startu rozpoczął od pozyskania tego skrzydłowego? Czy Legia może znaleźć sposób na powstrzymanie Jamajczyka? Na czym polega w finale problem Mate Vucicia? Dlaczego trudno spodziewać się, by Kameron McGusty zaczął nagle oddawać po 20 rzutów w meczu? Czy w niedzielę obejrzymy w Lublinie meczu nr 7?

Marek Popiołek, czyli zdobywca Pucharu Polski z 2024 roku z Legią, w ostatnim sezonie trener Śląska II Wrocław, a poza tym trener reprezentacji Polski B, która latem wystąpi na Uniwersjadzie jest naszym stałym ekspertem podczas playoff Orlen Basket Ligi 2025.


Michał Tomasik: Start wyglądał na drużynę lepszą już w meczu nr 3 finału, choć go przegrał. Był nią niewątpliwie w meczu nr 4, a w środę kompletnie zdominował Legię. Jesteś zaskoczony?

Marek Popiołek: Tym, że Start wygrał dwa ostatnie mecze – nieszczególnie mocno. Jeszcze przed poniedziałkowym meczem w Warszawie powtarzałem przecież, że ta drużyna wcale nie została złamana i jedno zwycięstwo w tej serii może jeszcze zmienić wiele. Albo i wszystko. To dwie drużyny na bardzo zbliżonym poziomie sportowym, ale na pewno po dwóch ostatnich meczach mogę powiedzieć po raz pierwszy z dość dużą pewnością jedno: to Start Lublin jest faworytem do zdobycia mistrzostwa Polski! 

Oglądając Legię w dwóch ostatnich meczach w oczy rzucały się jej trzy problemy. Sportowy – gdy Michał Krasuski ograniczył poczynania Andrzeja Pluty, organizacja jej gry się znacząco pogorszyła. Mentalny – w meczu nr 5 goście wyglądali na załamanych faktem, że w poprzednim starciu w końcówce stracili szansę na 3:1. I fizyczny – mam wrażenie, że Start z każdym meczem podkręca tempo, a Legia coraz gorzej wysokie znosi. Który z tych kłopotów sztab szkoleniowy warszawskiej powinien martwić najbardziej? 

Tak naprawdę to wszystkie trzy, każdy po trochu. Na pewno słabsza postawa uporczywie spychanego przez Michała Krasuskiego na swoją słabszą, lewą stronę Andrzeja Pluty jest problemem Legii. Podobnie jak niska skuteczność całej drużyny w rzutach za 3. Jak ktoś tylko spojrzy na końcowe statystyki Pluty po meczu nr 5 i zobaczy w rubryce „punkty” liczbę 20, to powie: ale o co chodzi, dobry mecz? Prawda jest jednak taka, że większość z nich Andrzej zdobył, gdy losy meczu były rozstrzygnięte. Uwolnienie go spod nacisku defensywy Startu będzie przed meczem nr 6 jednym z większych wyzwań dla trenerów Legii. Tak naprawdę w środę w grze drużyny gości najbardziej zastanawiała mnie jednak inna rzecz. 

Jaka? 

Zastanawiająco słabe przygotowanie mentalne drużyny do walki. Legia popełniała straty, które na tym poziomie rywalizacji rzadko się zdarzają. One dodatkowo napędzały i tak próbujący przecież grać szybko w tej serii Start. Liczba elektryzujących kibiców wsadów, które w środę wykonali koszykarze z Lublina była czymś, w finale PLK jest widywane bardzo rzadko. Proste straty i banalne błędy w defensywie, po których zawodnicy z Lublina zdobywali bezkarnie punkty spod kosza – ten obrazek się powtarzał kilkukrotnie. Z gry Legii po meczu nr 6 zapamiętam go najlepiej.

To jeszcze trzeci element – przygotowanie fizyczne. Start ma w nogach w w playoff o trzy mecze więcej od Legii, a wygląda na drużynę świeższą. Jak to możliwe?

Trudno to jednoznacznie ocenić, muszę tu wrócić do swojej uwagi sprzed meczu nr 4 – w tej serii wciąż jeden mecz może odmienić wszystko. Na pewno Start jest jednak drużyną, w która chętniej podkręca tempo w tej serii, a jak mu się to udaje – mentalnie rośnie. Nie jest dla mnie zaskoczeniem jedno: że przewagę fizyczną nad swoimi odpowiednikami z Legii zaznaczył duet Tyran De Lattibeaudiere – Ousmane Drame. Tego się można było spodziewać. Natomiast skala poziomu ich dominacji z meczu nr 5 była zadziwiająca. Przecież Mate Vucić w poprzednich seriach playoff grał naprawdę świetnie i wydawał się akurat do twardej, fizycznej walki gotowy.  

Przy Ousmane Drame Chorwat momentami wygląda jak młodszy brat. Środkowy Startu w sześciu meczach playoff miał aż trzy razy double-double z podwójną liczbą zbiórek – Vucić żadnego. 

To fakt, lecz nie zapominajmy o jednym – Vucić ma w tej serii naprawdę pod górkę. Podkoszowi Startu świetnie się uzupełniają. Atakują Legię w grze tyłem do kosza na zmianę, a na dodatek Drame fantastycznie rozciąga grę, trafiając raz za razem za 3. Przecież on w tej serii ma zza łuku skuteczność na poziomie 12/21! Tak silny i trafiający rzuty środkowy o jego parametrach to skarb. Trener Kamiński świetnie z niego korzysta. 

Drame może być śmiało wymieniany w roli kandydatów do zgarnięcia nagrody MVP, jeśli Start faktycznie sięgnie po mistrzostwo. Komu byś tę statuetkę wręczył, gdyby rywalizacja toczyła się tylko do trzech zwycięstw? 

Na pewno komuś z duetu Osumane – Tyran. Pewnie rzuciłbym obecnie monetą. Oczywiście, Manu Lecomte też gra znakomicie, jest mózgiem Startu, ale nieprzypadkowo w środę mógł zagrać tylko 18 minut, spędzając mnóstwo na ławce rezerwowych, masując swój obolałby mięsień, a w grze Startu nic się nie zawaliło. Zaddbał o to także duet Courtney Ramey – Tevin Brown. W mojej opinii to De Lattibeaudiere i Drame są dwoma najlepszymi zawodnikami Startu w tej serii. 

Przy okazji – rozprawmy się z legendami na temat tego jak Tyran De Lattibeaudiere trafił do PLK, skoro został w poprzednim sezonie graczem Legii, gdy byłeś jej trenerem. Czy twój poprzednik na tym stanowisku, a więc obecny trener Startu, który opuścił Warszawę kilka tygodni przed dołączyłem Tyrana do zespołu też miał w tym transferze swój skromny udział? Później od pozyskania tego zawodnika rozpoczął budowę obecnego zespołu z Lublina…

Nie. Szukając dodatkowego skrzydłowego do ówczesnego składu Legii Tyrana wybraliśmy już z ofert graczy trafiających wówczas do klubu już bez udziału trenera Kamińskiego. Pamiętam ten moment, w którym – analizując kandydatury kilku koszykarzy – zdecydowałem, że Tyran może być najlepszą opcją. Moją uwagę zwróciło to, jak świetnie – jak na 33-letniego gracza z dość ubogim koszykarskim CV, w którym dominowała gra w niższych ligach w Hiszpanii i Francji – De Lattibeaudiere wypadł na początku poprzedniego sezonu w kilku meczach Ligi Mistrzów, grając w roli tymczasowego zastępstwa medycznego w Le Mans. Warto jednak też podkreślić, że wielkim orędownikiem sprowadzenia tego gracza do Warszawy był mój ówczesny asystent – i obecny asystent Heiko Rannuli – Maciej Jamrozik. W trakcie naszego procesu poszukiwań znajdował się pod wielkim wrażeniem możliwości Tyrana. 

Skoro można zakładać, że sztab szkoleniowy Legii wie o De Lattibeaudiere właściwie wszystko, to może znajdzie sposób na to, by go zatrzymać? 

To możliwe, choć nie zapominajmy jak nietypowym graczem jest Tyran. Połączenie jego siły i zasięgu ramion jest zawsze dużym problemem dla obrony rywali, szczególnie jak trafia też rzuty z półdystansu. No i te nieskończone pokłady energii… Poziom jego przygotowania fizycznego do gry, wyrzeźbienia ciała jest biorąc pod uwagę standardy spotykane w PLK na absolutnie elitarnym poziomie. Widziałem tylko jednego zawodnika, który mógł się pod tym względem z nim równać: to był Christian Vital. 

W składzie Legii w poprzednim sezonie znajdował się też inny atleta – Aric Holman, którego De Lattibeaudiere był jedynie zmiennikiem. Z perspektywy czasu: masz wrażenie, że potencjał Tyrana nie został wówczas w pełni wykorzystany? 

Tu już możemy prowadzić jedynie akademickie dyskusje. Nie mam wątpliwości, że mogliśmy osiągnąć więcej, ale ówczesna Legia i obecny Start to jednak dwie inne drużyny, nie czas i miejsce, by je teraz porównywać. Pamiętam zresztą, jak po jednym z przegranych przez nas z Kingiem meczów ćwierćfinału playoff Piotr Karolak na łamach SuperBasket zarzucał mi, że zbyt długo na ławce przetrzymałem Holmana, stawiając w tamtym momencie meczu na Tyrana (śmiech). Koszykówka nie jest zero-jedynkowa. Nie ma sensu teraz wracać do tamtych chwil, ciekawsza jest tocząca się walka o złoto. 

Legia wydaje się być w defensywie, a ma dodatkowy problem, bo w meczu nr 5 z powodu urazu nie mógł zagrać Keifer Sykes. To akurat jeden z tych graczy, o których nieraz mówiłeś, że może zrobić w playoff sporą różnicę. Jak dużym problemem dla warszawian byłby jego brak w piątkowym meczu?

Bardzo dużym, bo to zawodnik, który choćby w trzecim meczu półfinału z Anwilem czy czwartym finału udowadniał, że jest w stanie zmieniać tempo gry Legii, dać jej impuls do ataku. Doświadczenie w playoff naprawdę procentuje. Sykes ma go więcej niż Pluta czy McGusty. 

A propos McGusty’ego… MVP sezonu zasadniczego w finale zdobywa średnio niecałe 16 punktów na mecz, choć od dwóch meczów nie jest już poriorytetem defensywy Startu. Skuteczność ma wysoką, asyst mnóstwo, ale czy od gracza kalibru MVP nie powinniśmy oczekiwać, że przyjdzie w końcu mecz, gdy weźmie na swoje braki 20 rzutów, a nie 13-14? Szczególnie gdy, tak jak teraz, jego zespół znajduje się pod ścianą?

Oczekiwać jako kibice możemy, ale to nie jest takie proste. Taka zmiana zaburzałaby cały system gry zespołu, nad którym przecież trener Rannula ze swoim sztabem usilnie pracował przez ostatnie ponad 3 miesiące. Ten finał, podobnie jak cały tegoroczny playoff, zaskoczył nas już jednak tyle razy, że niczego nie można wykluczyć. Także tego, że McGusty na meczu nr 6 wyjdzie z dużo bardziej agresywnym i asertywnym nastawianiem. Pewne jest jedno – sztab Legii w grze swojej drużyny musi coś zmienić. 

Raz już zmienił – przed meczem nr 4, wycofując z pierwszej piątki Michała Kolendę i wstawiając do niej Aleksę Radanova. To był błąd?

Z perspektywy czasu można tak powiedzieć, bo obaj zawodnicy w dwóch kolejnych meczach nie spisali się najlepiej, ale na pewno ta decyzja była przemyślana. Nie znamy przecież całego planu taktycznego Legii na tę serię. 

Jeśli chodzi o Radanova, to na pewno bardzo ciekawy zawodnik. Ma swoje niezaprzeczalne atuty, jest fizyczny, walczy w obroniem, ale oddawanie piłki w jego ręce zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem. Pytanie jak duże Legia musi już w tej serii obecnie podejmować pozostaje otwarte. 

Czego spodziewasz się po meczu nr 6? 

Walki do upadłego. Podobnie jak przed meczem nr 4 przestrzegałem przed skreślaniem Startu, tak teraz nie wierzę, by Legia – stojąc już pod ścianą – mogła się mentalnie rozsypać się tak, jak w środę w Lublinie. Kibice w Warszawie na pewno stworzą piekielną atmosferę. Ona powinna wznieść ten zespół na wyżyny. 

Będziemy w niedzielę w Lublinie świadkami meczu nr 7? 

Tak!