poniedziałek, 27 kwietnia 2026
Strona główna » PLK zza kulis: Anwil wyrzucony za burtę Pucharu Polski! Zapała odpalił tryb „Bestia”. Inny pomysł Ronena Ginzburga
PLK

PLK zza kulis: Anwil wyrzucony za burtę Pucharu Polski! Zapała odpalił tryb „Bestia”. Inny pomysł Ronena Ginzburga

0 komentarzy
To już pewne – Anwil nie wystąpi w lutym w Sosnowcu w turnieju finałowym o Puchar Polski. Ostatecznie przesądziło o tym niedzielne zwycięstwo Dzików z Zastalem, choć tak naprawdę decydujące było roztrwonienie przez włocławian 16-punktowej przewagi w drugiej połowie sobotniego starcia z Treflem. Jak do tego doszło?

– Wtedy pomyślałem, że my ten mecz przegramy – powiedział Estończyk Kasper Suurorg na konferencji prasowej po zakończeniu spotkania, w którym jego Trefl Sopot POKONAŁ Anwil Włocławek 83:74.

Czy obwodowy gospodarzy miał na myśli sytuację z połowy trzeciej kwarty, gdy przewaga gości – po trójce Michała Michalaka – sięgnęła nawet 16 punktów (40:56)?

Nie.

Chodziło o zamieszanie z jego końcówki, w którym wspomniany kapitan Anwilu przechytrzył Mindaugasa Kacinasa i uniknął błędu połowy. To doprowadziło do celnej „trójki” Isaiaha Muciusa, która 104 sekundy przed końcem dała gościom remis (74:74).

Kto wtedy jednak skutecznie odpowiedział?

Uczynił to właśnie Suurorg, który wykorzystał nieporozumienie w obronie Erica Locketta i Michalaka, by celnym rzutem za 3 momentalnie ponownie wyprowadzić Trefl na prowadzenie.

Gospodarze nie oddali już do końca.

Ba, nie pozwolili rywalom zdobyć już choćby punktu.

Powtarzalność, powtarzalność i jeszcze raz powtarzalność

Sopocianie w sobotę zagrali bez lekko kontuzjowanego Paula Scruggsa i walczącego z chorobą Mikołaja Witlińskiego. Podstawowego środkowego Trefla zabrakło już w drugim kolejnym spotkaniu, co po raz kolejny otworzyło szansę gry w pierwszej piątce i większych minut dla Szymona Zapały.

24-letni uczestnik EuroBasketu 2025 takie szanse wykorzystuje!

W meczu w Zielonej Górze Zapała zdobył 13 punktów i zebrał 5 piłek, a najbardziej imponował bieganiem do szybkiego ataku oraz wczesnym zajmowaniem pozycji pod koszem.

– Do your work early (wykonuj swoją robotę jak najwcześniej) – powtarzają często amerykańscy trenerzy tamtejszym podkoszowym, namawiając ich do jak najszybszego zajmowania głębokiej pozycji w polu 3 sekund.

Zapała w ubiegłym roku kończył uniwersyteckie granie na bardzo prestiżowej uczelni Michigan State. Nie ma wątpliwości, że trenerów zwykł słuchać.

W pierwszej połowie meczu z Anwilem był jednak nieskuteczny i dość powolny w decyzjach podkoszowych. Najbardziej dał się zapamiętać z akcji, w której popisowo zablokował go Tyler Wahl. Po zmianie stron gra Polaka wyglądała jednak nieporównywalnie lepiej. Tak zresztą, jak całego sopockiego zespołu. Zapała szybciej podejmował decyzje, stwarzał szanse do lepszych kątów podań i wykorzystywał swoje znakomite warunki fizyczne.

Gdy Szymon Zapała uruchamia tryb „Bestia” (nie mylić z Adamem Hrycaniukiem, którego serdecznie pozdrawiam) jest naprawdę trudny do zatrzymania!

Efekt? 8 z 11 trafionych rzutów z gry, co ostatecznie dało mu 18 punktów, do których Zapała dołożył 6 zbiórek.

Najważniejsze było jednak końcowe zwycięstwo sopockiego zespołu, który przegrał trzy z czterech ostatnich spotkań.

Nic dziwnego, że swojego środkowego chwalił również jego obecny szkoleniowiec Mikko Larkas. Fin nie omieszkał jednak dodać, że chciałby częściej widzieć wersję Zapały z drugiej połowy spotkania. Powtarzalność – to słowo klucz do rozwoju talentu naszego podkoszowego gracza w drugiej połowie sezonu.

Miękcy” jak poduszki

Fiński szkoleniowiec w pierwszych tygodniach pracy w Polsce wydawał mi się w pomeczowych wypowiedziach raczej sztampowy, ale ostatnio konferencje prasowe z jego udziałem stają się coraz barwniejsze. Nie osiągnął jeszcze swobody wypowiedzi z poziomu Ainarsa Bagatskisa, ale widać potencjał na ściganie bezkonkurencyjnego póki co w tym elemencie łotewskiego szkoleniowca Śląska Wrocław.

Najciekawiej jest wtedy, gdy Larkas ma okazję do krytyki swoich zawodników. W pierwszej połowie starcia z Anwilem, nieprzekonująca postawa wspomnianego Zapały nie była w jego zespole wyjątkiem.

Czy podobnie wysoki potencjał medialności posiada również nowy trener Anwilu Ronen Ginzburg?

Na razie niewiele na to wskazuje, chociaż nowy szkoleniowiec włocławian również dogłębnie odpowiada na pytania dziennikarzy. Także, jak się okazało, po przegranych meczach. Sobotnia porażka 74:83 była przecież dla niego pierwszą w Orlen Basket Lidze.

Główna jej przyczyna? Zdaniem Izraelczyka były nią zbiórki, chociaż łączne statystyki tego nie potwierdzały – Trefl miał ich tylko o cztery więcej (46:42), a tak cenionych piłek wywalczonych w ataku, zaledwie o jedną więcej (16:15).

Tak wyczekiwany powrót Mate Vucicia mógłby jednak pomóc Anwoliwo nie tylko w samej walce pod tablicami, ale przede wszystkim w zamienianiu zbiórek ofensywnych na punkty. W sobotę z 15 zebranych w ataku piłek Anwil wygenerował zaledwie 4 punkty.

Mało. To zdecydowanie poniżej „stopy zwrotu”, którą od swoich graczy w tego typu akcjach oczekują szkoleniowcy na całym świecie.

Ewentualny powrót chorwackiego środkowego zakończy być może również pytania o brak minut dla Dawida Słupińskiego, na które trener Ginzburg musi póki co odpowiadać praktycznie po każdym meczu.

W sobotę owe pytania wydawały się uzasadnione. Ponownie problemy z nadmiarem fauli mieli przecież Tyler Wahl i Kacper Borowski. Obaj nie dokończyli spotkania, a Słupiński jest jedynym podkoszowym, który gabarytowo mógłby postawić się agresywnemu w 2. połowie Zapale.

Cóż, Ronen Ginzburg miał inny pomysł.

Niesamowita niemoc Fridrikssona

Truizmem będzie napisanie, że każda porażka boli. Prawdą jest również to, że z każdej przegranej można wyciągnąć więcej wniosków niż ze zwycięstwa – szczególnie w sytuacji trenera od niedawna pracującego z zespołem.

W ERGO ARENIE w decydującym momencie wielkim problemem Anwilu okazała się trochę niespodziewana niemoc w ofensywie, statystycznie przecież najlepszej w lidze. Opisywany wcześniej rzut za 3 punkty Isaiah Muciusa był jedynym celnym z gry Anwilu w ostatnich 7 minutach spotkania. Pudłował zarówno świetny do tego momentu Michał Michalak (26 pkt), jak i wybitnie nieskuteczny tego dnia Elvar Fridriksson. Sam Islandczyk może nie pamiętać, kiedy ostatnio w karierze przydarzył mu się mecz za 0 punktów.

Islandczyk rozdał co prawda 8 asyst, ale ofensywna niemoc zawodnika, który w dwóch poprzednich spotkaniach Anwilu zdobył łącznie aż 46 punktów, była na pewno dużym problemem w grze włocławskiej drużyny. Fridriksson spudłował wszystkie 9 rzutów z gry.

Trudno przypuszczać, by Ronen Ginzburg był szczęśliwy z tego, że Anwilu zabraknie w turnieju finałowym o Puchar Polski. Faktem jest jednak też, że nowemu szkoleniowcowi włocławian pod koniec lutego nieco więcej wolnego czasu na spokojne treningi z podopiecznymi naprawdę może się przydać.

Nie zmienia to faktu, że biorąc pod uwagę przedsezonowe zapowiedzi – przecież na nasz przedsezonowy ranking z Anwilem na piątym miejscu wielu fanów klubu z Włocławka spoglądało z lekkim niedowierzaniem – rozmiar ambicji oraz budżetu klubu z Włocławka to ogromna niespodzianka.

Taka z pogranicza sensacji.