31-letni Jakub Karolak to dwukrotny mistrz Polski, a także srebrny i brązowy medalista naszego kraju. Sięgał też w swojej karierze po Puchar Polski i dwa Superpuchary W zespole PGE Startu gra od początku sezonu 2023/24. W maju 2024 roku klub z dumą poinformował o tym, że urodzony w Lublinie Karolak związał się z nim kontraktem na kolejne dwa lata.
Już w 2025 roku zawodnik postanowił jednak opuścić zespół wicemistrza Polski, zarzucając prezesowi PGE Startu Arkadiuszowi Pelczarowi kłamstwa, niewywiązywanie się z umów, a prowadzonemu przez niego klubowi brak profesjonalizmu, a także działania wykraczające poza obowiązujące przepisy prawa.
Nie jest to pierwszy – ani drugi czy nawet trzeci – w ostatnich latach przypadek, w którym koszykarz klubu z Lublina opuszcza go, nie potrafiąc znaleźć porozumienia z prezesem Pelczarem.
Tak było w przypadku „taśm wartych 200 tys. zł” Kacpra Młynarskiego w trakcie sezonu 2022/23.
Podobnie sytuacja wyglądała mniej więcej rok później w momencie, gdy „mosty za sobą palił” – po siedmiu latach spędzonych w Lublinie! – były kapitan Startu Mateusz Dziemba.
Niedawno o specyficznych warunkach pracy tworzonych koszykarzom przez prezesa Pelczara i wygranej z klubem sprawie w sądzie w rozmowie z Aleksandrą Samborską opowiadał po sezonie spędzonym w Starcie gwinejski środkowy Ousmane Drame.
Sprawa nieporozumień między Arkadiuszem Pelczarem a Jakubem Karolakiem też skończy się w sądzie.
W trzech przytoczonych powyżej przypadkach byli koszykarze prawnicze starcia ze Startem wygrali.
Michał Tomasik: W 2024 roku związałeś się ze Startem dwuletnią umową, jednak w sezonie 2025/26 nie ujrzymy cię w barwach drużyny wicemistrza Polski. Co się stało? Dlaczego na początku września twój agent poinformował publicznie o tym, że rozwiązałeś kontrakt z klubem ze swojego rodzinnego miasta?
Jakub Karolak: Musiałem rozwiązać umowę z winy klubu, gdyż – mówiąc wprost – on po prostu przestał wywiązywać się z tego, do czego zobowiązał się wobec mnie w kontraktach, które podpisaliśmy. Do tej pory nie otrzymałem wszystkich pieniędzy, które należały mi się za grę w poprzednim sezonie.
Dlaczego?
Właściwie to nie jest pytanie do mnie, tylko do prezesa Startu Arkadiusza Pelczara. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że problemy zaczęły się w momencie, gdy w połowie sezonu doznałem urazu kolana. Wykluczył mnie z gry. Poza kwestiami formalnymi, wynikającymi z zapisów kontraktowych, bardzo mnie ta sytuacja zabolała. Tak po ludzku. Przecież o tym, że mam kłopoty zdrowotne wszyscy w klubie wiedzieli dużo wcześniej. Problemy z kolanem miałem niemal od początku sezonu.
Grałeś mimo kontuzji?
Tak. Chciałem pomóc drużynie. Urazu nabawiłem się już w meczu 3. kolejki z Górnikiem Wałbrzych. Z racji tego, że w zespole inni koszykarze też narzekali na urazy, a okazało się, że ja nad bólem byłem w stanie panować, nie robiłem z tego wielkiej sprawy. Pracowałem w sposób zachowawczy z fizjoterapeutą i sytuacja wydawała się być pod kontrolą.
W grudniu poznaliśmy jednak diagnozę lekarza, skazującą mnie prędzej czy później na operację. Ustaliliśmy wówczas z trenerem Wojciechem Kamińskim i prezesem klubu, że postaram się dograć sezon, a proces właściwego leczenia rozpocznę w wakacje.
Niestety, w trakcie lutowego turnieju finałowego o Puchar Polski otrzymałem mocne uderzenie w kontuzjowane kolano. Dolegliwości stały się trudne do zniesienia. Środki przeciwbólowe nie wystarczały. Ambicja sportowa podpowiadała „zaciśnij zęby, graj dalej, nie odpuszczaj!”, ale rozum z nią wygrał, mówiąc „trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć: stop!”.
Na ziemię ostatecznie sprowadziła mnie diagnoza, którą usłyszałem od lekarza w lutym. Doszedł do wniosku, że nie powinienem ryzykować dalej, bo z moim kolanem będzie tylko gorzej. Każde kolejne pogłębienie urazu mogło wydłużyć późniejszy proces powrotu do zdrowia.
Co tak naprawdę ci dolegało?
Miałem pękniętą łękotkę. Zaufany fizjoterapeuta po turnieju o Puchar Polski spojrzał na moje badanie USG i powiedział krótko: „z tak rozwaloną łąkotka nie powinieneś wykonywać żadnych ćwiczeń, tylko udać się prosto na stół operacyjny”. Wtedy zdecydowałem, że muszę zrobić zabieg.
Właśnie w tamtym momencie podejście prezesa Pelczara do mnie zmieniło się diametralnie. Zaczęły się problemy.
Na początku – z samą diagnozą i wyborem ścieżki leczenia. Prezes powiedział, że ufa tylko lekarzowi klubowemu i nie przyjmuje do wiadomości żadnych innych diagnoz. Lekarz klubowy, prywatnie znajomy prezesa, stwierdził najzwyczajniej, że moja łąkotka jest w dobrym stanie i nie muszę robić operacji. Tymczasem ja nie byłem w stanie normalnie funkcjonować bez leków przeciwbólowych! Nie mówiąc o wznowieniu treningów.
Co było dalej?
Operację umówiłem sam u lekarza z Łodzi, który jest jednak świetnie znany klubowi z Lublina. To u niego po zerwaniu ścięgna Achillesa operację przeszedł Roman Szymański. Prezes Pelczar upierał się jednak, że to lekarz klubowy musi zdecydować o tym, kto mnie będzie operował.
Nie mogłem się na to zgodzić. Ostatecznie nie chodziło tu już nawet tylko o to, że miałem do tego lekarza ograniczone zaufanie ze względu na diagnozę mojego stanu zdrowia, którą wydał po turnieju o Puchar Polski. Wydarzenia, które miały miejsce później poziom mojego zaufania wobec tego lekarza jeszcze mocniej podkopały.
O czym mówisz?
Zanim mogłem poddać się operacji kolana, musiałem jeszcze przejść leczenie zachowawcze i zabieg związany ze stanem zapalnym w okolicach pasma biodrowo-piszczelowego. Chwilę to trwało. W międzyczasie, dokładnie 16 maja, lekarz klubowy zarejestrował wizytę medyczną na NFZ innemu koszykarzowi Startu. Korzystając z mojego numeru PESEL!
Mnie w gabinecie lekarskim tego dnia nie było, a dodatkowo została na mnie wystawiona recepta, którą ktoś zrealizował. O wszystkim dowiedziałem się z powiadomień w telefonie z aplikacji IKP. Leżąc na stole rehabilitacyjnym, dostałem nagle komunikat, że na mój PESEL została właśnie wystawiona recepta. Po kilku dniach zobaczyłem w moim panelu pacjenta zarejestrowaną wizytę.
Najpierw podejrzewałem, a później nabyłem pewność, że w ten sposób umówiony na wizytę lekarską został jeden z zagranicznych koszykarzy Startu i to on skorzystał z recepty wystawionej na mój PESEL. Dlaczego nie został zarejestrowany na swoje dane? Mogę się tylko się domyślać.
Jakub Karolak
Jak miałbym ufać lekarzowi, który – ta historia jest zapisana czarno na białym – podpisuje się pod taką dokumentacją medyczną? Sprawę tej wizyty wyjaśniałem później na własną rękę. W NFZ, w centrum e-zdrowia, złożyłem też skargę w szpitalu. Dwukrotnie otrzymywałem odpowiedź, że to jednak ja miałem wizytę 16 maja. Ostatecznie udało mi się sprawę odkręcić. Wylądowała u dyrektora szpitala. Koniec końców, po wewnętrznym postępowaniu wystąpił on z wnioskiem o usunięcie wizyty z mojej historii medycznej. Jedyne co mógł zrobić, to mnie przeprosić.
Jakie to miało dla mnie konsekwencje? Otóż mając informację o tej wizycie w swojej dokumentacji medycznej aż do początku września – bo dopiero wówczas udało mi się całą sprawę odkręcić – straciłem część przysługującego mi ubezpieczenia. Ta sytuacja kompletnie zaburzyła chronologię i sens mojej dokumentacji medycznej związanej z urazem, który leczyłem.
Wystawionej recepty nie da się już anulować. Ktoś wprowadził nieprawdziwe dane do mojej dokumentacji medycznej, wykupił na mnie lekarstwa, wykorzystał moje dane, posługując się moim PESEL-em! Chyba nie muszę tłumaczyć, że poczułem się oszukany i wykorzystany.
Mimo świadomości, że w moich relacjach ze Startem zaczynają się dziać podejrzane rzeczy, gdy tylko umówiłem termin operacji łękotki w Łodzi, przekazałem do klubu od razu całą dokumentację medyczną. Załączyłem także fakturę pro-forma, bo zgodnie z zapisami kontraktu klub powinien za moją operację zapłacić.
Zapłacił?
Oczywiście, że nie. Jeszcze przed operacją dowiedziałem się, że dokumentacja medyczna, którą przekazałem nawet nie trafiła do klubowego lekarza. Podczas rozmowy kilka dni przed operacją prezes Pelczar obiecał mi jednak, że wszystko mu przekaże. Zapewniał także, że poprosi lekarza o usunięcie z mojej historii medycznej tej majowej wizyty, na której nie byłem i opłaci zabieg.
Okazało się, że nie można wierzyć w choćby jedno wypowiedziane przez niego słowo.

Myśląc, że faktura za operację została opłacona, udałem się do kliniki w Łodzi. Tam, po wypełnieniu wszystkich ankiet potrzebnych do przyjęcia na oddział, otrzymałem informację, że mój zabieg się nie odbędzie, gdyż nie został opłacony.
Ostatecznie udało się uprosić personel kliniki, by operacji nie przekładać. Jej koszty musiałem jednak pokryć sam.
Leżąc w szpitalnym łóżku, tuż przed zabiegiem, czułem tylko rozgoryczenie i smutek. Napisałem do prezesa Pelczara SMS z „podziękowaniami” za (nie)opłacenie faktury. Niezbyt się przejął. Stwierdził, że operacji nie opłacił, bo nie dostarczyłem mu… L4.
?
To był powracający motyw. Prezes klubu już jakiś czas po odniesieniu przeze mnie kontuzji zażądał ode mnie za miniony już okres zwolnienia lekarskiego, które przecież można wystawić tylko na 3 dni wstecz. Nie wiem, jak miałbym je uzyskać w mojej sytuacji. Zresztą – przygotowując się najpierw do zabiegu pasma biodrowo-piszczelowego, a następnie kolana rehabilitowałem się, robiłem zalecane ćwiczenia na siłowni, chodziłem na zabiegi. Byłem także obecny podczas treningów oraz meczów drużyny.
Tak w ogóle – czy któryś koszykarz słyszał o obowiązku przedstawiania L4 po doznaniu kontuzji?!
Prezes utrzymywał jednak, że muszę mieć zwolnienie, bo to jest poświadczenie mojej niezdolności do gry. Nie opinia ortopedy, nie badanie rezonansem, nie kwalifikacja do operacji. Dla niego najważniejsze było L4! Mogę się domyślać w jakim celu było mu potrzebne, ale chyba wolę o tym obecnie nie mówić. W końcu zaproponowałem, że mogę wystąpić o zwolnienie, ale – co wydawało mi się naturalne – dopiero po operacji.
Dostarczyłeś je do klubu?
Tak, poszpitalne.
Otrzymałeś zwrot kosztów operacji?
Ostatecznie tak, ale dopiero po wymianie pism prawniczych. Oczywiście w ostatnim możliwym dniu wskazanym w wezwaniu przedsądowym, które klubowi dostarczył mój prawnik.
Co tak naprawdę czujesz, opuszczając Lublin?
Ogromny żal. Przez minione pół roku byłem traktowany w klubie ze swojego rodzinnego miasta jako zło konieczne. Drużyna, trenerzy, kibice, miasto – do nikogo nie żywię urazy. Start z sezonu 2024/25 to była fantastyczna drużyna. Ten srebrny medal nie był dziełem przypadku, w Lublinie udało się zbudować coś wyjątkowego!

Ale po tym, jak zostałem potraktowany – nie mogłem już dalej być w tym miejscu, u tego pracodawcy. Byłem zmuszony rozwiązać kontrakt, bo wiem, że w nowym sezonie, zamiast skupić się na grze w kosza, dalej żyłbym tylko w wewnętrznej niezgodzie na to, co dzieje się w tym klubie. Nie wyobrażam sobie współpracy z osobą, która kłamie prosto w twarz, z premedytacją nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, a zaległości reguluje dopiero w ostatnim możliwym terminie, gdy otrzyma wezwanie do zapłaty.
O jak dużych opóźnieniach mówisz?
Niektóre należności po dzień dzisiejszy nie zostały wobec mnie uregulowane, a w trakcie sezonu miałem różne opóźnienia. Wypłaty, które otrzymywałem już podczas leczenia kontuzji były opóźnione o 45 dni. Zgodnie z zapisami w kontrakcie, w przypadku doznania urazu wyłączającego z gry pierwszy miesiąc płatny jest w 100 procentach, drugi w 75 procentach, a kolejne już tylko w połowie względem sumy zapisanej w umowie. Do mnie już za pierwszy miesiąc dotarła tylko połowa pensji. Na pytanie dlaczego tak się stało, otrzymałem od prezesa tylko zdawkową odpowiedź – „bo tak”.
Ostatecznie, po wysłaniu do klubu kolejnych wezwań do zapłaty, otrzymałem drugą część tego konkretnego wynagrodzenia. Jednak do dnia dzisiejszego klub nie zrealizował wszystkich płatności, do których obligowała go obowiązująca umowa. Wciąż czekam choćby na zwrot pieniędzy za koszty rehabilitacji, które – mimo wcześniejszych ustaleń i zapisów w kontrakcie – musiałem ponieść we własnym zakresie.
Nie dostałem również zagwarantowanego w kontrakcie bonusu za wicemistrzostwo Polski, choć przecież do momentu kontuzji rozegrałem 18 meczów i średnio na parkiecie spędzałem w każdym ponad 28 minut. Wydaje mi się, że przez tych 18 spotkań, które rozegrałem, mogłem dać tej drużynie nie mniej, niż niektórzy jej gracze przez cały sezon…
Wezwania do zapłaty wysyłałem do klubu mailowo, ale niektóre także tradycyjną pocztą. Korespondencja ode mnie nie była odbierana, mimo że biuro było czynne. Mam prawo podejrzewać, że prezes zakazał pracownikom klubu odbierania listów, których byłem nadawcą.
Mimo tego wszystkiego byłeś gotowy rozpocząć kolejny sezon w barwach Startu?
Początkowo tak. Poświęciłem wiele, by 18 sierpnia być gotowy do wznowienia treningów. Od razu napotkałem jednak przeszkody.
Po kontuzji potrzebowałem pomocy w ćwiczeniach przygotowujących do wejścia w kontakt – takich jak popychanie czy wybijanie z rytmu. Prosiłem o pomoc. Żeby nie skłamać – doprosiłem się. Na jednym treningu. Dosłownie – na jednym, jedynym.
W niektórych dniach nie miałem z kim trenować, bo drużyna jeździła na sparingi, a ja sam, dopytując się czy jadę z nią, otrzymywałem informację, że mam zostać w Lublinie. Miałem zaleconą codzienną pracę z fizjoterapeutą, a gdy drużyna wyjeżdżała na trzy dni, musiałem sam organizować sobie trening na siłowni.
Czułeś się jak piąte koło u wozu?
Tak, ale jeszcze bardziej – czułem, że Start nie zachowuje się jak profesjonalny klub. Niektórym osobom zabrakło też choćby odrobiony szacunku i empatii. Ewidentnie dla niektórych to za wiele.
Nie był to jednak koniec „schodów”. Pomimo kompletnej karty zdrowia, wglądu do całej dokumentacji medycznej – w tym raportu od fizjoterapeuty, który mnie rehabilitował – prezes wciąż nalegał, żeby przebadał mnie lekarz klubowy. Nie miałem z tym żadnego problemu, mimo że zostałem już wcześniej dopuszczony do treningów przez lekarza sportowego i odbyłem z drużyną osiem treningów.
Stawiłem się na zleconą przez prezesa Pelczara wizytę. 27 sierpnia o 7:30 rano. W rejestracji dowiedziałem się jednak, że taka wizyta w ogóle nie została umówiona.
Następnie prezes Pelczar kazał mi przyjechać w kolejną środę i znów czekać pod gabinetem. Przyjechałem na 7:20 i czekałem do 8:10. Lekarz się nie pojawił.
Tymczasem po treningu mój agent pisze mi, że prezes informuje go, że drugi raz z rzędu nie stawiłem się na badaniach umówionych przez klub… Zadzwoniłem do rejestracji i dowiedziałem się, że do 12:30 tego dnia na ortopedii nie było żadnego lekarza!
W tym dniu o godzinie 10 mieliśmy zaplanowany trening z dziećmi, a o godzinie 12 normalny – drużynowy. Napisałem to prezesowi. W odpowiedzi stwierdził, że to normalne, iż lekarze się spóźniają i na moim miejscu on by czekał.
Mogę tylko podejrzewać, że w przypadku niepojawienia się na treningu, zostałbym ukarany.
Narracja prezesa w ostatnich tygodniach była taka, że nie przeszedłem badań zleconych przez klub, a ja naprawdę robiłem wszystko, by spotkać się ze wskazanym przez niego lekarzem. Z tyłu głowy zaczęły się jednak pojawiać myśli, że klub po prostu szuka pretekstu, by rozwiązać ze mną umowę.
Sami dziwiliśmy się, gdy na początku okresu transferowego prezes Startu nie wymienił cię w jednym z wywiadów prasowych jako zawodnika mającego ważną umowę ze Startem. Jak to odbierałeś?
Byłem w szoku. Przez całe lato miałem w pamięci ten wywiad. Prawda jest taka, że prowadzony przez prezesa Pelczara klub jest w stosunku do swoich graczy nieprofesjonalny i doprowadza do sytuacji skandalicznych. Ousmane Drame uchylił tylko rąbka tajemnicy.
Ja mogę dodać tylko tyle, że w głowie zawodnika leczącego się po kontuzji naprawdę nie siedzi wymienianie się pismami prawniczymi. Chciałem po prostu wrócić do gry, ale prezes Pelczar nie pozostawił mi wyjścia. Długo próbowałem z nim porozumiewać się w oparciu o rzeczowe argumenty. Finalnie jednak po tej zabawie w kotka i myszkę mogłem tylko odnieść wrażenie, że on po prostu liczył na to, iż w pewnym momencie odpuszczę. Za wszelką cenę chciał udowodnić moją niezdolność do treningu, podważając dokumentację medyczną, którą mu dostarczyłem.
24 sierpnia przedstawiłem wszystkie wynikające z umowy zobowiązania klubu wobec mnie. Na piśmie, które zostało pokwitowane. Na uregulowanie należności nadal czekam.
Podejmowałem próby porozumienia się bez konieczności uruchamiania ścieżki sądowej, ale prezes od razu odparł, że wypłata za miesiąc sierpień, który przecież też przepracowałem zgodnie z zapisami kontraktu z drużyną w ogóle mi się nie należy. Dlaczego? Bo nie stawiłem się na badaniach u lekarza klubowego.
Sytuacja jest kuriozalna, bo miałem chęci polubownego rozwiązania sporu i chciałem się zrzec znacznej cześci należnych mi pieniędzy.
Jak się czujesz zdrowotnie. Jesteś gotowy do gry?
Oczywiście! 8 września lekarz medycyny sportowej w Lublinie wydał mi kartę zdrowia zezwalającą na udział w meczach. Oczywiście, po kontuzji i powrocie do treningów z grą w kontakcie zawsze muszą minąć jeszcze 2-3 tygodnie zanim wejdzie się w obciążenie meczowe, ale mogę i chcę pracować! 8 lipca odłożyłem kule. Od 18 sierpnia mogę już biegać i skakać jak dawniej.
Najpierw muszę jednak ostatecznie rozwiązać sprawę ze Startem i uzyskać list czystości, pozwalający mi na podpisanie umowy z innym klubem. Wciąż jest kilka tematów, których na tym etapie nie chcę i nie mogę poruszać, a które leżą mi na sercu.
Tak naprawdę to nie jest jeszcze wszystko co mam do powiedzenia.
Jakub Karolak
Cała sytuacja boli mnie nie mniej niż kolano w lutym. Naprawdę myślałem, że po 10 latach jeżdżenia po różnych klubach PLK rozsianych po całej Polsce zakotwiczę w tym naszym Lublinie do końca kariery. Miałem nadzieję, że właśnie w moim rodzinnym mieście syn pójdzie do pierwszej klasy i lubelska historia Karolaków zatoczy koło. Chcieliśmy wraz z żoną swoją przyszłość związać z tym miastem, ale okazuje się, że nie było nam to pisane.
