Anwil niemal pewny pierwszego miejsca przed rozpoczęciem playoff był już właściwie po poprzedniej kolejce, ale oglądając postawę jego koszykarzy na początku meczu ze Śląskiem nie można było mieć wątpliwości, że – jak zapewniał z rozmowie z Aleksandrą Samborską Justin Turner – zdawali sobie oni sprawę z wagi tego starcia dla włocławskich kibiców. Wyszli na boisko mocno skoncentrowani. Zupełnie jakby tego dnia nie rozgrywano spotkania 27. kolejki sezonu zasadniczego, a pierwszy mecz playoff.
Inna sprawa, że ponowne starcie Anwilu ze Śląskiem w ćwierćfinale jest całkiem niewykluczone. Jeśli do tego dojdzie i trener wrocławian Aristeidis Lykogiannis przygotowując się do niego będzie analizował wydarzenia z 25 kwietnia – na brak materiału z prezentacją błędów, które popełnili tego dnia jego podopieczni, narzekał nie będzie.
Wyrównana walka trwała w piątek tylko kilka minut. Dwucyfrową przewagę włocławianie zdobyli już pod koniec pierwszej kwarty:
Śląsk miał problemy, których można było się spodziewać – z organizacją swojej gry, gdyż kontuzje wciąż leczą jego dwaj rozgrywający Justin Robinson i Marcel Ponitka. Miał jednak także kłopot, którego – przynajmniej w takim stopniu – trudno było się spodziewać. Koszykarze Anwilu raz za razem bezkarnie zdobywali punkty spod kosza. Z 76 punktów, które uzyskali w trakcie pierwszych trzech kwart, aż 52 zdobyli z pomalowanego.
W całym meczu Anwil zanotował aż 30 asyst i zaledwie 5 strat. Jeśli tym meczem chciał przesłać reszcie ligowych rywali oświadczenie „jesteśmy gotowi do walki o mistrzostwo” to – nawet pamiętając o wybrakowanym składzie Śląska – dopiął swego.
Śląsk wyglądał momentami na kompletnie bezbronny, a kolejne tyrady trenera Lykogiannisa w trakcie przerw na jego żądanie niewiele zmieniały.
– Hej, oni was upokarzają, upokarzają! – zwracał uwagę swoim koszykarzom w czwartej kwarcie, gdy Anwil prowadził już 80:58.
Najwięcej punktów dla Anwilu w klasyku PLK zdobyli Luke Petrasek (18) i Nick Ongenda oraz wracający do gry DJ Funderburk (po 13). W barwach Śląska dwoił się i troił Emmanuel Nzekwesi (15 punktów i 11 zbiórek), ale wobec braku rozgrywających wrocławianie zakończyli mecz z większą liczbą strat (13) niż asyst (12).
– Takie mecze wygrywa się nie koszykówką, ale głową. Przepraszam kibiców za nasz występ – mówił przed kamerami telewizyjnymi Jakub Nizioł (8 punktów, 2 asysty).
W dużych tarapatach trzy kolejki przed zakończeniem sezonu zasadniczego jest Arka, która w piątek była bliska wygranej w Toruniu, lecz przegrała czwartą kwartę 19:28 i cały mecz z Arrivą Twarde Pierniki 94:96. Gdynianie wciąż mają na koncie zaledwie 9 zwycięstw. Obok MKS, GTK i Spójni pozostają najpoważniejszym kandydatem do spadku. Kluczowy mecz w walce o utrzymanie zostanie rozegrany w sobotę w Stargardzie, gdzie Spójnia podejmie MKS.
Arka była całkiem bliska wygranej dzięki dobrej grze Nemanji Nenadicia (21 punktów i 9 asyst). Po 15 punktów zdobyli Ivan Gavrilović i Łukasz Kolenda, ale ten ostatni spędził na boisku zaledwie 15 minut i opuścił je przedwcześnie z urazem barku. Oby nie okazał się poważny. Tracąc swojego najlepszego strzelca trzy kolejki przed zakończeniem sezonu, Arka znalazłaby się w jeszcze większych opałach.
Torunianie dzięki piątkowej wygranej dogonili w tabeli Śląsk, z którym w najbliższą środę zmierzą się we Wrocławiu. Starcie zadecyduje o tym, która z tych drużyn zachowa przed dwiema ostatnimi kolejkami sezonu zasadniczego większe szanse wywalczenia miejsca w czołowej szóstce. W piątek najwięcej punktów dla Twardych Pierników – po 21 – zdobyli Michael Ertel (także 8 asyst i 5 zbiórek) oraz Barrett Benson (7 zbiórek i 3 bloki).