Strona główna » Kwiatkowski: Już nigdy nie zatrudnię gracza wbrew trenerowi! Larkas widzi szklankę do połowy pełną
PLK

Kwiatkowski: Już nigdy nie zatrudnię gracza wbrew trenerowi! Larkas widzi szklankę do połowy pełną

0 komentarzy
– Czy wyobrażam sobie sytuację, że przez najbliższe pięć lat w PLK nie będzie przepisu o obowiązkowym Polaku?Wyobrażam sobie, że nie będzie go przez najbliższe 20 lat, jest niepotrzebny – mówi w rozmowie z Szymonem Woźnikiem dyrektor sportowy Trefla Tomasz Kwiatkowski, odsłaniając przy okazji kulisy budowy obecnej drużyny z Sopotu, a także ostatecznie bezproduktywnych letnich rozmów transferowych z Danielem Gołębiowskim i Dominikiem Wilczkiem.

Szymon Woźnik: Czy zakończone niedawno pierwsze okienko reprezentacyjne w sezonie to odpowiedni moment na pierwsze refleksje dotyczące zbudowanej w Sopocie drużyny?

Tomasz Kwiatkowski: Pewnie, pierwsze refleksje oczywiście już są. Rozmawiamy na bieżąco o sytuacji w drużynie, o wynikach, o tym co można zrobić lepiej, itd. Według mnie jest jednak jeszcze za wcześnie na oceny. Trzeba pamiętać, że po 3-letniej współpracy z Żanem Tabakiem mamy nowego trenera, który wciąż uczy się polskiej ligi, sposobów gry przeciwników, ale też poznaje swój sztab i zawodników.

Kontrakt podpisaliśmy bodajże 10 lipca, a więc sześć tygodni przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu. Część decyzji musieliśmy podejmować wcześniej, z większością chcieliśmy jednak poczekać na nowego trenera. Stąd też budowa składu nie była prosta. Proces treningowy też nie jest łatwy, z uwagi na łączenie gry w Orlen Basket Lidze z występami w FIBA Europe Cup. Sezon jest długi, mnóstwo drobnych elementów składa się na końcowy wynik. Mnóstwo rzeczy może się jeszcze wydarzyć. Z ocenami sezonu poczekamy spokojnie na zakończenie, ale nie ma co ukrywać, że póki co jesteśmy zadowoleni z wyników.

Jakie było pierwsze pytanie do trenera Mikko Larkasa podczas procesu rekrutacyjnego?

Musiałbym zajrzeć do notatek, ponieważ było ich naprawdę wiele, ale najważniejsze dla nas były odpowiedzi na dwa pytania: „Dlaczego chciałby zostać trenerem Trefla?” oraz „co chciałby wprowadzić i jak pracować w Treflu?”.

Zobaczyliśmy w trenerze dużą ambicję oraz przekonanie, że to, co zrobił we Francji, nie zostało właściwie docenione, więc tym bardziej chciałby udowodnić, że potrafi pracować na wysokim poziomie. Trener Larkas był bardzo konkretny. Widać było, że zna swoją wartość i, że ma duże doświadczenie.

Co trener Larkas ostatecznie wniósł do organizacji Trefla Sopot? 

Już w trakcie poprzedniego sezonu wiedzieliśmy, że chcemy zmienić podejście do budowy zespołu i nastawić się na pracę z dłuższą perspektywą, gdzie sam wynik nie będzie jedynym priorytetem. Wynikało to z obserwacji naszych występów w EuroCup i rodzącego się w ich trakcie przekonania, że przy obecnych możliwościach finansowych musimy znaleźć inny sposób, aby docelowo rywalizować na takim poziomie, niż okazyjne zatrudnianie zawodników, którzy już na tym poziomie grali.

Zmieniająca się sytuacja na rynku graczy, zwiększona konkurencja ze strony innych lig, powodują, że trzeba budować fundamenty na lokalnych koszykarzach. Do tego potrzebna jest jednak większa cierpliwość i akceptacja faktu, że na początku młodzi zawodnicy nie będą wystarczająco dobrzy w stosunku do naszych oczekiwań czy dotychczasowych doświadczeń. Potrzebna jest też wiedza jak ich wprowadzać do gry. To wszystko ma trener Mikko Larkas, który przez wiele lat czynnie uczestniczył w budowie fińskiej szkoły koszykówki, mając też dużą praktykę w prowadzeniu zespołów na poziomie seniorskim, młodzieżowym czy reprezentacyjnym.

Pracował indywidualnie z trenerami i zawodnikami, którzy obecnie są gwiazdami światowej czy europejskiej koszykówki, takimi jak Tuovi, Lisao, Rannikko, Markkanen czy Jantunen. Ma świeże, nowoczesne spojrzenie na koszykówkę, dużo pozytywnej energii, ale też bardzo wysokie wymagania co do dyscypliny pracy i zaangażowania zawodników. Myślę, że – używając popularnego powiedzenia – dla niego szklanka jest zawsze w połowie pełna. Wierzy w umiejętności i możliwości ludzi, z którymi pracuje.

Wiemy jak szkoła fińskiej koszykówki rozwijała się pod okiem Henrika Dettmanna. Rozmawialiśmy z ludźmi, którzy widzieli to od środka, i zrobiło to na nas duże wrażenie. My też czuliśmy potrzebę zatrudnienia trenera przyzwyczajonego do pracy z młodszymi zawodnikami.

Chcieliśmy w codziennej pracy pokazać, że Trefl może być znowu odpowiednim miejscem do ich rozwoju, ale także jednocześnie do osiągania dobrych wyników sportowych. Oczywiście, z przyjściem trenera Larkasa nie zmieniliśmy całkowicie naszego procesu szkolenia, ale chcemy konsekwentnie korzystać z jego doświadczeń w jego modyfikacji i polepszaniu.

Przy okazji poruszenia tego wątku chciałbym spróbować zerwać łatkę, jaką przyklejono trenerowi Tabakowi, jakoby nie potrafił lub nie chciał pracować z młodymi zawodnikami. Uważam, że to niesprawiedliwe. Żan był świetnym nauczycielem, choć z pewnością niełatwym w odbiorze, bo ekstremalnie wymagającym i niespecjalnie przejmującym się opinią innych na swój temat. Jednak taka ocena rzeczywiście funkcjonowała w tzw. koszykarskim światku, czego mieliśmy świadomość.

Wiedzieliśmy, że może być trudno zmienić nasze podejście i filozofię, także ze względu na tę łatkę. Jedna uwaga – paradoksalnie trener Larkas, mimo zupełnie innej osobowości, jest wobec zawodników tak samo wymagający jak Żan Tabak w zakresie codziennej dyscypliny, nauki fundamentów, dbałości o szczegóły, oczekiwania dawania z siebie zawsze 100 proc., niskiej tolerancji na brak myślenia, itd. Po prostu ma wysokie standardy. Bez tego nie da się wychować dobrych koszykarzy.

Niepokoiło pana, że kadra Finlandii U-18 prowadzona przez trenera Larkasa tak słabo wypadła na letnich mistrzostwach Europy U-18 dywizji B? Czy stoi pan na stanowisku, że rozgrywki młodzieżowe, nawet międzynarodowe, to zupełnie inna dyscyplina sportu?

Rozmawiałem z trenerem na ten temat w trakcie turnieju i po nim, głównie pytając o czołowych zawodników z tych roczników. Celem fińskiej federacji nie są wyniki, ale to aby jeden lub dwóch zawodników z tych roczników zaszło możliwie jak najwyżej, nawet do NBA. Oczywiście chcieli awansować do dywizji A, ponieważ to przynosi korzyści przyszłym rocznikom, ale priorytetem jest “produkowanie” zawodników na jak najwyższym poziomie.

Wystarczy wspomnieć o Samu Adlerze. Jedną z cech dobrego trenera jest właściwa ocena potencjału grupy. Dotyczy to nie tylko sztabu szkoleniowego, ale także osób zarządzających klubami i federacjami. Nie można wymagać wyników, jeśli materiał ludzki nie jest wystarczający. Cel powinien być do niego dostosowany, a nie odwrotnie.

Porozmawiajmy o Kasperze Suurorgu. Czy ze względu na uraz kolana w ubiegłym sezonie pojawiły się jakieś wątpliwości przed podpisaniem z nim kontraktu, czy też gdy tylko dowiedział się Pan o jego dostępności, od razu pojawiła się konkretna oferta?

Wiedzieliśmy, że Kasper był dostępny i rozmawialiśmy z jego agentem, choć przyznam, że decyzja nie była łatwa. Osobiście szybko przekonałem się do tego pomysłu. Wydaje mi się, że Kasper miał też inne oferty, my też byliśmy w trakcie precyzowania planów i priorytetów, dlatego cały proces trwał dość długo po obu stronach.

Moim zdaniem gdyby nie kontuzja z poprzedniego sezonu, nie byłoby najmniejszych szans, żeby Kasper przyszedł do Polski. Już w pierwszych meczach w Sopocie pokazał na co go stać. Biorąc pod uwagę jego potencjał i talent oraz realia finansowe w jakich się obracaliśmy, warto było podjąć takie ryzyko. 

Czy fakt, że Paul Scruggs grał już w przeszłości dla Was był kluczowy w przekonaniu zawodnika do powrotu?

Wcześniejsze występy Paula w Sopocie były bardzo ważne, bo jest osobą dobrze kojarzoną przez kibiców i sponsorów z sezonem mistrzowskim, a poza tym naprawdę świetnym koszykarzem z dużym potencjałem. Dla zawodnika powrót do nas również miał znaczenie – znał organizację i wiedział, jak bardzo pomogliśmy mu w trudnym momencie kariery po kontuzji. Poza tym – po prostu dobrze się tu czuje. Rozmowa z trenerem przekonała go z kolei, że dostanie większą rolę oraz możliwość rozwoju. Negocjacje kontraktowe przebiegły szybko. Widać było chęć i determinację z obu stron.

Mindaugas Kacinas to z kolei dla mnie jedno z największych pozytywnych zaskoczeń początku sezonu PLK. Czy dla Pana tak dobra jego gra też jest niespodzianką?

Tak, choć staram się nie być zbyt entuzjastyczny po pierwszych udanych meczach, podobnie jak unikam przesadnych negatywnych emocji po słabszych. Mieliśmy o nim bardzo dobre opinie z Hiszpanii jako o człowieku i zawodniku, który rozumie i czuje koszykówkę oraz świetnie funkcjonuje w zespole. Były za to różne zdania co do jego dopasowania do specyfiki naszej ligi – ale tu już zaufaliśmy naszej ocenie.

Wszystko w stu procentach się sprawdziło. Uważam, że dostaliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy. W obronie i w rozumieniu koszykówki Mindaugas daje dokładnie to, czego oczekiwaliśmy. Nie zakładałem, że będzie aż tak przydatny w ataku, ale to też na pewno kwestia zaufania i wolności, jaką dostał od trenera w ramach naszej taktyki. Sezon jest jednak długi, dlatego lepiej tonować oczekiwania.

Mindaugas to przede wszystkim świetny człowiek, który potrafi się dopasować do zespołu. Jednocześnie to idealny przykład tego, jak ważne jest, by w drużynie oprócz potencjalnych liderów byli też ludzie, którzy wiedzą, co jest potrzebne, aby zespół wygrywał. W 2024 roku sięgnęliśmy po mistrzostwo, bo mieliśmy w drużynie takich weteranów jak np. Benedek Varadi czy Auston Barnes, którzy mimo różnych ograniczeń przede wszystkim bardzo dobrze rozumieli, co jest konieczne dla odnoszenia zwycięstw. Budowa mentalności zwycięzców i spajanie grupy w jedność to proces składający się z małych rzeczy, które dzieją się każdego dnia: na treningu, w szatni, w autokarze. Kibice ich nie widzą, ale to one zmieniają oblicze drużyny na wygrywającą, 

Mógł Pan przyglądać się z bliska grze i treningom Dominika Olejniczaka na początku jego europejskiej kariery. Teraz na podobną ścieżkę wchodzi Szymon Zapała. Jakie ci dwaj koszykarze mają cechy wspólne, a czym się różnią?

Grają na podobnej pozycji, a łączy ich także wzrost, wiek i narodowość (śmiech). A poważniej: to jednak różni gracze, którzy trafili do Trefla w innych rolach.

Na Dominika Olejniczaka postawiliśmy jako pierwszego centra, co było pewnym ryzykiem, a z kolei dużą szansą dla gracza prosto z uczelni. Miał zdecydowanie mniejszą konkurencję w składzie, ale też cele i oczekiwania stawiane przez drużyną były inne.

Szymon ma trudniej, bo trafił do zespołu, który chce wygrywać i walczyć o jak najwyższe cele. Dodatkowo, w życiowej formie jest Mikołaj Witliński. Trzeba pamiętać, że latem Szymon spędził dużo czasu z reprezentacją, co oczywiście wpłynęło na jego przygotowania w klubie. To była dla niego fantastyczna przygoda i wspomnienie na całe życie, ale z drugiej strony utrudniło mu to adaptację do wymagań, które stawia Orlen Basket Liga. To wciąż jeszcze widać na parkiecie. Ma jednak wielki talent i znakomite możliwości motoryczne. Nie jest tak atletyczny i eksplozywny jak Dominik Olejniczak, ale na tym etapie swojego rozwoju jest lepiej wyszkolony i bardziej finezyjny w manewrach.

Musi jednak nauczyć się europejskiej twardości, więc dobrze trafił, bo Mikołaj Witliński na co dzień jest świetnym nauczycielem. Widząc pozytywną energię i chęć do pracy Szymona, jestem spokojny o jego przyszłość i o to, że im dalej w sezon, tym więcej będzie dawał drużynie,

Czy podczas negocjacji kontraktowych wypowiedziane słowo ma jeszcze znaczenie, czy liczy się tylko podpisany dokument?

Hmm. Zakładam, że w tym pytaniu chodzi o Dominika Wilczka i Daniela Gołębiowskiego?

Tak.

Dla mnie wypowiedziane słowo jest bardzo ważne. Natomiast nie zliczę sytuacji, kiedy po uzgodnieniu wszystkich warunków umowy to klub czekał na decyzję zawodnika i ostatecznie usłyszał odmowę – mimo zapewnień agenta i przesłanego do podpisu kontraktu. Albo w ostatniej chwili gracz podbijał cenę.

Bardzo bym chciał, żeby w tym biznesie wystarczyło powiedzieć sobie słowo i żeby sprawa była przesądzona, ale praktyka pokazuje, że bywa różnie. Doszliśmy do porozumienia z trenerem Larkasem dość późno, a klub musiał wykonywać wiele pracy jeszcze przed zatrudnieniem szkoleniowca, aby być gotowym na różne rozwiązania. Jednocześnie w rozmowach z Mikko obiecaliśmy, że zostawimy mu tak wiele decyzji transferowych do samodzielnego podjęcia, jak tylko będzie to możliwe. Oczywiście mieliśmy różne opcje, o których dyskutowaliśmy, ale ostateczna decyzja należała do Mikko Larkasa.

Planując długoterminową współpracę, chcieliśmy i musieliśmy to uszanować. Gdyby wybrał inaczej, to być może Szymon Zapała by u nas nie grał? Rozumiem sytuację zawodników, ale kluby w podobnych przypadkach muszą mierzyć się z podobnymi trudnościami.

Z drugiej strony nie uważam, żeby dobrą polityką klubu było informowanie o szczegółach negocjacji z graczami i np. o tym, czy doszło w ogóle do ustalania warunków umowy, czy też nie. To oczywiście stawia nas w trudniejszej sytuacji, ale cóż – takie jest życie. 

Gdyby w PLK nadal obowiązywał przepis o jednym polskim zawodniku na parkiecie – jeden z wyżej wymienionych zawodników grałby w Treflu?

Nie mam pewności, choć nie wydaje mi się, by tak się stało. Tak jak mówię – była to ostatecznie decyzja trenera podyktowana argumentami sportowymi, jego koncepcją budowy składu i podziału ról. My ją uszanowaliśmy. Wiem, że nie była łatwa również dla niego.

Należy też pamiętać, że podpisaliśmy wieloletnie kontrakty z Jakubem Schenkiem i Mikołajem Witlińskim, a dodatkowo planowaliśmy włączenie do składu większej ilości młodszych zawodników. Ja byłem zwolennikiem zatrudnienia przynajmniej jednego z wcześniej wymienionych dwóch zawodników, ale przyjąłem decyzję trenera.

Wygląda na to się, że były one słuszne, przynajmniej z perspektywy pierwszych kilkunastu tygodni wspólnej pracy i dotychczasowych wyników.

Jeszcze jedno w tej kwestii. Ostatnio czytałem wypowiedź trenera Željko Obradovicia na temat funkcjonowania Partizana Belgrad. Powiem szczerze, że ja sobie nie wyobrażam sytuacji, w której to klub narzuca trenerowi, kto ma być w składzie. Klub oczywiście może nie zgodzić się na zatrudnienie zawodnika, którego chce trener – z różnych powodów, choćby finansowych – ale odwrotna sytuacja, czyli podpisanie kontraktu z graczem, którego trener nie chce, jest dla mnie nie do pomyślenia.

W życiu popełniłem taki błąd dwa razy. Oba skończyły się źle. Dlatego to się już u nas nie zdarzy.

Czy brak przepisu o obecności Polaków na parkiecie pozwala drużynom bardziej ryzykować i stawiać na młodych zawodników?

Zdecydowanie tak. Moim zdaniem podstawowym celem zmiany przepisów jest ułatwienie i zachęcenie klubów do wprowadzenia jak największej liczby nowych, młodych zawodników do ligi. Przepis o co najmniej jednym Polaku na parkiecie powodował między innymi, że budując zespół, który w założeniu miał grać o wysokie cele, lepiej było zatrudnić jak najbardziej sprawdzonych, doświadczonych polskich zawodników. To dawało trenerowi większe poczucie bezpieczeństwa w decydujących momentach na parkiecie.

Nie mam nic przeciwko zawodnikom, którzy grają nawet po 40. roku życia, jeśli pozwala im na to zdrowie i są chciani przez kluby. Ale to powinno wynikać z prezentowanego poziomu i chęci klubu, a nie obowiązku. Brak tego przepisu w mojej opinii ułatwi wprowadzanie do gry młodych zawodników, bo pozwoli na ich grę bez poczucia ryzyka. Teraz trener zawsze będzie mógł zdecydować kogo chce mieć na parkiecie, bez oglądania się na paszport. 

Wydaję mi się, że wraz z początkiem sezonu ucichła dyskusja o zasadności tego przepisu. Teraz wszyscy cieszymy się z występów Szumerta, Urbaniaka, Sternickiego, Nowickiego i innych.

Dokładnie. Cieszę się, że zmiana nastąpiła, ale też jestem w koszykówce na tyle długo, żeby wiedzieć, że nie powinno się oceniać takich modyfikacji po roku, a tym bardziej po kilku tygodniach. Ważnym elementem systemu powinno być większe wsparcie klubów i kolejne zachęty do pracy w tym kierunku.

Równolegle wprowadzone zostały gratyfikacje finansowe dla zespołów, w których zawodnicy U-23 mają najwięcej minut. To jest dobry pomysł, ale widzę też jego minusy. Właściwie już po kilku tygodniach wiadomo, kto zajmie czołowe trzy lub cztery miejsca w tym wyścigu. To może obniżyć motywację pozostałych klubów do wprowadzania młodych zawodników do gry. Daje nam to aspekt do przemyślenia. Być może warto by wrócić do rozwiązania, które obowiązywało bodajże 10 sezonów temu? Wtedy nagradzano wszystkie kluby, za określoną ilość minuty gry każdego zawodnika spełniającego regulaminowe wymogi, a nie tylko te, które wygrały w tej rywalizacji.

Wyobraża Pan sobie sytuację, że przez najbliższe pięć lat nie będzie przepisu o obowiązkowym Polaku na parkiecie?

Wyobrażam sobie, że nie będzie go przez najbliższe 20 lat! Uważam, że ten przepis jest niepotrzebny. Pamiętam, jak około 15 lat temu na walnym zjeździe PZKosz w kuluarach rozmawialiśmy o tym, że zamiast tworzyć system, który będzie gwarantować miejsca pracy dla polskich zawodników, powinniśmy zbudować taki, który będzie produkował dobrych koszykarzy. Jeśli będą wystarczająco dobrzy to nie będą musieli się martwić o brak pracy, a jednocześnie poziom sportowy klubów i rozgrywek też będzie rósł.

To było 15 lat temu. Chciałbym, żebyśmy pracowali w takiej perspektywie, stosując sprawdzone metody i będąc cierpliwymi i konsekwentnymi w działaniu, zamiast szukać dróg na skróty. Inne kraje tak robią. Czemu więc i my nie możemy?

Jak wspomina pan zespół Bears Uniwersytet Gdański Trefl Sopot i jego grę w 1 lidze?

Krótko przedstawiając tą długą historię – przed sezonem 2024/25 podjęliśmy decyzję, że skorzystamy z nadarzającej się okazji i wystawimy drużynę w pierwszej lidze. Z perspektywy czasu uważam, że to był błąd. Nie dlatego, że spadliśmy z ligi. Po prostu nie byliśmy gotowi na to wyzwanie. Nie w tamtym momencie. Niestety, nie udało się z sukcesem połączyć gry w PLK, 1. lidze i debiutu w EuroCup.

Może jako organizacja nie zrobiliśmy wystarczająco wiele? Ostatecznie nie utrzymaliśmy pierwszej ligi, ale trzeba przyznać, że praca wykonywana przez Enrico Kufuora bardzo nam się podobała. To świetny człowiek i trener.

Czy ten projekt był od początku skazany na porażkę sportową?

Myślę, że sportowo zespół był zbudowany tak, by spokojnie wywalczyć utrzymanie. Jednak w trakcie sezonu zdarzyły się sytuacje, które bardzo utrudniły osiągnięcie tego celu – m.in. odejście Jakuba Parzeńskiego. Wynikało to poniekąd z konstrukcji zawartych umów, ale było dużym ciosem dla drużyny, a nie mieliśmy możliwości zatrudnić godnego zastępcy.

Poza tym popełniliśmy też inne błędy, których nie ma teraz sensu wyliczać, a które niestety miały duży wpływ na pracę trenera Kufuora i wyniki zespołu.

Czy Bank Pekao 1. liga jest odpowiednią trampoliną do rozwoju młodych zawodników?

(dłuższa chwila zastanowienia) Odpowiedź nie jest prosta. Z jednej strony chciałbym, żeby tak było, bo oznaczałoby to, że poziom reprezentowany przez tych młodych zawodników jest wystarczająco wysoki, a jednocześnie warunki do ich rozwoju są optymalne. Mówię tu o standardach codziennej pracy na treningach – kompetentne i gotowe do pracy indywidualnej sztaby trenerskie, fizjoterapeuci, trenerzy przygotowania fizycznego, itd.

Z drugiej strony to powinna być po prostu dobra, konkurencyjna, coraz bardziej profesjonalna liga, z klubami mającymi ambicje rozwoju i awansu do ekstraklasy. Na pewno nie chciałbym, aby była to jedynie liga weteranów, którzy dorabiają sobie na koniec kariery – oczywiście to świadoma hiperbola z mojej strony, bo tak samo nie powinna to być liga juniorów. Zobaczymy, ilu młodych zawodników przejdzie w najbliższym czasie do PLK, jak będzie się rozwijać świadomość w klubach oraz wśród graczy.

Niedawno szeroko komentowano wypowiedź jednego z agentów, który stwierdził, że polscy zawodnicy, widząc sytuację w PLK, będą woleli zejść do 1 ligi. Ja chciałbym, aby polscy koszykarze grali tam, gdzie będą mogli się rozwijać i stawać coraz lepsi, a nie tam, gdzie będzie łatwiej.

Jesteśmy w okresie przejściowym i będzie jeszcze wiele zmian. Łatwiej będzie wyciągać wnioski za rok, albo raczej dwa lub trzy.

Z powodu przepisów o gratyfikacjach dla klubów grających zawodnikami U-23 mam wrażenie, że drużyny PLK i 1. ligi konkurują o tych samych zawodników. To chyba nie powinno mieć miejsca?

Zgadza się. Jednym z głównych problemów polskiej koszykówki jest zbyt mała liczba dobrze wyszkolonych zawodników. Miejsc do grania jest dużo — 64 zespoły w II lidze, 17 w I lidze i 16 klubów w PLK, ale brakuje koszykarzy gotowych do gry na oczekiwanym poziomie.

W Polskim Związku Koszykówki i w ligach są wprowadzane zmiany idące w dobrym kierunku, choć jak w każdym okresie przejściowym – niektóre rozwiązania będą lepsze, inne mniej trafione i wymagające korekty. Każda strategia musi mieć opcje jej modyfikacji. Jeśli coś nie będzie działać, trzeba jednak być cierpliwym i konsekwentnym, bo nic nie przyjdzie szybko i łatwo. Mam poczucie, że obecnie zajmują się tym ludzie, którym zależy na rozwoju i wzroście popularności oraz jakości polskiej koszykówki.

Wracając jeszcze do ścieżek rozwoju młodych graczy i naszych doświadczeń z 1 ligą… Chciałbym przede wszystkim, żeby w obecnej II lidze poziom stale się podnosił. Nasza drużyna Energa Trefl Sopot plasuje się w czołówce tabeli, a grają w niej głównie roczniki U-18 i młodsi plus jeden weteran Piotr Śmigielski, będący jednocześnie trenerem w młodszych kategoriach.

Tu oczywiście duże gratulacje dla trenera Marcina Stefańskiego i jego ekipy. Super, że chłopcy wygrywają, bo tego również trzeba się nauczyć. Obecnie naszym celem nie jest awans do pierwszej ligi, ale jeśli dobra gra zespołu da finalnie taką okazję, to rozważymy ją. Jednak mamy świadomość, że utrzymanie rezerw na zapleczu PLK byłoby teraz ogromnym obciążeniem dla każdego klubu w Polsce, sporo większym niż np. dwa lata temu.

Gra w Bank Pekao 1. lidze jest coraz trudniejsza, budżety klubów coraz wyższe, poziom sportowy coraz bardziej wymagający. Dziś można mieć dwóch obcokrajowców, do tego gra tam wielu doświadczonych Polaków. Myślę, że nie tylko my to widzimy, bo przecież Śląsk też ostatecznie wycofał się z tych rozgrywek, wcześniej ratując się przed spadkiem zawodnikami z PLK.

Ale to dobrze, że dziś w tej lidze nie da się już grać rezerwami. Drugi szczebel rozgrywek zawodowych w Polska nie powinien być tak słaby, żeby dało się tam utrzymać juniorskim składem – to by źle świadczyło o poziomie koszykówki w całym kraju. Lepiej skupić się na wprowadzaniu młodych graczy poprzez dobry trening i dawanie szansy na poziomie PLK, z możliwością gry dużych minut w coraz silniejszej II lidze.

Uważam, że kapitalną robotę w zeszłym sezonie w Sopocie wykonał trener Brian McCormick. Nie tylko zdobył Mistrzostwo Polski U-17, ale – co najważniejsze – pod jego okiem wielu zawodników weszło na wyższy poziom w dość krótkim czasie. Jak pan ocenia jego pracę?

Bardzo wysoko – zarówno efekty zespołowe, jak i indywidualny rozwój zawodników. Widać było świeże spojrzenie, inne od tego, z którym wcześniej wielokrotnie mieliśmy do czynienia. Bardzo pozytywne podejście trenera i nauka poprzez zgodę na kontrolowane popełnianie błędów przy podejmowaniu samodzielnych decyzji na parkiecie – to była dobra droga dla tej grupy młodych koszykarzy. Wiem, że trener McCormick zbudował niesamowite zaufanie wśród zawodników, co wspierało ich rozwój. Obecnie nie pracuje już u nas, ale zdecydowały tu raczej różne względy organizacyjno-formalne oraz w jakimś stopniu pewne niedopasowanie osobowościowe. Mimo tego jego pracę stricte szkoleniową oceniam bardzo wysoko.