Strona główna » Śląsk i Legia niczym bokserzy po nokaucie. Finał Pucharu Polski pod znakiem zapytania!
PLK

Śląsk i Legia niczym bokserzy po nokaucie. Finał Pucharu Polski pod znakiem zapytania!

0 komentarzy
Nie tak wyobrażali sobie początek 2025 roku kibice oraz szefowie Śląska i Legii. Zdziesiątkowane przez kontuzje drużyny z Wrocławia i Warszawy bardzo wyraźnie przegrały piątkowe mecze z niżej notowanymi rywalami z Torunia i Gdyni. Obecnie żadna z nich nie jest pewna występu w lutowym turnieju finałowym o Puchar Polski.

Nad tym, czy Śląsk – wbrew notowaniom bukmacherów – jest faworytem piątkowego meczu z Twardymi Piernikami zastanawialiśmy się głośno jeszcze przed meczem, gdy okazało się, że wrocławianie przyjechali do Torunia bez czterech podstawowych graczy. We Wrocławiu pozostali leczący rozmaite urazy Jeremy SenglinMarcel PonitkaDaniel Gołębiowski i Emmanuel Nzekwesi. Biorąc pod uwagę fakt, że każdy z nich mógłby przecież grać w pierwszej piątce, osłabienie było ogromne (pierwsza trójka powróciła już do treningów, przerwa w grze holenderskiego środkowego potrwa dłużej).

Śląsk napędzany przez DJ Coopera (17 punktów, 5/10 za 3, 8 asysty, ale i 6 strat) dotrzymywał gospodarzom kroku jedynie do przerwy. Amerykanin mógł liczyć na wsparcie Angela Nuneza (18 punktów i 12 asyst), ale trzech pozostałych graczy pierwszej piątki tego dnia trafiło zaledwie 3 z 15 rzutów z gry. W drugiej połowie ofensywa gości rozsypała się jak domek z kart. Twarde Pierniki nie słyną z twardej defensywy – zajmują pod względem jej efektywności zaledwie 12. miejsce w lidze – ale w drugiej połowie koszykarze WKS zdołali uciułać w starciu z nią zaledwie 22 punkty.

O choćby wyrównanej walce o zwycięstwo do końca nie było mowy. W zespole z Torunia fantastyczny mecz rozegrał Viktor Gaddefors. Szwed do 24 punktów (8/9 za 3) dołożył też 9 asyst, 5 zbiórek i 4 przechwyty. EVAL? Skromne 38. Po 17 puntów zdobyli Michael Ertel (5/10 z gry) i Divine Myles (7/14). Twarde Pierniki ostatecznie wygrały aż 87:72.

Niemal identycznym wynikiem zakończył się mecz w Warszawie. Jedyna różnica – zwycięska drużyna (Arka) zdobyła o punkt więcej.

Sytuacja Legii w tym meczu była nieco podobna do tej, w której znalazł się Śląsk. Z powodu urazu i choroby nie mogli wystąpić, podobnie jak w poprzednio w Gliwicach, Mate Vucić i Dominik Grudziński. Na dodatek z gry ze względu na kontuzję wypadł Shawn Jones, który wprawdzie niebawem zapewne i tak opuści zespół, ale wobec nieobecności Vucicia na pewno by się w tym meczu trenerowi Legii Ivicy Skelinowi przydał.

Efekt? Legia była zmuszona skorzystać z usług niespełna 18-letniego Dominika Niedziałkowskiego (8 minut, 4 punkty, 2 zbiórki). Jeszcze niespełna trzy minuty przed końcem warszawianie przegrywali „tylko” sześcioma punktami. Wówczas jednak dwie kolejne trójki Łukasza Kolendy (20 punktów, 4/10 za 3) ostatecznie przesądziły sprawę. Najlepszym zawodnikiem gości był tego wieczoru Nemanja Nenadić (22 punkty, 7 zbiórek, 5 asyst).

Legię w grze o zwycięstwo długo trzymał duet Kameron McGusty i Michał Kolenda (obaj po 18 punktów). Bardzo ciekawie w swoim debiucie wypadł też nowy środkowy EJ Onu, który straszył rywali blokami (5) i choć nie sprawiał wrażenia dobrze przygotowanego do dłuższej gry, w ciągu 26 minut zdobył także 13 punktów (1/2 za 3) i miał 9 zbiórek.

Stołecznej drużynie zabrakło jednak głębi składu, by walczyć o zwycięstwo, choć rywalizowała przecież z zespołem, który pod względem produktywności graczy wchodzących z ławki jest zdecydowanie najgorszy w PLK.

Za tydzień Śląsk i Legia, obecnie drużyny przypominające dwóch bokserów po nokaucie, spotkają się we Wrocławiu. Ten mecz może mieć dla nich ogromne znaczenie. Obecnie żadna z nich nie może być pewna udziału w lutowym turnieju finałowym o Puchar Polski. Ich sytuacja może stać się jeszcze trudniejsza, jeśli w sobotę PGE Spójnia pokona na własnym parkiecie PGE Start i dołączy go grona drużyn z dorobkiem siedmiu zwycięstw. Stargardzianie mają w dwóch ostatnich kolejkach I rundy rozgrywek potencjalnie nieco łatwiejszy terminarz od Śląska i Legii.