Strona główna » Legia zagoniona do narożnika, nokautujący cios Startu – Lublin krok od koszykarskiego raju!
PLK

Legia zagoniona do narożnika, nokautujący cios Startu – Lublin krok od koszykarskiego raju!

0 komentarzy
Najbardziej sensacyjny finalista playoff w historii PLK blisko mistrzostwa Polski! PGE Start Lublin nadspodziewanie łatwo i wyraźnie wygrał mecz nr 5 finału 97:82 z Legią i jeśli zwycięży także w piątek w Warszawie, będzie świętował historyczny sukces. Stołeczny zespół – korzystając z nomenklatury bokserskiej – chwilowo (?) chwieje się na nogach.

Środowy mecz w Lublinie rozpoczął się od kilku udanych akcji gości, którzy dość szybko objęli prowadzenie 15:9, lecz to były dla nich jedynie miłe złego początki. Koszykarze z Lublina szybko odpowiedzieli. I mocno – zdobyli 10 punktów z rzędu.

Później, niczym wytrwany bokser – zaczęli kolejnymi ciosami punktować rywala.

Start po raz drugi z rzędu dominował nad Legią przede wszystkim fizycznie. Świetnie zagrali po raz kolejny jego dwaj podkoszowi gracze – Tyran De Lattibeaudiere i Osumane Drame. Tylko do przerwy trafili 11 z 15 rzutów z gry i zdobyli 28 punktów. Start już pod koniec drugiej kwarty wypracował sobie 14-punktową przewagę (50:36).

Legia przed przerwą zmniejszyła ją do ośmiu oczek (52:44) i wydawało się, że po zmianie stron ruszy do ataku. Tymczasem emocje związane z wynikiem końcowym po zmianie stron właściwie momentalnie się… skończyły. Podopieczni Heiko Rannuli nie byli w stanie poradzić sobie z agresywną i zmuszającą gości do rzutów za 3 punkty defensywą Startu, a sami po drugiej stronie boiska też nie przypominali drużyny, która przed rozpoczęciem finału uchodziła za tę, która pod względem defensywnym miała mieć wyraźną przewagę.

Przez pierwsze 30 minut Legia trafiła zaledwie 4/22 za 3. Jej estoński trener prosił o kolejne przerwy w grze, chcąc zastopować szarżę gospodarzy, ale nie przypominał szkoleniowca kipiącego taktycznymi pomysłami. Rannula nie mógł tym razem skorzystać z doświadczonego Keifera Sykesa, a duet Andrzej Pluta jrKameron McGusty nie był w stanie zorganizować ofensywy warszawian. Efekt? Tylko 15 asyst i aż 14 strat.

Atak Startu w porównaniu z rywalem lekko unosił się nad ziemią. 24 asysty, tylko 8 strat i więcej niż solidne 12/30 za 3. Oprócz podkoszowego duetu trener Wojciech Kamiński mógł liczyć na świetną grę Courtneya Rameya (18 punktów i 8 asyst). Drame zaliczył mecz na 17 punktów i 14 zbiórek, De Lattibeaudiere zakończył go z 25 punktami, pudłując tylko 4 z 15 rzutów z gry. Najlepszy plus/minus w zespole zwycięzców miał Tevin Brown (+22, 15 punktów). Pozostali gracze ekipy z Lublina też dołożyli swoje trzy grosze.

W czwartej kwarcie emocji nie zanotowano. Trener Startu na ostatnie minuty mógł wpuścić swoje najgłębsze rezerwy. Przewaga Startu w pewnym momencie sięgała nawet 23 punktów. Nokaut!

– Jedziemy do Warszawy na kolejny mecz pewni swego, zamierzamy wrócić z mistrzostwem – zapowiedział jamajski skrzydłowy Startu chwilę po zakończeniu walki.

W zespole Legii najlepszym strzelcem był Pluta. Reprezentant Polski zdobył 20 punktów (6/9 z gry), ale większość z nich, gdy losy meczu były rozstrzygnięte. 17 dodał McGusty, lecz w czasie jego 23 minut gry Legia była słabsza od Startu aż o 26 punktów.

Szósty mecz finału w piątek o godz. 17.30 w Warszawie. Legia, chcąc przedłużyć szanse na odzyskanie mistrzostwa po 56-letniej przerwie, musi wygrać. Wielkie emocje gwarantowane, mocna odpowiedź zespołu z Warszawy spodziewana.

Każde kolejne zwycięstwo Startu w tej serii gwarantuje mu historyczny, pierwszy tytuł mistrzowski. Niesamowite!