Nie jest łatwo być koszykarskim felietonistą, gdy ma otrzymuje się zlecenie napisania pomeczowego komentarza do występu polskich drużyn w rozgrywkach o europejskie puchary, a do wyboru jest:
– porażka po walce w meczu, który można było wygrać
– porażka w meczu oddanym już w drugiej kwarcie.
Ciężka sprawa.
Niewątpliwie środowej przegranej Śląska w Kłajpedzie bardzo szkoda. Nie tylko ze względu na 17-punktowe prowadzenie (28:11) wypracowane znakomitą grą już w pierwszej kwarcie. Wrocławianie kompletnie zaskoczyli rywali wyjściem wysokim składem – z przywróconym do koszykarskiego życia Jaredem Colemanem-Jonesem, a także zastosowaniem obrony typu „switch” od początku walki.
Poza świetnym duetem Arnas Velicka (22 pkt) – Rihards Lomazs (18 pkt) Neptunas nie ma w składzie wybitnych zawodników. Posiada jednak graczy, którzy świetnie potrafią godzić bitność i agresywność w grze z koszykarską mądrością i sprytem. Trochę niczym podstarzały koszykarz z brzuszkiem, który na około-blokowych boiskach ogrywa młodszych i wyższych rywali, którzy wciąż mają dwa zdrowe kolana.
Tego w środę zabrakło w Śląsku i można się zastanawiać, czy nie będzie tego brakować również w kolejnych miesiącach, – szczególnie w fazie play-off. Jak na polskie warunki trener Ainars Bagatskis ma do dyspozycji silny fizycznie, atletyczny skład, który potrafi godzić agresywną defensywę ze sporymi możliwościami ofensywnymi.
Ale czy tylko mi brakuje w nim koszykarskiego cwaniactwa i wyrachowania? Najwięcej mają go chyba Kadre Gray i Jakub Nizioł, ale meczu w Kłajpedzie nawet oni przekonali się, że są w tej materii od nich lepsi specjaliści.
16-punktowa porażka w dogrywce i pięć przestrzelonych w jej trakcie wolnych nie da się chyba uzasadnić tylko zmęczeniem wrocławskich graczy, prawda?
Przedwczesna radość
„Jeżeli tobie się źle wiedzie, to przynajmniej satysfakcję sprawi ci fakt, że sąsiad ma jeszcze większe problemy” – mniej więcej o tym aforyzmie pomyślałem, gdy rozpromieniony trener Gediminas Petrauskas po meczu cieszył się nie tylko ze zwycięstwa, ale także z odrobienia 10-punktowej straty z pierwszego spotkania.
A wystarczyło po meczu wpisać na „X” hasztag #plkpl, by takich gaf nie popełniać.
Z kolei trener Ainars Bagatskis nie musiał daleko szukać przyczyn porażki. W typowy dla siebie kąśliwy sposób skomentował 23 zbiórki w ataku Neptunasa i 23 straty Śląska.
Na pewno nie takich prezentów świątecznych oczekuje od swoich zawodników.
W dalszej części wypowiedzi trener wrocławian do przyczyn przegranej dopisał również 28 fauli jego drużyny i 33 rzuty wolne gospodarzy.
Łotewski szkoleniowiec nie mówił – chyba – tego po to, by krytykować sędziów, ale po prostu nie był zadowolony z faktu, że jego zawodnicy za łatwo i za często faulowali..
Swoją drogą, kilkukrotnie w trakcie meczu złapałem się na tym, że Śląsk miał naprawdę w tym spotkaniu dobre sędziowanie. Tym większa szkoda, że nie udało się tego wykorzystać i wrócić do Wrocławia z piątym zwycięstwem w rozgrywkach EuroCup.
Bilans 4-6 już tak zachęcająco nie wygląda, szczególnie jeżeli największym optymistom spośród wrocławskich kibiców marzył się awans do kolejnej fazy tych rozgrywek.
Deja Vu z Wałbrzycha
Przytoczone powyżej słowa trenera Bagatskisa o rzutach wolnych rywali przypomniały mi, że widziałem już w tym sezonie mecz, gdzie nadmiernym faulowaniem Śląsk pozwolił zakopanemu po kolana rywalowi wyjść na powierzchnię.
Miało to miejsce w Wałbrzychu, a derbowe starcie z Górnikiem oglądałem akurat na miejscu. Tam w połowie drugiej kwarty Śląsk prowadził 32:22, po czym ośmioma faulami pozwolił na osiem punktów Górnikowi z linii rzutów wolnych. I na przerwę schodził już minimalnie przegrywając (41:42).
Bardzo podobnie wyglądało to w meczu w Kłajpedzie. Po trafieniu Błażeja Kulikowskiego w pierwszej akcji drugiej kwarty, wrocławianie prowadzili 32:16. Osiem fauli i dziesięć trafionych wolnych rywali później, przewaga Śląska schodząc na długą przerwę wynosiła tylko sześć punktów (46:40).
Nietrudno w tym momencie było się też domyśleć, że drugiej takiej nieudanej połowy w rzutach z dystansu (3/17 do przerwy) gospodarze przecież raczej nie zanotują.
Ostatecznie trafili w całym spotkaniu 12×3, z czego trzy z rzędu na otwarcie dogrywki, co ostatecznie podcięło i tak już słabnące nogi wrocławian.
Najsłabsze ogniwo
„Jesteś tak silny, jak mocny jest twój najsłabszy element” – mówi stara prawda, do zastosowania nie tylko w koszykówce. Niestety dla Śląska – w Kłajpedzie dwa z jego ogniw częściej na parkiecie przeszkadzały niż pomagały.
Aleksander Wiśniewski i Ajdin Penava spędzili na parkiecie łącznie 22 minuty, w tym czasie zanotowali więcej strat (cztery) niż punktów (zero). Paradoksalnie ich wskaźnik „plus/minus” nie wygląda akurat najgorzej, ale to za sprawą tego, że nie było ich na parkiecie w dogrywce, przegranej przecież różnicą aż 16 punktów.
Wyższe oczekiwania są wobec Bośniaka, zatem i pretensje do niego powinny być większe. Penava miał już w tym sezonie mecze na europejskich parkietach, gdzie bardzo pomógł Śląskowi – choćby w sensacyjnie wygranym meczu z tureckim Bahcesehirem, gdy zdobył 13 punktów.
Z perspektywy polskich klubów i przy ich ograniczeniach finansowych na tym poziomie, ma sens posiadanie zawodnika, którego forma ma tylko skrajne opcje do wyboru: „bardzo przydatny” lub „totalnie nieprzydatny” – a za kogoś takiego uważam właśnie reprezentanta Bośni.
Penava ma naprawdę duże umiejętności rzutowe jak na zawodnika z pozycji 4/5, ale też jest mało mobilny, ma często przeciekające ręce i łatwo go wyprowadzić z równowagi.
Niestety, gdy jego gorsza wersja objawia się akurat w meczu, który był do wygrania, to wtedy efekt jest podwójnie zły.
Tak, jak choćby w tej akcji, która miała przecież miejsce bezpośrednio po tym, gdy Penava otrzymał przewinienie techniczne za wstawienie się za lekko popchniętym przez rywala Kadre Grayem.
Akurat w sytuacji, gdy nie było to koniecznie.
Litościwy Scruggs i wybuchowy Larkas
Brak Mindaugasa Kacinasa i z powracającym do gry po kilkutygodniowej przerwie, a zatem i grożącym rdzą Kasperem Suurorgiem – ta kombinacja czynników mogła zapowiadać trudny wyjazd Trefla do Rostocku. Chyba jednak mało kto spodziewał się, że okaże się on aż tak bolesny w skutkach – prowadzony przez Przemysława Frasunkiewicza niemiecki zespół wygrał aż 97:72.
Pierwszym ostrzeżeniem dla sopocian była sytuacja już z drugiej minuty, gdy Paul Scruggs wykonał być może najbardziej leniwą akcję defensywną w całej swojej karierze.
Jedyne, czym mogę wytłumaczyć Amerykanina w tej sytuacji, to chęć wsparcia kibiców wciąż stojących wówczas na trybunach. Dopiero pierwsza z sześciu „trójek” Łukasza Kolendy pozwoliła im w końcu usiąść.
W pierwszej kwarcie gra Trefla wyglądała jednak wciąż nieźle. Pretensje można było mieć jedynie do pochopnych fauli przy rzutach 3-punktowych rywali, których sopocianie popełnili w tej części aż trzy.
W drugiej odsłonie gospodarze wykonali jednak prawdziwie koszykarsko-bokserskie KO – jej pierwsze dziewięć minut wygrali aż 30:7 i zeszli na przerwę z 21-punktowym prowadzenie. Nie pomogły nawet dwie przerwy na żądanie wzięte przez trenera Mikko Larkasa. Wybuchowa była zwłaszcza pierwsza z nich.
„Fucki” i „disastery” leciały na lewo i prawo, co raczej w przypadku fińskiego szkoleniowca wydaje się rzadkością.
Kolenda na szóstkę
Po zmianie stron trójmiejscy koszykarze mieli niezłe fragmenty gry. W trzeciej kwarcie na moment zeszli na dziesięć punktów straty, a w czwartej jeszcze przez chwilę tracili do gospodarzy zaledwie dwanaście.
Taki rozwój sytuacji dał z kolei trenerowi Frasunkiewiczowi powód, by podczas jednej z przerw na żądanie przetestować słownik wyrazów obraźliwych.
Jego zespół był jednak zbyt rozpędzony, by wypuścić zwycięstwo z rąk. Koszykarze Seawolves w całym spotkaniu aż 17-krotnie trafili zza linii 6,75 metra, a najwięcej krzywdy sopocianom w tym elemencie wyrządził Łukasz Kolenda.
Reprezentant Polski trafił sześć z jedenastu swoich „trójek”, a najefektowniejsza z nich wpadła w drugiej kwarcie, po bardzo dobrze wyegzekwowanej zagrywce zza linii końcówej (tzw. BLOB – Baseline out of bounds).
Jakub Schenk przegrał z rywalami i ze sobą
Znacznie gorzej mecz w Rostocku wspominał będzie Jakub Schenk. Kapitan Trefla nie dokończył spotkania po otrzymaniu na początku czwartej kwarty przewinienia technicznego, które było jego jednocześnie piątym faulem.
Jestem być może ostatnią osobą, którą można podejrzewać o wspieranie parkietowych zachowań sopockiego rozgrywającego i w drugiej z poniższych akcji powinien on sobie zdawać sprawę, że sędziowie nie reagują na upadki na parkiet.
Ale, ale: czy kolokwialnie mówiąc w pierwszej z poniższych sytuacji były zawodnik Kinga Szczecin Kassim Nicholson nie „pociągnął mu z bara”?
Nawet, gdy Schenk jeszcze był na parkiecie, nie było mu łatwo. Od trenerskiego duetu Przemysław Frasunkiewicz – Piotr Blechacz można oczekiwać doskonałego przygotowania taktycznego pod kątem rywali i w niektórych akcjach było to bardzo widoczne
Na przedmeczowej odprawie najbardziej uważny był DeAndre Landsdowne. Ten 36-letni obwodowy pokazał to choćby w akcji poniżej, gdzie dobrym ustawieniem uniemożliwił Schenkowi zagranie powrotnej akcji dwójkowej z Mikołajem Witlińskim.
Czym zmusił do oddania trudnego i w konsekwencji niecelnego rzutu Dylana Addae-Wusu.
Rostock SeaWolves wygrali ostatecznie 97:72 i postawili tym samym sopocian w bardzo trudnej sytuacji. Teraz, by awansować z grupy K, realnie patrząc – koszykarze Trefla muszą wygrać dwa mecze więcej od niemieckiego zespołu w pozostałych pięciu kolejkach.
Nie będzie o to łatwo. Faworytem do awansu z pierwszego miejsca w tej grupie pozostaje UCAM Murcia. Hiszpański zespół w środę rozgromił na własnym parkiecie węgierski Falco Szombathely aż 97:67.