Ostatnią akcję z sobotniego, rozgrywanego w promieniach słońca mecz w Warszawie, w której Kadre Gray równo z syreną zapewnił jego drużynie zwycięstwo 82:81, zapamiętamy na dłużej.
– Dużo pracuję nad swoim rzutem z dystansu, zatem wiedziałem, że piłka znajdzie się w koszu – dodał 28-letni Kanadyjczyk, który przyznał również, że w profesjonalnej karierze tego typu rzut – na wygraną, klasycznego „buzzer beatera” – trafił w sobotę po raz pierwszy.
Dla Śląska była to już 12. wygrana w sezonie, choć jeszcze niespełna minutę przed końcem 4. kwarty wrocławianie tracili do gospodarzy pięć punktów (76:81).
Twój błąd, mój zysk
Styl rozgrywającego Śląska nie wszystkim kibicom wrocławskiego zespołu przypada do gustu. Szczególnie w rozgrywkach EuroCup wychodzą jego różne ograniczenia – czy to jednak dość tunelowe widzenie parkietu w trakcie akcji z piłką, czy też brak szybszego pierwszego kroku przy próbach mijania rywali 1 na 1.
Gray ma jednak też naprawdę spore umiejętności – szczególnie rzutowe – a także pewność siebie, gdy trzeba wykonać ważną akcję. Jest też gotowy poświęcać swoje ciało, czy to walcząc z podkoszowymi rywalami po zamianach krycia, czy też wymuszając faule w ataku.
Sytuacja z końcówki spotkania, gdy mając na koncie cztery przewinienia złapał na faul ofensywny Rivaldo Soaresa była jednym z małych-wielkich zagrań wrocławian, które pozwoliły im wrócić do meczu.
Oczywiste jest to, że zawodnik Dzików powinien w tej sytuacji zachować się lepiej. Właściwym wyborem było zapewne zwolnienie gry i lepsze wykorzystanie zegara 24 sekund. Błąd i pochopne zachowanie rywala trzeba jednak jeszcze umieć wykorzystać. Właśnie to uczynił w tej sytuacji Gray.
Ostatecznie zakończył mecz z dorobkiem 23 punktów, a ostatnim rzutem pobił w korespondencyjnym pojedynku strzeleckim Landriusa Hortona. Lider Dzików zdobył w sobotę 21 „oczek”.
Co dwie głowy, to nie jedna
Powyższe powiedzenie zdecydowanie się w Warszawie nie sprawdziło. O czym, czy raczej o kim mowa?
Szkoleniowiec Śląska oczywiście nie będzie na konferencji prasowej wymieniał nazwisk, ale pod nieobecność wciąż kontuzjowanego Stefana Djordjevicia jego zespół miał wielkie problemy w walce o zbiórki. 12 piłek zebrał Jakub Urbaniak, 7 padło łupem Noah Kirkwooda, a 6 zebrali Ajdin Penava i Jared Coleman-Jones.
Łącznie. Przez 27 minut.
W pierwszej połowie, w której zagrali łącznie przez 23 minuty, ich łupem padła jedna – powtórzę się: JEDNA! – zbiórka w obronie.
Dodatkowo, w bardzo intrygującym match-upowo pojedynku na pozycji „4”, Grzegorz Kamiński znacznie lepiej wykorzystywał swoje atuty od Penavy.
Proszę mi wierzyć, że kolejne kilkadziesiąt sekund nie było dla Bośniaka najprzyjemniejsze. Z odległości kilku metrów wyglądało na to, że trener Bagatskis dosadnie przekazał mu na ławce, co myśli o tego typu jego postawie w obronie.
Penava z 10 zdobytymi punktami był najskuteczniejszym zawodnikiem Śląska w pierwszej części spotkania. Ale co z tego? Z nim na parkiecie, w ciągu 13 minut, wrocławianie byli wtedy gorsi od Dzików aż o 9 punktów. W całym spotkaniu aż o 13.
Nie mogłem zatem się nie spytać łotewskiego szkoleniowca o termin powrotu Djordjevicia do gry.
Po chwili, już na poważnie, Łotysz dodał, że serbski środkowy trenuje praktycznie na pełnych obrotach i być może będzie mógł z niego skorzystać już w czekającym jego zespół w środku tygodnia meczu EuroCup z Arisem Saloniki.
Kibice Śląska nie powinni za to liczyć na to, że klub w najbliższym czasie klub zdecyduje się na jakieś roszady personalne w strefie podkoszowej. Jak dowiedziałem się we wrocławskim obozie, wbrew krążącym po mieście plotkom, klub nie miał i nie ma opcji jednostronnego wyjścia z umowy z Jaredem Colemanem-Jonesem w trakcie sezonu.
Zapytany o ewentualne zmiany w składzie – takie plany wykluczył zresztą również sam trener Bagatskis.
Powrót kwartetu śmierci
Po rozpoczynającym obecny sezon i wygranym przez Śląsk meczu z Neptunasem Kłajpeda uznałem, że wspólna gra kwartetu Gray-Sanon-Kirkwood-Nizioł może być wielkim utrapieniem dla rywali, czymś w stylu koszykarskiego „kwartetu śmierci”.
Po lepszym poznaniu go, trener Bagatskis okazał się być jednak fanem mocnych fizycznie zestawień i na przykład Jakub Nizioł spędził w bieżącym sezonie więcej czasu na pozycji rzucającego, niż w roli lekko fałszywej „4”.
Możliwość korzystania z takiego zestawienia utrudniły również problemy ze zdrowiem i wynikające z tego przerwy w grze Issufa Sanona.
Opisywana wcześniej niemoc Penavy i Colemana-Jonesa skłoniła jednak w sobotę szkoleniowca Śląska do obniżenia składu w drugiej połowie meczu. Wspomniany kwartet zagrał wspólnie aż przez 11 minut i ten fragment – z pomocą Jakuba Urbaniaka w roli centra – WKS wygrał 25:15.
Jak zauważył bohater decydującej akcji, tak mocne obwodowo zestawienie Śląska bardzo pomogło drużynie także w decydującym momencie spotkania. W całym sezonie, jak można się dowiedzieć z danych „Pulsu Basketu”, w ciągu (zaledwie) 24 minut gry tego kwartetu, wrocławianie są lepsi od rywali o 18 punktów.
Czy Dziki wyciągną wnioski?
– Robi się to bardzo wyraźne, że brakuje nam umiejętności odczytania niektórych parkietowych sytuacji i, ogólnie, zamknięcia spotkań na naszą korzyść – to jedno z pomeczowych spostrzeżeń szkoleniowca Dzików Warszawa Marco Legovicha.
Wspominałem już o błędzie i faulu ofensywnym Rivaldo Soaresa. Przy prowadzeniu 81:79 dwa rzuty wolne spudłował z kolei Bennett Vander Plas, który do tego momentu skutecznie wykonał w sezonie 39 z 44 takich prób.
Gospodarzy bardzo zabolała jednak również poniższa sytuacja.
Dontay Caruthers, rozgrywający Dzików i jednocześnie najlepszy obwodowy defensor warszawskiej drużyny, nie tylko pochopnym faulem dał możliwość zdobycia dwóch łatwych punktów Noah Kirkwoodowi. Popełnił jednocześnie swoje piąte przewinienie i zabrakło go na parkiecie podczas decydującej o wyniku akcji Śląska.
– Gdy popełniasz cztery czy pięć błędów w ostatniej półtorej minucie spotkania, to tak klasowi rywale będą trafiać swoje rzuty i to wykorzystają. Pozostaje nam to zaakceptować i spróbować wyciągnąć z tego wnioski w przyszłości – podsumował dość mimo wszystko także pechową dla swojego zespołu końcówkę spotkania włoski trener.
Dla Śląska była to już druga w bieżącym sezonie wygrana z Dzikami – kilkanaście dni temu wrocławianie wygrali na własnym parkiecie 109:100.
Niebawem oba zespoły zmierzą się jednak po raz trzeci, gdyż los połączył ich ze sobą już w ćwierćfinale turnieju finałowego o Puchar Polski, który w dniach 19-22 lutego zostanie rozegrany w Sosnowcu.