Strona główna » RAPORT: Rewolucja w rankingu frekwencji na meczach PLK – rekord wszech czasów na horyzoncie!
PLK

RAPORT: Rewolucja w rankingu frekwencji na meczach PLK – rekord wszech czasów na horyzoncie!

0 komentarzy
Jeśli koszykarska gorączka w Zielonej Górze nie ostygnie, szykuje się frekwencyjny rekord w historii PLK. Wzrost liczby kibiców odwiedzających w tym sezonie hale Orlen Basket Ligi jest faktem i zauważają go już również osoby spoza koszykarskiej bańki. Postanowiliśmy sprawdzić o jak dużej jego skali po pierwszej części rozgrywek tak naprawdę mówimy.


Na półmetku sezonu zasadniczego ligi możemy pokusić się o kilka wniosków związanych z frekwencjami w poszczególnych halach, ale także spojrzeć na ligę w szerszej perspektywie.

Tłumy w Zielonej Górze i Sopocie

Zaczynając od ogółu i odpowiadając od razu na najważniejsze pytanie, które może towarzyszyć temu tekstowi: tak, jest lepiej niż było w poprzednich sezonach!

Średnia deklarowana przez organizatorów frekwencja na meczach pierwszej rundy Orlen Basket Ligi wyniosła ponad 2160 kibiców na mecz. To mniej więcej o 200 kibiców więcej na każdym meczu, porównując do całości sezonu zasadniczego 2024/25.

Poniższe zestawienie porównuje frekwencję w poszczególnych halach w ujęciu: średniej arytmetycznej, mediany – bardziej odpornej na pojedyncze ekstremalnie niskie lub ekstremalnie wysokie wartości, a w końcu – daje obraz w porównaniu z poprzednimi rozgrywkami.

Screenshot

Pierwsze co rzuca się w oczy po choćby pobieżnym spojrzeniu w powyższy ranking, to średnie wynoszące odpowiednio 4355 i 3357 widzów w Zielonej Górze i w Sopocie.

Zastal prawie na pewno będzie frekwencyjnym liderem tego sezonu PLK i wygra ten ranking jako pierwszy klub inny niż Anwil Włocławek i Śląsk Wrocław od dziesięciu sezonów. Rewolucja!

To nawet nie „wina” nieznacznych spadków widowni we Włocławku czy Wrocławiu, bo w poprzednich latach taki ranking wygrywano one ze średnimi rzędu 3200 czy 3400 widzów. Mówimy o ogromnej na skalę PLK popularności meczów w zielonogórskiej hali CRS. Według naszej najlepszej wiedzy, żaden klub w jej historii nie skończył jeszcze sezonu PLK ze średnią ponad 4000 widzów na mecz, biorąc pod uwagę również playoff, które z zasady wyglądają frekwencyjnie lepiej niż mecze w środku sezonu. Rekord wszech czasów? Biorąc pod uwagę rozbudzone nadzieje w Zielonej Górze i rosnącą w ostatnich tygodniach moc sportową Zastalu – bardzo prawdopodobny!

Docenić należy również zauważyć i docenić bardzo dobrą frekwencję w Sopocie. Co ważne – została osiągnięta bez „naciągania” jej za pomocą Meczu Kaszubskiego czy innego wydarzenia specjalnego. Frekwencji na meczach Trefla służy goszczenie drużyn rywali w przestronnej ERGO Arenie, która wypełniona choćby w jednej trzeciej mieści więcej kibiców niż maksymalna pojemność wielu ligowych hal.

Tegoroczny Trefl nie prezentuje się na parkiecie wyraźnie lepiej niż zespoły Żana Tabaka z ostatnich lat, nie jest aż tak wyraźnym faworytem do medali jak to bywało niedawno. Można więc wysnuć przypuszczenie, że to nie klimat wokół zespołu, a lepsza dostępność i dobra praca marketingowa klubu jest tu najważniejszym czynnikiem ogromnego (pięćdziesięcioprocentowego) wzrostu frekwencji na meczach brązowego medalisty poprzedniego sezonu.

Spore wzrosty widowni deklarują również kluby ze Szczecina i Gdyni, które w poprzednich latach w sezonach zasadniczych rzadko zbliżały się do wypełnienia hali w stu procentach. Może i na meczach Kinga i Arki nadal dość daleko do kompletów, ale „dobry klimat” wokół obu drużyn służy lokalnemu zainteresowaniu.

Brawa należą się także kibicom w Dąbrowie Górniczej. Frekwencja na meczach MKS wciąż nie jest może imponująca (ok. 1400 widzów), ale odnotowała najwyższy procentowy wzrost ze wszystkich hal PLK. Warto jednak zachować ostrożność w interpretacji tych danych. Średnie frekwencje na poziomie 1200-1300 widzów na przestrzeni sezonu zdarzały się już w dąbrowskiej hali już choćby w rozgrywkach 2017/18 czy 2023/24. To po prostu poprzedni sezon był pod tym względem fatalny. Można powiedzieć, że od kilku lat w Dąbrowie Górniczej trwa frekwencyjny rollercoaster.

Na drugim biegunie – porównując frekwencję z poprzednim sezonem – znalazł się lubelski Start. Mimo świeżych sukcesów z ubiegłego sezonu i zdobycia Superpucharu we wrześniu 2025, drużyna przeżywająca spore problemy sportowe w bieżących rozgrywkach często nie przyciągała nawet czterocyfrowych widowni i zanotowała największy procentowy spadek w porównaniu z wicemistrzowskim sezonem. Być może coś ruszy się po ostatnich wzmocnieniach drużyny i trzech zwycięstwach z rzędu?

Mniejsze spadki zaobserwować możemy też we Włocławku, Wrocławiu i Ostrowie Wielkopolskim, ale liczby bezwzględne i tak są tam solidne. Niższej frekwencji na meczach Śląska na pewno „pomaga” mniejsza liczba meczów w Hali Stulecia. Średnia frekwencja we Włocławku, wbrew obiegowej opinii, wcale nie jest najniższa w ostatnich latach i trudno powiedzieć czy ma związek z wynikami drużyny, skoro w ostatnim medalowym sezonie (2021/22) była taka sama. W mistrzowskich sezonach 2017/18 i 2018/19 wynosiła średnio 3400 widzów, ale licząc razem z playoff, gdy do włocławskiej Hali Mistrzów nie można było wepchnąć choćby i szpilki.

Frekwencja a pojemność hal

Tak samo jak w tekstach podsumowujących ligowe frekwencje w minionych sezonach, tak i dziś celowo nie dzielimy się dokładnymi wskaźnikami procentowymi zapełnienia hal. Powodów jest kilka. Choćby taki, że żadna to wina klubów ze Szczecina czy Sopotu, że mają ogromne hale, ani powód do dumy miast, w których kibice nie mieszczą się w halach nie przystających już do rozgrywek w XXI wieku (m.in. wciąż Warszawa).

Poza tym obiekty występują w różnych konfiguracjach – w wielu nie ma jednej stałej liczby miejsc. Zarządzający obiektami używają dostawek, dodatkowych rozkładanych trybun, albo wyłączają z użytkowania całe sektory. Możemy jednak pokusić się o ogólną uwagę, że w dziesięciu halach na 16, średnia deklarowana widownia wynosi co najmniej 3/4 maksymalnej liczby miejsc. Tak jest w Zielonej Górze, Włocławku, Wrocławiu (biorąc pod uwagę halę Orbita), Ostrowie Wielopolskim, Wałbrzychu, Słupsku, w obu halach warszawskich, Krośnie i Gliwicach. 

Powoli docieramy więc do miejsca, w którym do dalszego wzrostu frekwencji w PLK potrzeba jest jeszcze większych widowni w największych obiektach w naszej lidze, ponieważ gro z tych mniejszych jest już i tak za mała dla klubów w nich grających. Wzrost frekwencji na meczach PLK został zauważony w środowisku sportowym, ale żeby postępował – kluby wciąż muszą inwestować w swoje struktury, a władze kilku miast w lepsze obiekty dla swoich drużyn.

W tym kontekście nie dziwi zapis o minimalnej pojemności hali (3000 widzów) w nowej strategii rozwoju na lata 2025-2031 opracowanej dla Polskiej Ligi Koszykówki. Warto jednak wspomnieć, że pojęcie minimalnej pojemność hali znajdziemy już teraz i nie jest to żadna nowość. W ligowych regulaminach dotyczących zasad rozgrywania meczów i wyposażenia hal ustawiono limit na 2000 udokumentowanych miejsc siedzących, oczywiście z zastrzeżeniem, że mniejsza liczba wymaga zgody organizatora rozgrywek…

Rozstrzał widowni w największych i najmniejszych halach widać również w rankingu pojedynczych meczów. Już na półmetku sezonu granicą dla czołowej dziesiątki jest prawie 4000 widzów:

1. Trefl – Arka – 5133 widzów

2. Śląsk – Anwil – 4893 widzów

3. Zastal – Trefl – 4841 widzów

4. Zastal – Miasto Szkła – 4805 widzów

5. Zastal – Legia – 4784 widzów

6. Zastal – Anwil – 4662 widzów

7. Zastal – Górnik – 4618 widzów

8. Trefl – Czarni – 4428 widzów

9. Trefl – Anwil – 4409 widzów

10. King – Zastal – 3941 widzów

    Już sama struktura tej dziesiątki pokazuje, że rekordowe widownie są dziś w praktyce domeną kilku największych obiektów w lidze.

    Liczby a rzeczywistość

    Osobną kwestią jest raportowanie frekwencji przez kluby. Pojedyncze przypadki nierzetelności raczej nie wypaczają ogólnego wrażenia – frekwencja w Polskiej Lidze Koszykówki naprawdę jest niezła. Pojedyncze przypadki nie kwestionują też tego, że pod koniec grudnia w jednej kolejce w trakcie trzech dni w halach we Wrocławiu, Zielonej Górze i Sopocie było za każdym razem ponad 4000 widzów, co w naszej lidze było wydarzeniem bez precedensu.

    Pojedyncze przypadki nierzetelności zdarzają się jednak i trudno ich nie zauważać. Wciąż brak spójnej procedury lub chęci jej egzekwowania w klubach. Wprawne oko obserwatora interesującego się tematem frekwencji dostrzeże, że 70 procent zajętych krzesełek zaraportowanych w protokole z perspektywy trybun czy transmisji telewizyjnej wygląda różnie w różnych halach. W niektórych powiedzielibyśmy o takim wypełnieniu hali jak o „niemal komplecie”, w innych pojawią się opinie o „pustkach”. 

    Być może różnie rozumiane jest przez organizatorów pojęcie frekwencji, skoro niektóre kluby wpisują ją w drugich kwartach meczu, raportując maksymalną liczbę widzów z systemów biletowych, a inne „strzelają na oko”, zaokrąglając do pełnych setek czy pięćdziesiątek.

    W tym sezonie zdarzały się również mecze, w których widzów było rzekomo więcej niż wynosi pojemność hali (całkowita, pomijając jej konfigurację). Nagminne jest też wpisywanie kompletu co do jednego zajętego krzesełka w przypadku sold-outów, podczas gdy niemożliwe jest, aby na sześć meczów z rzędu przyszło dokładnie tyle samo ludzi – ani jednego mniej, ani jednego więcej. Zdajemy sobie sprawę, że liga ma inne palące potrzeby i aspekty do poprawy, ale przypadek komisarza meczu podpisującego protokół z liczbą widzów o 10 procent przekraczającą pojemność hali to jednak rzecz stosunkowo łatwa do naprawienia.

    Ostatecznie, nawet jeśli w protokołach meczowych nie zawsze znajdziemy stan faktyczny liczby zajętych krzesełek, polska koszykówka nie musi się wstydzić lokalnego zainteresowania kibiców – ani na tle innych sportów drużynowych, ani w zestawieniu z ościennymi ligami koszykówki.

    Jak możemy dowiedzieć się ze wspomnianego już powyżej artykułu opublikowanego na łamach portalu SportMarketing ligowa koszykówka tylko nieznacznie ustępuje siatkówce pod względem średniej frekwencji na meczach, co pamiętając o dysproporcji tego, w którym miejscu światowej hierarchii są Orlen Basket Liga i PlusLiga w swoich dyscyplinach jest dla basketu dobrą informacją. Mecze koszykówki ogląda znacznie więcej widzów niż mecze Orlen Superligi piłki ręcznej. 

    Orlen Basket Liga radzi sobie lepiej w halach niż poza nimi. Lokalne zainteresowanie w koszykarskich ośrodkach poza wyjątkami albo rośnie, albo przynajmniej – poza wyjątkami – nie maleje. Coraz częściej rozbija się o fizyczne ograniczenia obiektów, podczas gdy zainteresowanie globalne — widoczne także w danych dotyczących oglądalności otwartych transmisji na ligowym kanale YouTube wydaje się wciąż niezadawalające.