– Zamykanie meczów jest w tym momencie naszym największym kłopotem. Mamy jednak także problem z jakością gry rezerwowych ballhandlerów – takie mocne wotum nieufności wobec Bena Shungu zgłosił po weekendowym meczu w Szczecinie, w którym Legia uległa Kingowi 81:83 trener mistrzów Polski Heiko Rannula.
Wprost, podczas konferencji prasowej.
Co ciekawe, tego Shungu nie było w końcówce tego meczu na parkiecie. A mówimy o końcówce, w której przez ostatnie 3 minuty i 40 sekund koszykarze Legii nie byli w stanie trafić do kosza z gry i choć prowadzili 79:69, przegrali – ten decydujący fragment gry aż 3:15 i cały mecz.
Szoku jednak tak naprawdę nie ma tu wielkiego. Nie jest żadną tajemnicą, że od pewnego czasu zarówno dyrektor sportowy Aaron Cel, jak i sam Rannula sondują rynek transferowy, chcąc pozyskać nowego gracza obwodowego, który miałby zastąpić właśnie Shungu. Ten w ciągu 16 minut gry w Szczecinie zanotował zerowy występ pod względem punktów i asyst. Popełnił za to trzy straty.
Jego następcę Legia może zaoferować kontrakt w wysokości ok. 10 tysięcy dolarów miesięcznie.
Wszystkie grzechy Legii
Co wydarzyło się na finiszu meczu w Szczecinie? Patrząc z perspektywy warszawskiego zespołu – nic dobrego.
– cztery faule
– trzy straty
– trzy niecelne rzuty z gry
– trzy zbiórki w ataku Kinga
– trzy trafione rzuty wolne (na cztery oddane)
Wyglądało to mniej więcej tak:
Chociaż na cenzurowanym znalazł się Shungu, to jak widać wyżej z organizacją gry przy mocnej presji Jeremy’ego Roacha i Anthony’ego Robertsa nie poradzili sobie także zarówno Andrzej Pluta, jak i Jayvon Graves.
Mimo tego Legia wciąż mogła ten mecz wygrać. Gdyby tylko nie bardzo pochopny faul Shane’a Huntera.
Prezent od podkoszowego rywala wykorzystał Serb Nemanja Popović, który na linii rzutów spisuje się najlepiej z grona wszystkich podstawowych centrów Orlen Basket Ligi. Dzięki dwóm trafieniom w końcówce meczu z Legią jego skuteczność gry w tym elemencie wynosi już niecałe 82 procent.
O jeden time-out za daleko
Od początku sezonu ciekawym aspektem w oglądaniu meczów Legii jest obserwacja momentów, w których trener Heiko Rannula prosi przerwy w grze.
Czasami wydają się one mało oczywiste, gdyż szkoleniowcowi Legii często wystarczy jedna akcja – zazwyczaj zepsuta w obronie – by wezwać do siebie swoich koszykarzy.
Tak było choćby poniżej, gdy po zamianie krycia Race Thompson zdecydowanie zbyt łatwo pozwolił Jeremy’emu Roachowi na minięcie go – atakując praktycznie w prostej linii – i w konsekwencji na zdobycie punktów.
W czym zatem haczyk? Legia prowadziła wtedy 15:10. Kamery stacji Polsat pokazały obóz Legii podczas narady i sposób w jaki ze swoimi zawodnikami rozmawiał Rannula bardzo do mnie trafiał. Estończyk spokojnie przypominał o przedmeczowych założeniach, a przekaz wydawał się być spójny i dostarczony właściwie.
Efekt? Ten już nie był tak korzystny. Chociaż chwilę później było nawet 21:14 dla gości, to King zakończył jednak kwartę runem 10:0, a trener Legii nie bardzo miał już wtedy możliwość zareagować.
Do czego zmierzam?
– Never interrupt your enemy, when he is making a mistake (Nie przerywaj swojemu przeciwnikowi, gdy ten popełnia błąd) – to powiedzenie, przypisywane samemu Napoleonowi Bonaparte, nie jest chyba ulubioną maksymą szkoleniowca mistrzów Polski.
Próba naprawienia własnych słabości jest ważna, ale czy na pewno trzeba to robić w momencie, w którym zespół przeciwny wydaje się mieć być może nawet większe problemy we własnym obozie?
Jeszcze większe wątpliwości w kwestii meczowych decyzji Heiko Rannuli wzbudziła sytuacja z końcówki trzeciej kwarty.
Trener Legii poprosił o przerwę 30 sekund przed końcem tej części gry. Co z tego, że dopiero pierwszy w tej połowie. Nawet, gdyby akcja Legii po timeoucie zakończyła się powodzeniem i tak uważałbym jego decyzję za błędną.
W czwartych kwartach potrafią zdarzać się tak różne wydarzenia, że zdecydowanie lepszą opcją jest pozostawianie jak największej liczby przerw na żądanie do swojej dyspozycji na te decydujące momenty. Nawet, gdyby ostatecznie nie wszystkie miałyby zostać wykorzystane.
Czasami kończy się to bowiem, jak w niedzielne wczesne popołudnie. W pełnym zwrotów akcji meczu, ostatni timeout został ostatecznie użyty przez trenera Legii niecałe 2 minuty przed zakończeniem regulaminowego czasu gry.
W decydujących akcjach jego gracza musieli już liczyć przede wszystkim na siebie.
Oddać Kingowi co królewskie
Legia w Szczecinie przegrała, ale nie można zapominać, że King ten mecz przecież również wygrał.
Trener Maciej Majcherek i jego zespół w wielu momentach znajdował się w niedzielę pod ścianą. Zaczęło się od problemów zdrowotnych wielu graczy w poprzedzających go dniach, a już na samym początku koncepcję gry Kinga w ataku mocno przetestowała defensywa Legii.
Czy w 2026 roku da się grać w wyjściowej piątce obwodowym zawodnikiem, który trafia w sezonie zaledwie co piąty rzut z dystansu?
Początek spotkania i dość bezczelne odpuszczanie Anthony’ego Robertsa przez Wojciecha Tomaszewskiego sugerowało, że niekoniecznie.
W niedzielę King za każdym razem znajdował jednak sposoby na omijanie pułapek rywali, choć w tym emocjonującym meczu przegrywał zarówno 12:21, jak i 64:76, a cały zespół trafił zaledwie 5 z 28 rzutów zza linii 6.75 metra.
W jaki sposób zatem wygrał? Zadecydowały o tym przede wszystkim aż 52 punkty zdobyte z pola trzech sekund, w tym 14 po wymuszeniu strat Legii. No i oczywiście obrona!
Chociaż w końcówce spotkania wielką pracę wykonali w niej Jeremy Roach i Anthony Roberts, to chciałbym zwrócić uwagę na być może najbardziej niedocenianego obwodowego obrońcę w Orlen Basket Lidze.
Noah Freidel!
Moje słowa to nie tylko efekt chwilowego zachwytu dwoma efektownymi blokami na Benie Shungu i Andrzeju Plucie. Szczeciński Amerykanin w wielu sytuacjach okazuje się po prostu trudny do minięcia, a jego umiejętności po bronionej stronie boiska powinni pamiętać choćby kibice we Włocławku.
To właśnie Freidel był przecież graczem, który w końcówce pasjonującego meczu Anwilu z Kingiem powstrzymał w decydującej akcji Isaiaha Muciusa.
Czy zatem pozyskanie w przerwie letniej 25-letniego obwodowego to spektakularnie udany strzał szczecińskiego zespołu?
Nie do końca. Powód? Amerykanin zawodzi w roli, do której pełnienia go sprowadzano – łowcy punktów. Zdobywa ich co prawda średnio po ponad 9 w każdym spotkaniu, ale z gry trafia zaledwie 38 procent prób. Ponieważ mało ma okazji do zdobywania punktów z linii rzutów wolnych, zaawansowane statystyki są dla niego bezlitosne. Jego wskaźnik TS%, określający prawdziwą skuteczność rzutową, ledwo co przekracza 50 procent. Za przyzwoitość uchodzi wskaźnik o 5 procent wyższy.
Freidela bronią jednak zaawansowane statystyki zespołowe. Jego wskaźnik „on/off”, pokazujący różnicę w grze zespołu z nim na parkiecie i bez niego, wynosi aż plus 12.9, co jest najlepszym wynikiem wśród podstawowych graczy drużyny Kinga – dane tradycyjnie podaję za „Pulsem Basketu”.
Czytanie zaawansowanych statystyk to jednak wyzwanie samo w sobie. Trener Maciej Majcherek musi sobie sam odpowiedzieć na pytanie, czy to Freidel jest tak dobry, czy po prostu bez niego w grze i zagrożenia, które mimo wszystko sprawia obecnością na parkiecie, problemy jego zespołu w grze na dystansie stają się po prostu zbyt wyraźne.
Być może na tyle wyraźne, że King powinien rozważać korekty w składzie?
Trenerskie Deja Vu
Debiutujący w roli głównego trenera szkoleniowiec powinien szczecinian niewątpliwie z pierwszych miesięcy pracy być zadowolony. King wygrał 10 z 15 spotkań, zapewnił sobie rozstawienie w turnieju o Puchar Polski, a jemu osobiście udało się stworzyć zespół, który potrafi wygrywać mecze nie tylko wtedy, gdy przebiegają one lekko, łatwo i przyjemnie.
Praca szkoleniowca charakteryzuje się jednak także tym, że nigdy nie ma końca.
Chociaż kolor koszuli się zgadza, powyższa wypowiedź nie pochodzi z konferencji po meczu z Legią. Już po zakończeniu spotkania z GTK Gliwice – wygranego w połowie grudnia po walce 85:78 – szczeciński trener zastanawiał się nad dużymi różnicami we wskaźniku „plus/minus” wśród jego zawodników.
Wtedy różnica choćby pomiędzy Jovanem Novakiem i Jeremym Roachem wynosiła aż 44 (!) punkty. Zespół zyskiwał, gdy jego grę prowadził serbski playmaker, a tracił, gdy ster w ręce brał debiutujący w Europie Amerykanin.
Miesiąc później sytuacja się powtórzyła. I jednocześnie – jakże efektownie odwróciła! W meczu przeciwko Legii różnica we wskaźniku tego duetu sięgnęła aż 47 „oczek”. Tym razem jednak na korzyść pewnego w grze od początku spotkania, a przede wszystkim skutecznego w końcówce Roacha.
Czy z tak diametralnie różnych statystyk z dwóch spotkań można wyciągnąć jakieś wnioski? Ustawienia, które nie działają, sposoby defensywy rywali, z którymi w tak diametralnie różny sposób radzili sobie gracze, czy może po prostu przypadek wynikający ze zbyt małej próbki danych?
W takich momentach cieszę się, że moje nazwisko nie widnieje na liście płac Kinga Szczecin i to nie ja muszę podejmować próbę rozwikłania tego galimatiasu.