Autor jest administratorem liczącej ponad 15 tysięcy członków „grupy dyskusyjnej ORLEN Basket Ligi” oraz liczącej 8,5 tysiąca członków „grupy dyskusyjnej Pekao S.A. 1 liga mężczyzn” na Facebooku. .
W czwartek podróżowałem do Berlina na zaplanowany dużo wcześniej w swoim grafiku mecz Euroligi. Gospodarze, berlińska Alba, grali z obrońcami mistrzowskiego tytułu – słynnymi „Koniczynkami” z Aten. Przypomnę, ostatni Final Four Euroligi odbył się właśnie w Berlinie, a w składzie Panathinaikosu był środkowy naszej kadry Aleksander Balcerowski. To wychowanek wałbrzyskiego Górnika, w którym na poziomie seniorskim nigdy nie zagrał. O ile we wspomnianym turnieju finałowym Olek się nie nagrał, to kupując wcześniej bilet po cichu liczyłem, że skoro miał już zostać na kolejny sezon w Atenach – w październiku zobaczę go w akcji!
Jak wszyscy wiemy – stało się inaczej. Olek w międzyczasie wrócił do Hiszpanii, jest już koszykarzem Unicaja Malaga. Mój entuzjazm osłabł, ale podróżowałem do stolicy Niemiec zbudowany faktem, że zobaczę ateński Dream Team pod batutą profesora Atamana. Jako fan (przede wszystkim!) krajowego, ligowego basketu po drodze śledziłem jednak jeszcze uważniej niż zwykle doniesienia naszych mediów. Powód? Znajomy chwilę wcześniej „poczęstował mnie” plotką. Usłyszałem, że MVP finałów minionego sezonu Bank Pekao S.A. 1 Ligi, kapitan wałbrzyskiego Górnika Damian Durski miałby nagle tuż przed inaugurację PLK wrócić do pierwszoligowego grania.
Transfer miał wynikać z faktu, że zawodnik w sparingach beniaminka ekstraklasy grał mało i doszedł do wniosku, że w Orlen Basket Lidze na częstsze występy nie ma co liczyć. Trener Górnika Andrzej Adamek miał potrzebować bardziej klasycznego rozgrywającego. Plotkę przyjąłem z dużą rezerwą. Przecież miałem świeżo w pamięci wcześniejszy wywiad szkoleniowca Górnika, który nie wyobrażał sobie ekstraklasowego składu bez popularnego „Duriego”.
Przypomnę: Damian Durski to wychowanek Górnika. Ale tu podobieństwa do Balcerowskiego się kończą. To zawodnik notorycznie niedoceniany, który od lat musiał udowadniać sobie i innym, że zasługuje na spore minuty na parkiecie. Jako sympatyk 1. ligi – gdzie przez ostatnie lata wałbrzyski Górnik był zespołem wiodącym – kojarzyłem go jako gracza od zadań specjalnych, słynącego przede wszystkim z dobrej defensywy. Dopiero trener Adamek mocniej na niego postawił w ofensywie. Był do tego zmuszony po „dezercji” – już po zamknięciu okienka transferowego – podstawowego rozgrywającego wałbrzyszan z minionego sezonu Francisa Hana.
Opłaciło się! Choć Durski nigdy wcześniej nie prowadził gry jako podstawowa jedynka, nie tylko sprostał zadaniu – wywiązał się z niego znakomicie. Słyszałem opinie kibiców, że to właśnie on jest jednocześnie sercem i płucami Górnika Zamek Książ. Ten chłopak z Wałbrzycha, z górniczym DNA, ciężką pracą – niczym górnik na szychcie – wywalczył sobie uznanie i podziw kibiców oraz kolegów.
W drodze do Berlina chcąc nie chcąc, zamiast myśleć o czekającym mnie widowisku, zacząłem się zastanawiać nad losem polskich zawodników w Orlen Basket Lidze. Ilu takich Damianów Durskich nie miało szansy rozwinąć skrzydeł w naszej ekstraklasie, gdyż przepisy pozwalały ściągać do niej – nie zawsze znacząco lepszych – zagranicznych zawodników?
Ale może tak właśnie powinno być? Chcemy porównywać się do najlepszych? Przecież na rozgrzewkę przed meczem Alby z Panathinaikosem wyszło raptem czterech Niemców i czterech Greków…
Gdy sam bohater tej historii potwierdził informację o opuszczeniu Górnika, zacząłem sprawę analizować jeszcze mocniej. W końcu w berlińskiej Uber Arenie zagorzali greccy fani przypominali mi właśnie tych z Wałbrzycha (zachowując stosowne proporcje). Przecież to nie tylko trener Adamek, ale właśnie kibice Górnika byli największymi fanami zawodnika. To oni nie wyobrażali sobie zespołu bez niego.
Jak się z tym czują? – to pytanie zdawałem sobie przez piątek, w drodze powrotnej z Berlina, nasłuchując też informacji z Wałbrzycha, gdzie Durski zakończył swoją karierę w PLK po 81 sekundach.
Uważam, że punktem wyjściowym do rozważań o obecności „Damianów Durskich” w Orlen Basket Lidze jest zdefiniowanie kierunku, w którym spółka zarządzająca rozgrywkami powinna podążać. Przypomnę: obecne przepisy mówią, że w 16-zespołowej ekstraklasie każda ekipa może wystawić w meczu 5, a – za dodatkową opłatą – nawet 6 zagranicznych koszykarzy. Gdy powyższe przeliczylić wychodzi na to, że przy 12-osobowej rotacji w PLK może „zmieścić się” ok. 110 najlepszych Polaków.
Oczywiście, jest jedno „ale”, gdy mówimy o najlepszych. Wiadomym jest, że w większości ekstraklasowych zespołów gwiazdami są zawodnicy zagraniczni, a topowi Polacy – choćby wspomniany na wstępie Balcerowski – grają w lepszych ligach, za dużo większe pieniądze.
W sporcie zawodowym o to właśnie chodzi, by grać z najlepszymi! Jednakże, jak pokazuje historia naszej ekstraklasy, często zagraniczni zawodnicy wielkiej różnicy wcale w niej nie robią. Uważam, że poszliśmy w złym kierunku. Nie potrzeba nam aż tylu obcokrajowców w PLK, by jej poziom był dla kibica zadowalający.
Są w Polsce ośrodki, w których kibic koszykówki przyjdzie zawsze na mecz. Właściwie niezależnie od składu ukochanego klubu. Posiłkując się tu średnią frekwencją czy sprzedanymi karnetami wymienię kilka z brzegu: Włocławek, Słupsk, Wałbrzych, Stargard, Ostrów Wielkopolski czy Inowrocław. Tak, tak – pierwszoligowa Noteć właściwie zawsze ma pełną halę, a według aktualnych oficjalnych danych znajduje się w Top5 klubów ze sprzedaną największą liczbą karnetów w Polsce, biorąc pod uwagę en bloc ekstraklasę oraz 1. ligę. A ceny karnetów ma wyższe od niektórych klubów PLK!
Skoro kibic dopisuje, to oczywistym jest, że decydenci klubowi mają większe szanse na znalezienie sponsorów, których lepiej byłoby nazywać reklamodawcami. Potwierdzenia tej tezy? Prezes Czarnych Słupsk Michał Jankowski sprowadził latem do klubu spółkę skarbu państwa – Energę. Zrobił to w czasach, gdzie w większości wypadków te spółki z klubów się raczej wycofują. By nie być gołosłownym wspomnę jedynie Tauron, który opuścił GTK Gliwice, Krajową Grupę Spożywczą, która opuściła Arkę Gdynia, czy Eneę która już nie jest sponsorem tytularnym Zastalu Zielona Góra.
Przeciwieństwa względem Słupska? Choćby dąbrowski MKS, gdzie na trybunach kibiców zjawia się zdecydowanie mniej (jedna z najniższych frekwencji w ekstraklasie), a w tym klubie od lat brakuje sponsora tytularnego. Szefowie MKS sami zachęcali ostatnio swoich fanów do zbierania podpisów pod petycją do spółek skarbu państwa z prośbą o wsparcie… Klub z Zagłebia Dąbrowskiego pochwalił się niedawno, że sprzedał rekordową liczbę karnetów – ponad 200. Wypada pogratulować! Małe sukcesy zawsze budują, choć wynik to wciąż mizerny. Szczególnie, gdy wziąć pod uwagę niskie ceny karnetów. Ta sama uwaga tyczy się lubelskiego Startu czy GTK Gliwice. A niskie ceny wcale nie przekładają się na wyższą frekwencję. Od inwestowania w zagranicznych zawodników też się ona nie poprawi. Gdy wspomniany MKS Dąbrowa Górnicza ponad 10 lat temu grał w 1. lidze, Hala Centrum bywała zapełniona po brzegi. Niedawno spotkałem jednego z kibiców z tamtych czasów.
– Dlaczego już nie chodzisz na mecze? – zapytałem wprost.
– Nie potrafię się już z nikim utożsamiać. W klubie brakuje zawodników pochodzących z Zagłebia Dabrowskiego, jak kiedyś Piotr Zieliński, Paweł Zmarlak czy inni. Jeden taki gracz na cały zespół, Marcin Piechowicz, to za mało. Nazwisk amerykańskich graczy nie zdążę się nauczyć, a oni już się zmieniają – tłumaczył.
Jednym słowem: kibicom, którzy NIE chodzą na mecze PLK często brakuje po prostu więcej Durskich w ekstraklasie!
Wróćmy do myśli o liczbie Polaków w zespołach Orlen Basket Ligi. Słyszę, że musimy mieć więcej obcokrajowców w składach, by stać się konkurencyjni w europejskich pucharach. Przypomnę: rok temu trener Przemysław Frasunkiewicz poprowadził Anwil Włocławek do największego międzynarodowego sukcesu w historii klubu – sięgnął z nim po FIBA Europe Cup. To pierwsze trofeum pod egidą FIBA zdobyte przez polski zespół koszykarzy!
Co się stało z tym sukcesem? Czy ktoś o tym jeszcze pamięta? Ci sami kibice, którzy wiosną 2023 roku nosili trenera na rękach, rok później go wyzywali na forach internetowych. Inne przykłady? Pierwszy w brzegu: Śląsk ma za sobą trzyletnią, nieudaną przygodę w ekskluzywnym EuroCup, przedsionku Euroligi. Teraz swoją z tymi rozgrywkami rozpoczął mistrz Polski, Trefl Sopot. Śląsk był dla rywali tylko tłem. Trefl też źle rozpoczął obecną kampanię.
Niektórzy fani mają wątpliwości co do letnich transferów Trefla, ale jego trener w jednym z wywiadów uświadamiał, że lepsi zagraniczni gracze wcale nie są chętni do gry w polskiej ekstraklasie. Nawet za dobre pieniądze. Nawet, gdy mają szansę gry w europejskich pucharach.
Brutalna szczerość Żana Tabaka.
Choćby z tego powodu 5 czy 6 zagranicznych zawodników w polskich klubach to moim zdaniem nieporozumienie, skoro na tle rywali z lepszych i zamożniejszych lig prezentują średni poziom. W mojej ocenie trzech obcokrajowców w zupełności by wystarczyło, skoro i tak przegrywamy w Europie.
Słyszę argument, że nie ma aż tylu Polaków prezentujących ekstraklasowy poziom. OK, przyjmuję. Wobec tego zweryfikujmy oczekiwania co do tego poziomu i zacznijmy większą uwagę poświęcać pracy z młodzieżą. Ewentualnie – jak w niektórych ligach – ustalmy, że status gracza miejscowego może zyskać zagraniczny gracz, który w Polsce spędzi kilka sezonów. Przywołam tu choćby grających w 1. lidze Thomasa Davisa, Jamesa Washingtona czy do niedawna Remona Nelsona. Oni już się w Polsce choć trochę zadomowili, kibice z nimi też mogą się utożsamiać.
Jeśli dalej będziemy mieli problem z poziomem – po prostu zmniejszmy ekstraklasę. Trzeba zacząć uczciwie stawiać sprawę! Przecież niektórych klubów/miast nie stać na grę na tym poziomie rozgrywkowym. Utrzymuję się w dużej mierze dzięki łasce PZKosz/PLK.
Na koniec chciałbym się odnieść do przywołanego na wstępie meczu w Berlinie. Ostatecznie zagrało w nim tylko sześciu zawodników z Niemiec i Grecji, bo dwóch nie podniosło się z ławki oraz aż 16 obcokrajowców. Trzeba jednak pamiętać, że są to obcokrajowcy przez wielkie „O”, którzy do naszej ligowej rzeczywistości (raczej) nigdy nie przyjadą.
Jeden szanowany polski dziennikarz napisał kiedyś, że w PLK powinno się znieść wszelkie limity i podpisywać po prostu najlepszych dostępnych koszykarzy bez względu na posiadany paszport. Gwarantuję: stworzylibyśmy w ten sposób szybko ekstraklasę piłkarską sprzed kilku lat bis. Tę, w której w większości występowali kończący kariery zawodnicy ze Słowacji czy Czech. U nas byliby to – analogicznie – wiekowi Litwini i Serbowie.
Reasumując: w PLK powinien zostać wprowadzony mniejszy limit dla zagranicznych zawodników niż obecny. W moim przekonaniu trzech takich graczy na poziomie ekstraklasy i jeden na poziomie pierwszoligowym – jak obecnie – spokojnie by wystarczyło. W 16 zespołach ekstraklasy grałoby wówczas 9 polskich zawodników, co dałoby ponad 140 Polaków w ekstraklasie!
Wówczas Damian Durski miałby szansę być jednym z liderów swojego ukochanego Górnika w Orlen Basket Lidze, a składy drużyn mogliby uzupełniać utalentowani młodzieżowi reprezentanci Polski. Bez obawy, że będą w ekstraklasie podawać jedynie ręczniki starszym głównie zagranicznym kolegom.