To był już mój drugi redakcyjny wypad w tym sezonie do Wałbrzycha. Utwierdziłem się w przekonaniu, że wypełniona kibicami Aqua Zdrój nieprawdopodobnie poprawia odbiór spotkania. Może się podobać nawet widowisko obfitujące w 51 fauli i 66 rzutów wolnych.
Na końcu znowu wygrał Górnik.
Znowu różnicą dwóch punktów.
Tym razem 81:79 (poprzednią wizyta pod Chełmcem złożyłem w dniu meczu ze Śląskiem Wrocław, wówczas było 85:83).
Gospodarze odnieśli tym samym już siódme zwycięstwo w rozgrywkach i pozostają niepokonani w zaciętych końcówkach. To już ich trzecia wygrana różnicą dwóch punktów. Do tej listy powinno się dopisać otwierający sezon mecz w Zielonej Górze, w którym co prawda zwyciężyli różnicą siedmiu, ale do triumfu potrzebowali dogrywki.
Między innymi dlatego na konferencji prasowej chciałem dać okazję trenerowi Andrzejowi Adamkowi, by mógł powiedzieć – „jestem super trenerem i mam nie tylko najbardziej walecznych, ale też najmądrzejszych graczy w lidze”.
Ale nie z nim takie numery.
Trenera wałbrzyszan przywołuję nieprzypadkowo. Z wszystkich fajnych rzeczy, które dzieją się wokół Górnika, jego sympatykom nieustająco najbardziej zazdroszczę i gratuluję posiadania wysokiej klasy szkoleniowca, który jednocześnie jest trenerem miejscowym.
To fantastyczna sprawa dla klubu. Szczególnie w sporcie, w którym co roku przebudowywana jest większość składu, a kibice muszą się nieustająco uczyć nazwisk nowych, najczęściej zagranicznych najemników.
Pierwszy raz Rannuli
Trener Legii Heiko Rannula na konferencji prasowej wykorzystał przysługującą każdemu szkoleniowcowi kartę pod hasłem – „jeszcze nigdy nie krytykowałem arbitrów, ale…”
Estończyk nie sprecyzował, jakiego typu akcje miał na myśli, ale obserwując spotkanie zza ławki Legii nietrudno się tego domyślić.
Chociaż renomę wysokiej klasy floppera ma w polskiej lidze Hiszpan Marc Garcia, to największe emocje w ekipie gości budziły akcje Taurasa Jogeli. Litwin kilkukrotnie skutecznie nabierał zawodników Legii na faule.
Po części wykorzystywał też ich wysunięte ręce, ale także samemu mocno szukał z nimi kontaktu.
Gdy w jednej akcji tego typu kontaktu nie znalazł – Race Thompson akurat trzymał rękę na piłce – to skrzydłowy Górnika trafił wtedy do kosza.
O tablicę.
Z narożnika parkietu.
W całym spotkaniu Jogela zdobył 20 punktów, z czego 8 zarobił z linii rzutów wolnych. O niepodważalnym sprycie Litwina najlepiej świadczy fakt, że do wykonania 9 rzutów za jeden punkt potrzebował wymuszenia zaledwie czterech przewinień.
Niezależnie od tego, jak ciężko się to ogląda – jest to na pewno sporej klasy wyczyn.
Ligowy strzał w stopę
Najczęściej tematy sędziowania pojawiają się w trakcie meczów lub po ich zakończeniu. W piątek w Wałbrzychu było jednak inaczej, a decyzyjne osoby z Orlen Basket Ligi po raz kolejny niepotrzebnie skomplikowały sobie sytuację tam, gdzie było to zupełnie niepotrzebne.
Nawet gdyby w Wałbrzychu Jakub Zamojski zaliczył najlepszy sędziowsko mecz w karierze, to nikt mnie nie przekona, że jakkolwiek broni się pomysł wyznaczenia do pracy arbitra, który 24 godziny wcześniej sędziował mecz w Eurolidze.
I to jeszcze w Tel-Awiwie, skąd powrót nie należy ani do najszybszych, ani do najprostszych.
Po co to komu? Nie wiem.
Gdyby sędziowie bez uszczerbku dla zdrowia i jakości swojej pracy mogli pracować dzień po dniu, to najlepsi ligowi arbitrzy powinni prowadzić więcej niż jedno spotkanie w każdej kolejce. Logiczne, prawda?
Sędziowanie zawsze budzi duże emocje, gdyż arbitrzy są najłatwiejszym celem dla zawodników, trenerów, kibiców i – oczywiście – dziennikarzy.
Przykładowo, ligowi szkoleniowcy starają się ustawić swoich zawodników w jak najlepszych pozycjach do osiągnięcia przez nich sukcesu – choćby tym, że zagrywki na nich przygotowane pozwalają im oddawać rzuty dokładnie takie, jakie lubią. Czy też starając się ukrywać ich ewentualne niedoskonałości w defensywie.
Z arbitrami powinno się postępować podobnie, oni też zasługują – w tym przypadku od swoich przełożonych ze syjamskich organizacji Polskiego Związku Koszykówki i Polskiej Ligi Koszykówki – na możliwość pracy w warunkach sprzyjających jak najlepszemu wykonywaniu swoich obowiązków.
Obowiązków niełatwych, o czym na co dzień przekonują się choćby asystenci trenerów. To oni przecież sędziują wewnętrzne gierki na treningach, a zawodnicy wtedy do nich mają pretensje o odgwizdywane lub też nie przewinienia.
Żeby była jasność – o tej sprawie napisałbym również wtedy, gdyby sędzia Zamojski zanotował w Wałbrzychu udany wieczór.
A że takiego w mojej opinii nie miał – inna kwestia Rozpoczął mecz od moim zdaniem błędnej decyzji o faulu w ataku Race’a Thompsona, a zakończył nieodgwizdaniem ewidentnego przewinienia na Jayvonie Gravesie.
Sama decyzja mogła równie dobrze być efektem często praktykowanego przez arbitrów „połykania” gwizdka, gdy często w zaciętych końcówkach meczów można odnieść wrażenie, jakby przepisy gry w koszykówkę ulegały zmianie.
Ale zdecydowanie wolałbym się nad powyższym zastanawiać w sytuacji, w której spotkanie sędziowałaby trójka najlepiej przygotowanych do tego w danym dniu arbitrów.
W piątek tak moim zdaniem nie było.
Jeżeli w naszej lidze i pod hasztagiem #plkpl ma być lepiej, to nie komplikujmy sobie życia tam, gdzie nie trzeba.
W innym przypadku – w kolejnej Strategii Rozwoju PLK, tej na przykładowe lata 2031-2036 będziemy potrzebowali rozdziału o wprowadzeniu zdrowego rozsądku.
Wałbrzych pokochał Garcię
Wracamy do koszykówki.
Najlepszym strzelcem piątkowego meczu był debiutujący przed wałbrzyską publicznością Marc Garcia, który zdobył 24 punkty, trafiając m.in trzykrotnie zza linii 6,75 metra.
Niektóre z jego akcji były naprawdę efektowne, a po trafianych rzutach z wysoką skalą trudności nie można było się dziwić, że podrywały kibiców z miejsc.
Między innymi dzięki niemu gospodarze w całym spotkaniu trafili 10-krotnie za trzy punkty, czym o dwie celne „trójki” poprawili swoje najlepsze dotychczasowe osiągnięcie z bieżących rozgrywek.
Po odejściu Toddricka Gotchera w zespole Górnika brakowało tego typu zawodnika. Mam wrażenie, że romans Garcii z Górnikiem Wałbrzych to może być miłość. Taka przez wielkie „M” – obustronna!
Hiszpan na konferencji prasowej dziękował zresztą kolegom za doskonałe przyjęcie w zespole.
Ja nie byłbym sobą, gdybym nie zgłosił w tym momencie pretensji do hiszpańskiego snajpera – jego przestrzelony w końcówce rzut wolny pozbawił mnie bowiem szansy na komplet punktów za poprawne wytypowanie różnicy zwycięstwa Górnika z Legią w redakcyjnym Typerze.
Garcia jest drugim graczem, który wylądował na mojej prywatnej czarnej liście. Po meczu warszawskich Dzików z Kingiem otworzył ją Tomasz Gielo, gdy wsadem w końcówce spotkania pozbawił mnie prawidłowego wytypowania 9-punktowej wygranej szczecinian, którzy ostatecznie zwyciężyli 96:85.
W tym przypadku nie czekam na kolejnych kandydatów.
Legijne L-4
Jednym z najlepszych sposobów na ograniczenie poczynań Garcii jest atakowanie go po bronionej stronie parkietu. W piątkowy wieczór Hiszpan mógł jednak w defensywie odpoczywać przez całe 32 minuty – Wojciech Tomaszewski i Maksymilian Wilczek spudłowali wszystkie osiem rzutów z gry i popełnili łącznie siedem przewinień.
Nie mogło zatem dziwić, że swoją pierwszą zaciętą końcówką meczu w Orlen Basket Lidze zaliczył Błażej Czapla. 18-letni rozgrywający pokazał znacznie lepszą decyzyjność od swoich polskich konkurentów. do miejsca w składzie. W trakcie 16 minut spędzonych na parkiecie trafił jedną otwartą „trójkę”, zanotował trzy asysty przy jednej stracie i ogólnie wyglądał… po prostu całkiem kompetentnie.
A przede wszystkim – jak już popełnił błąd, to nie starał się za wszelką cenę natychmiast naprawiać go kolejnym.
Legia w Wałbrzychu zagrała bez aż czwórki kontuzjowanych graczy: Matthiasa Tassa, Michała Kolendy, Ojarsa Silinsa i Andrzeja Pluty. Dwaj pierwsi wyłączeni są z gry na dłużej, losy Silinsa i Pluty ważą się niemalże z meczu na mecz.
W przypadku reprezentanta Polski miałem nadzieję, że w Wałbrzychu dostał po prostu wolne, by nie ryzykować jego zdrowia w kontekście środowego meczu Ligi Mistrzów przeciwko niemieckiemu Heidelbergowi. Po meczu usłyszałem jednak, że tak różowo nie jest i występ Pluty w kolejnych meczach też stoi pod dużym znakiem zapytania.
Nawet mimo braków w składzie Legia była jednak w Wałbrzychu bliska zwycięstwa. Po raz kolejny świetny był Race Thompson (19 pkt), więcej niż zwykle rzutów z dystansu trafił Ben Shungu (16 pkt), a dwucyfrowe zdobycze punktowe zanotowali również Shane Hunter (13 pkt) i Carl Ponsar (11 pkt).
Do uniknięcia czwartej ligowej porażki z rzędu Legia potrzebowała przede wszystkim lepszej gry Jayvona Gravesa. Amerykanin zanotował co prawda po osiem zbiórek i asyst, ale trafił zaledwie dwa z dwunastu rzutów z gry. Oba w pierwszej kwarcie, gdy dwoma kolejnymi „trójkami” zmusił trenera Andrzeja Adamka do wzięcia przerwy na żądanie.
Amerykanin został latem sprowadzony do Warszawy do trudnej roli zastąpienia Kamerona McGusty’ego. Niestety, im dłużej trwa sezon, tym coraz bardziej wydaje się swojemu poprzednikowi ustępować. Szczególnie w sytuacjach zaciętych końcówek, gdy brakuje mu umiejętności zgubienia obrońcy, zmiany tempa i zrobienia czegoś z niczego.
Czasami brakuje mu też po prostu kilku centymetrów wzrostu.
Mam nadzieję, że w środę na Torwarze Graves pokaże nie tylko mi, ale przede wszystkim rywalom, jak bardzo się w tej materii mylę.