Krzysztof Radziwanowski: Po środowej wygranej prowadzicie z Zastalem już 3:2 i jesteście jedną wygraną od powtórki z zeszłego roku…
Michał Kolenda: …i czujemy się z tym rewelacyjnie! Naprawdę, nie jest łatwo wrócić z tak dużego deficytu, szczególnie w meczu o tak dużą stawkę. To było bardzo trudne starcie. Szczególnie, że mieliśmy świadomość, iż może okazać się najważniejszym w sezonie.
Korzystając z okazji chciałbym powiedzieć coś do naszych kibiców.
Ależ proszę!
Każdy mecz na Bemowie jest dla nas czymś wyjątkowym. Ludzie okazują nam wsparcie cały sezon i nie możemy pozwalać sobie na początki meczów takie, jak dzisiaj. Nawet jeśli mamy gorszy dzień, coś nam nie wychodzi, a przeciwnik gra dobrze. Nie możemy pozwalać na to, by ktokolwiek nas dominował na oczach własnych kibiców. Należy im się walka do samego końca i pełne zaangażowanie. Niezależnie od wyniku. Dzisiaj to się ostatecznie udało!
Co było kluczowe? Na początku gościom wpadało wiele nawet trudnych rzutów, a wam po prostu gra się nie kleiła. To trochę przypadek czy zmieniliście coś konkretnego?
Wróciliśmy do naszych podstaw, do naszego głównego atutu, a nim zawsze jest obrona! To ona wygrała nam mecz. Wiadomo, że trzeba też rzucić jakieś punkty, ale to defensywa i walka na całego sprawiły, że udało się odwrócić losy meczu.
Na pewno byliśmy też po prostu bardziej agresywni. Wygrywaliśmy wiele piłek 50/50 i zamienialiśmy je na łatwe punkty. Nie ukrywam, że celowo szliśmy też na faule, wymuszaliśmy ich dużo, a na koniec mieliśmy komfort. Byliśmy na bonusie, a jednocześnie sami mogliśmy nadal faulować i grać agresywnie. W ataku rzeczywiście graliśmy słabo, więc tym bardziej cieszy, że przed końcówką udało się zbudować bufor i mieć trochę więcej luzu w ostatnich akcjach.
Dziś trafiłeś kilka ważnych rzutów. Wiadomo, że trener rozlicza was przede wszystkim z zaangażowania, walki, ale macie też indywidualne zadania. Jak widzisz swoją rolę w tej serii?
Dokładnie tak jak to określiłem – to bardzo ważne. Przede wszystkim jesteśmy drużyną. Odpowiadamy nie tylko przed sobą i trenerem, ale również przed kolegami z zespołu. Nasze główne cele są jasne. To agresywna obrona i fizyczność po obu stronach parkietu, ale tak jak mówisz dla każdego z nas zadania są rozłożone trochę inaczej. O ile w obronie założenia są głównie zespołowe, to w ataku moją główną bronią musi być rzucanie z dystansu. To wychodzi mi najlepiej i trener oczekuje, że będę przede wszystkim brać rzuty. W dalszej kolejności mam je też oczywiście trafiać – jak najwięcej się da.
Widać że jesteś zmęczony. W takim momencie serii finałowej zmęczenie odgrywa jeszcze istotną rolę? Radzenie sobie z nim będzie coraz ważniejsze czy właściwie teraz już nikt na to nie patrzy?
Do momentu podrzucenia piłki przez sędziego na początku każdego z meczów finałowych jesteśmy naprawdę potwornie zmęczeni. Potem głowa musi się przełączyć. Wchodzi adrenalina, człowiek przestaje czuć to, co powinien. Najgorzej jest bezpośrednio po meczu i przez kilka kolejnych godzin. Wtedy faktycznie ciężko się momentami ruszyć, ale to oczywiście nie jest żadna wymówka. Zmęczeni jesteśmy wszyscy. Najważniejsze jest pilnowanie stałych rytuałów. Każdy ma je trochę inne, ale to pomaga w szybszej regeneracji, także mentalnej. Dzięki temu trudniej też o urazy, nawet te małe.
Jesteś już mistrzem Polski, pamiętasz na pewno dobrze poprzedni finał, wiesz jak smakuje zdobycie złotego medalu. Jak porównasz ten playoff z tym z zeszłego roku?
Jest inaczej, ale chyba nie jestem do końca obiektywny. Poprzednim razem wszystko było dla mnie nowe. Nie grałem nigdy wcześniej na poziomie finału, w takiej fazie sezonu, więc emocje były nie do opisania. Dziś podchodzę do tego z chłodną głową. Nie pamiętam czy z zeszłorocznej ekipy ktoś miał już wcześniej takie doświadczenia, ale na pewno dla większości z nas to było nowe, więc czerpaliśmy z tego pełnią. Wtedy byliśmy też do pewnego momentu playoff underdogiem, teraz od początku jesteśmy stawiani w roli faworytów. Bronimy tytułu, byliśmy liderem tabeli, więc inne są też na pewno emocje wokół nas samych.
A odkładając już na bok sferę emocjonalną – co zmieniło się tak czysto koszykarsko?
Ciężkie pytanie, sam nie do końca wiem. Wydaje mi się że przez pryzmat ostatnich miesięcy jesteśmy naprawdę równą drużyną. Mieliśmy kilka przestojów, ale raczej w pierwszej fazie sezonu. Potem wszystko się uspokoiło i dzięki temu chyba weszliśmy też w playoff z innym nastawieniem. Z większą pewnością siebie. Od dawna wiemy jaki jest cel. Wiemy na co nas stać. To jest duża różnica, chociaż znowu – zaczynamy tu mówić trochę o sprawach pozasportowych.
Skoro już lekko zbaczamy z tematu – to idźmy dalej, zapytam na koniec o twojego brata. Łukasz był dziś na Bemowie, a niedawno oficjalnie podpisał kontrakt z Manresą, drużyną z najmocniejszej w Europie ligi hiszpańskiej. Jak oceniasz jego wybór?
Generalnie świetna sprawa, bardzo się cieszę. Czy to koniec końców będzie dla niego dobrym miejscem, to oczywiście dopiero się okaże, ale już teraz ważne jest, że Łukasz konsekwentnie realizuje to, co sobie założył, o czym marzył od lat. Mnie jako brata najbardziej cieszy to, że on jest zadowolony, ale też że ostatnio omijają go urazy. Szczerze mówiąc jestem trochę podekscytowany, że będę mógł oglądać brata na hiszpańskich parkietach. Bonusem jest też na pewno udział jego drużyny w rozgrywkach Eurocup i okazja do dalszej gry w Europie. Dużo występów przed nim, które na pewno z całą rodziną będziemy oglądać i po prostu mu kibicować.
Konsultował z tobą tę decyzję, byłeś na bieżąco z tematem?
Coś oczywiście słyszałem, ale w decyzjach zdecydowanie nie uczestniczyłem. Łukasz wie co robi. Teraz też po prostu nie mamy czasu, by ze sobą dłużej rozmawiać. Obaj skupiamy się na razie na sobie. Łukasz odpoczywa już po sezonie, a ja jestem w intensywnym trybie treningowym i meczowym. Plan jest jednak taki, że już niedługo siądziemy i pogadamy dużo więcej. Już na spokojnie, w domu w Trójmieście.