– Na pewno było to nowe przeżycie dla mnie, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Wracałem tu z sentymentem, bo spędziłem we Wrocławiu wiele sezonów i odnosiliśmy mnóstwo sukcesów. Dużo rzeczy się przypominało. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się (po kibicach we Wrocławiu – przyp. red.) więcej – mówił Dziewa.
Podczas pomeczowej konferencji prasowej miał powody do zadowolenia i uśmiechu, bo chwilę wcześniej, w samej końcówce spotkania zapewnił swojej nowej drużynie równie ważną, co prestiżową wygraną w Hali Stulecia.
Cały mecz Dziewa zakończył z dorobkiem 9 punktów, ale trzy ostatnie miały ogromną wagę.
Śląsk grał lepiej niż ostatnio i był na prowadzeniu przez zdecydowaną większość meczu. W ostatniej kwarcie jego ofensywa znów zaliczyła jednak nagły zawał i wrocławianie przez 10 minut uciułali zaledwie 9 punktów. Gdy zespół kończy mecz z większą liczbą start (16) niż asyst (15) nietrudno dojść do wniosku, że jego organizacja gry wciąż kuleje. Chaotyczna jest też rotacja stosowana przed trenera Miodraga Rajkovicia. Ostatnio od serbskiego szkoleniowca najwięcej cierpkich słów usłyszał Jeremy Senglin, a tym razem tylko 7 minut gry dostał Reggie Lynch i w końcówce środkowym Śląska był mający momentami spore problemy ze chwytem piłki Adrian Bogucki (3 punkty i 4 zbiórki w 18 minut).
Z trójki combo-guardów WKS tym razem najlepiej zaprezentował się Marcel Ponitka (13 punktów, 5 zbiórek, 3 asysty). Obaj Amerykanie przewidziani przez trenera Rajkovicia do wymiennego pełnienia roli rozgrywających grali poprawnie, lecz też niczym szczególnym nie zachwycali – wspomniany Senglin do 9 punktów dołożył 5 zbiórek, a Isaiah Whithead do 10 punktów po 4 asysty i zbiórki.
Ten ostatni mógł jeszcze zapewnić Śląskowi zwycięstwo w ostatniej akcji. Korzystając z tego, że zegar został uruchomiony przez sędziów ewidentnie z lekkim opóźnieniem, mógł spróbować zaatakować kosz rywali i wymusić faul, ale zdecydował się – niewykluczone, że zgodnie z planem trenera – na rzut z dystansu.
Piłka nie wpadła do kosza i po czterech meczach ligowych nowego sezonu Śląsk jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Bilans 1-3 i odległe miejsce w ligowej tabeli już na samym starcie rozgrywek, a także fakt, że w drużynie wciąż nie ma klasycznego rozgrywającego powoduje, że wielu kibicom z Wrocławia przed oczyma stają wielomiesięczne problemy zespołu z poprzedniego sezonu. Wówczas zakończyły się aż dwiema zmianami trenera.
– Szkoda, że szczególnie w drugiej połowie popełniliśmy wiele błędów i zaliczyliśmy 10 strat, ale dzisiaj mogę być dumny ze swojej drużyny. To nie był już tak słaby mecz w naszym wykonaniu jak ten z Rytas, czy z Treflem. Walczyliśmy twardo, na końcu nam czegoś zabrakło – trudno. Wierzę, że w każdym kolejnym meczem będziemy robili postępy – mówi Rajković.
– Rywal zrewanżował nam się za porażkę w finale Superpucharu Polski. Szkoda, że w drugiej połowie pozwoliliśmy sobie narzucić preferowany przez King styl gry – komentował Ponitka.
Dla Kinga najwięcej punktów zdobył wracający do gry po zaleczeniu urazu pachwiny James Woodard (12 punktów). 11 dodał Andrzej Mazurczak (także 4 asysty, 3 zbiórki), a 10 Kassim Nicholson. Najważniejsze były jednak trzy Dziewy.
– Byłem tu tyle lat, a teraz zostałem wybuczany. Szczerze mówiąc, myślałem, że to będzie wyglądało inaczej. Czy kibice szybko zapominają? Ta sytuacja to pokazuje – śmiał się po meczu skrzydłowy Kinga.
Dziewa był zawodnikiem Śląska w latach 2016-23. Wystąpił w 186 meczach ligowych wrocławskiego klubu, zdobywając dla niego 2321 punktów. W 2017 roku zdobył z WKS mistrzostwo Polski juniorów starszych, a pięć lat później u boku Travisa Trice’a świętował mistrzostwo kraju seniorów. Latem tego roku, gdy po rocznej przerwie postanowił wrócić do PLK, miał na stole intratną propozycję dłuższej umowy od szefów Śląska. Zdecydował się jednak podpisać kontrakt z Kingiem Szczecin.
Wygląda na to, że tej zdrady kibice Śląska mu długo nie zapomną, tu miłości już raczej nie będzie.