Strona główna » King już prawie na tronie, Śląsk potrzebuje cudu

King już prawie na tronie, Śląsk potrzebuje cudu

0 komentarzy
Losy mistrzostwa Polski wydają się rozstrzygnięte. King Szczecin także na własnym parkiecie, przy komplecie 5 tysięcy kibiców potwierdził absolutną dominację w tegorocznym finale playoff. Po zwycięstwie 90:67 zespół Arkadiusza Miłoszewskiego prowadzi 3:0 i już w piątek może zapewnić sobie złoto.

Nie można powiedzieć, że trener Śląska Ertugrul Erdogan po dwóch porażkach na własnym parkiecie nie próbował czegoś w grze Śląska w meczu nr 3 zmienić. Próbował – po raz kolejny przemeblował pierwszą piątkę drużyny. W swoim „kisielowym” stylu – tym razem odkurzył Daniela Gołębiewskiego, który w trzech poprzednich meczach spędził na boisku łącznie 4 minuty. Tym razem otrzymał więcej szans, ale pewność siebie tego gracza, którą imponował w 2-3 pierwszych miesiącach sezonu chyba już jakiś czas temu wyparowała.

King w trzecim kolejnym meczu tej serii niemal od samego początku miał wyraźną przewagę. Tony Meier wciąż bez większego problemu znajdował pozycje do oddania rzutu za 3. Już w pierwszych trzech minutach i sześciu sekundach gry skarcił tak rywali aż trzykrotnie. Co ciekawe trener Śląska już w pierwszej połowie starał się luki w defensywie maskować obroną strefową, nawet gdy na boisku wspólnie przebywali Aleksander Dziewa i Artiom Parachowski.

Wszystko na nic – King bezlitośnie wykorzystywał błędy obrony rywali, a sam pod własnym koszem wciąż wywierał presję na podkoszowych graczach Śląska. Wspomniany Dziewa naprawdę się starał, bił się o pozycje, ale zazwyczaj – gdy już koledzy z zespołu decydowali się do niego skierować piłkę – było przy nim co najmniej dwóch obrońców. A im bliżej końca meczu, tym częściej rywale wykorzystywali jego braki w akcjach p’n’r.

Sytuację w ataku Śląska starał się ratować kolejnymi trafieniami za 3 Jeremiah Martin, ale po nich trener Kinga tak naprawdę mógł się jedynie uśmiechać – taki był plan gry szczecinian, by pozwolić liderowi rywali rzucać, ale pozbawić go możliwości zdobywania punktów spod kosza i maksymalnie utrudnić jakąkolwiek współpracę z kolegami.

Już w przerwie meczu można było odnieść wrażenie, że jego losy są bliskie rozstrzygnięcia. Śląsk się nie poddawał, jego zawodnicy robili wiele, by gonić rywali, w czwartej kwarcie zbliżyli się do nich na sześć punktów (64:58), ale co z tego, skoro w kolejnych niespełna trzech minutach po wsadach Phila Fayne’a i trójce Bryce’a Browna King znów szybko powiększył prowadzenie do 16 punktów. W wypełnionej ponad 5 tysiącami kibiców Netto Arenie rozpoczął się karnawał.

Przed czwartym meczem – zaplanowanym na piątek na godz. 20 – naprawdę nic nie wskazuje na to, by losy tego finału mogły się jeszcze odwrócić. Śląsk przegrał trzy pierwsze mecze finału różnicą 61 punktów. Może go uratować chyba już tylko cud.