– Czego nam zabrakło w pierwszym meczu? Wszystkiego. Właściwie można powiedzieć, że przede wszystkim zabrakło nas na parkiecie – powtarzał obrazowo przed drugim meczem playoff w Warszawie trener Górnika Wałbrzych Andrzej Adamek.
Nie wiemy jakich technik motywacyjnych w trakcie 48 godzin dzielących oba mecze używał szkoleniowiec, który zdaniem dziennikarzy był najlepszym w PLK w trakcie sezonu zasadniczego, ale wiemy, że przyniosły skutek.
Legia od początku starała się tłamsić fizycznie rywala i początkowo robiła to skutecznie. W połowie trzeciej kwarty gospodarze prowadzili 25:16. Górnik odpowiedział jednak pięknym za nadobne. O ile w grudniu w Warszawie beniaminek z Wałbrzycha wygrał 91:81 dzięki temu, że w kluczowych momentach zaskoczył Legię mocą ofensywną, to w piątek wydał jej wojnę w obronie. Wynik po dwóch kwartach (31:26 dla Legii) mówił o tym wszystko wszystko.
Jeśli ktoś przyszedł do hali Bemowo z nadzieją na koszykarskie fajerwerki, musiał opuszczać obiekt zawiedziony. Ale pod względem emocji było jednak wszystko.
Ofensywa Górnika funkcjonowała w dużej mierze dzięki temu, że – wchodząc do gry z ławki – napędzał ją swoimi indywidualnymi umiejętnościami Ike Smith (16 punktów, 7/13 z gry, ale też 0/5 z wolnych), a dobry mecz rozgrywał także walczący na całej długości i szerokości boiska Joshua Patton (10 punktów, 5 zbiórek). Niespecjalnie, szczególnie po atakowanej stronie boiska Górnikowi pomagali byli gracze Legii Grzegorz Kulka i Dariusz Wyka (złożyli się na 2/15 z gry), ale goście i tak w trzeciej oraz w czwartej kwarcie obejmowali prowadzenie.
Ale tylko na chwilę. Legię znajdowała sposób na odpowiedź, choć dopadały ją problemy z sezonu zasadniczego. Miała duże problemy z organizacją gry (11 asyst i aż 17 strat), ale dzięki akcjom Kamerona McGusty’ego (17 punktów), zbiórkom Mate Vucicia (17), blokom EJ Onu (4) i dwóm ważnym trafieniom Keifera Sykesa gospodarze byli naprawdę bliscy wyrwania drugiej wygranej.
Wtedy jednak, przy remisie 59:59 siedem sekund przed końcem nastąpiło to:
Toddrick Gotcher grał w tym meczu świetnie głównie po bronionej stronie boiska. Gdy jednak było trzeba nie zawahał się ani chwili i – podobnie jak w pamiętnym lutowym finale turnieju o Puchar Polski – zdobył dla swojej drużyny zwycięskie punkty.
– Wiedziałem, że miałem mało czasu, a czułem się pewny swego. Gdy tylko piłka opuściła moje ręce, wiedziałem, że wpadnie – cieszył się po meczu Amerykanin, który cały mecz zakończył z 12 punktami i skutecznością 3/10 z gry.
Remis 1:1 powoduje, że dwa kolejne mecze tej serii w Wałbrzychu już teraz zapowiadają się pasjonująco. Kolejny mecz już we wtorek o godz. 17.30. Transmisja w Polsacie Sport 1.