Strona główna » Karolak: Prędzej mecz nr 7 niż 5. Nowakowski świetny, Anwil zrobił błąd. PLK też robi
PLK

Karolak: Prędzej mecz nr 7 niż 5. Nowakowski świetny, Anwil zrobił błąd. PLK też robi

0 komentarzy
Z playoff PLK jest trochę tak, jak czasami bywa z upalnym, długo utrzymującym się latem. Najpierw możesz długimi tygodniami nawet późnymi wieczorami siedzieć w krótkich spodenkach i spoglądać w gwiazdy, a następnego dnia nadciąga nagły niż atmosferyczny znad Skandynawii, niebo przykrywają chmury, robi się o 15 stopni zimniej i leje. Brrr.

Reprezentacja Polski zagra w Walencji o awans na igrzyska – jedź z nami kibicować do Hiszpanii! >>

Po wielkich emocjach w I rundzie playoff półfinały rozczarowują dokumentnie. Ale cóż – coś za coś. Były emocje, były sensacje, a teraz wychodzi na jaw, że jednak drużyny niżej notowane nie były tak nisko notowane tylko przez przypadek. King i, przede wszystkim, Trefl w pierwszych dwóch meczach potwierdziły dominację, rywale praktycznie nie mieli do nich podejścia.

No dobrze, był jeden wyjątek: druga połowa drugiego meczu King – Spójnia. Żeby była jasność: zespół Sebastiana Machowskiego nie gra w tej serii źle. Po prostu w kluczowych momentach okazuje się nie mieć wystarczająco wielu argumentów sportowych, by przechytrzyć silniejszego, bardziej doświadczonego i bogatszego rywala za miedzy.

King posiada w składzie 10 równych koszykarzy, z których może korzystać Arkadiusz Miłoszewski. Kilku z nich w poniedziałek zagrało świetnie, ze zdobywającym decydujące punkty Tonym Meierem na czele. Ale moją uwagę najbardziej przyciągnął Michał Nowakowski. Doświadczony skrzydłowy nie gra zbyt wiele, czasami pojawia się na boisku dopiero w drugiej kwarcie, ale jak już na nim jest – robi różnicę. Taki koszykarz, pogodzony z rolą, a jednocześnie wciąż zachowujący wiele ze swojej sportowej klasy to skarb.

Idę o zakład, że gdyby szefowie Anwilu mogli tylko cofnąć czas – nie wymieniliby przed tym sezonem Michała Nowakowskiego na Mateusza Kostrzewskiego. Ten drugi odegrał w playoff większą rolę tylko w jednym meczu Anwilu i to na dodatek przegranym. A „Misiek”?

Proszę bardzo, jego skrócony dorobek z playoff: 6 meczów, 7/12 za 2 i 8/12 za 3.

Pamiętam jak latem ubiegłego roku Anwil, tłumacząc wymianę obu zawodników, argumentował, że to ze względu na oszczędności. Że Nowakowski był nieco droższy. Ta oszczędność się klubowi z Włocławka kompletnie nie opłacała. King skorzystał z okazji i świetnie zainwestował pieniądze. Czuję, że jeszcze w tym playoff Nowakowski niejeden raz pomoże drużynie ze Szczecina wygrać.

Czy Spójnia może dokonać drugi raz tego samego, co udało jej się w starciu z Anwilem? Nie. Być może zdoła wygrać jeden mecz w Stargardzie, ale to wszystko. Nie wierzę w mecz nr 5 w tej serii.

Jeszcze trudniej mi sobie wyobrazić, że Śląsk może odwrócić losy rywalizacji z Treflem. Wrocławianie przypominają mi solidnie wydawałoby się – po wygranej serii ze Stalą – napompowaną oponę, z której ktoś nagle wyjmuje wentyl. Oj, uszło powietrze z koszykarzy Śląska. Kompletnie.

Co sądzę na temat wybuchu wściekłości Miodraga Rajkovicia w drugim meczu?

https://twitter.com/toress_777/status/1792955728832999908?s=46

Na pewno przypomniał nam jedną z twarzy tego trenera, którą pamiętamy z dawnych czasów, gdy przed laty prowadził Turów Zgorzelec i wcześniej Śląsk. Jak takie zachowanie trenera może zadziałać na zespół? W tym meczu konkretnym meczu na pewno mu nie pomógł. Z koszykarzami jest tak, że na reprymendę w takim stylu trzech zareaguje pozytywnie i da z siebie jeszcze więcej. A trzech, albo i pięciu innych to kompletnie dobije.

Nie widać było w Sopocie w Śląsku zalążka drużyny, która mogłaby odwrócić losy tej serii. Zresztą – oddajmy Treflowi co jego, ta drużyna wygląda naprawdę bardzo, bardzo mocno. Jakby była gotowa do gry w wielkim finale już wczoraj.

Ponieważ King wygląda równie mocno, prędzej spodziewam się ujrzeć mecz nr 7 w czerwcowym wielkim finale playoff niż mecz nr 5 w którymkolwiek z trwających półfinałów. Nawet pamiętając, że PLK potrafi czasami w szokujący sposób zaskakiwać.

A propos zaskoczeń – czy jestem zdziwiony doniesieniami, że w kolejnym sezonie Orlen Basket Ligi może zagrać nawet 18 drużyn, po ewentualnym dołączeniu do tego grona ekip z Sosnowca i Radomia? Tak, bardzo jestem nimi zaskoczony. To nie jest dobry pomysł.

Oczywiście, gdyby za tym poszła zmiana przepisu o obowiązkowym przynajmniej jednym Polaku przebywającym na parkiecie, ceny za usługi naszych koszykarzy mogłoby nieco spaść i klubowi księgowi pewnie by nieco odetchnęli, tylko co z tego? Sześciu polskich zawodników w 18 klubach daje liczbę 108. Nawet, jeśli przyjąć, że dwoma ostatnimi w każdej drużynie będą juniorzy, zostajemy z potrzebą znalezienia 72 graczy, którzy mieliby w przyszłym sezonie występować na poziomie PLK.

Nie mamy takiej liczby koszykarzy, którzy gwarantowaliby, że poziom ligi się nie obniży!

Rozumiem argument o poszerzeniu koszykarskiej mapy Polski, szanuję też ten przypominający o tym, że „King Szczecin też kiedyś otrzymał dziką kartę”, ale wciąż – nie kupuję tego pomysłu. Osobiście, gdybym miał decydować o tym jak powinna wyglądać zawodowa liga koszykówki w Polsce, zmniejszyłbym ją do 14 drużyn. Albo nawet i do 12, ale takich naprawdę mocnych.

Reprezentacja Polski zagra w Walencji o awans na igrzyska – jedź z nami kibicować do Hiszpanii! >>