Reprezentacja Polski zagra w Walencji o awans na igrzyska – jedź z nami kibicować do Hiszpanii! >>
Stare koszykarskie porzekadło głosi, że seria playoff rozpoczyna się w momencie, gdy pierwszy mecz wygra na wyjeździe niżej notowany rywal. Do końca się nim nie zgadzam. Mam swoje własne – uważam, że bardzo istotne jest po prostu to jak się kończy pierwszy mecz serii. Nie tylko z jakim wynikiem. Także – z jakimi nastrojami koszykarzy.
Porażka zawsze boli, ale będąc zawodnikiem, można do niej podejść w różny sposób.
To dość przykra informacja dla kibiców Legii. Ich koszykarze byli po przegraniu czwartkowego meczu w Szczecinie ewidentnie mocno sfrustrowani. Niektórzy z nich nie podali ręki rywalom. Niektórzy – jak Christian Vital, który zaliczył bardzo słaby mecz, nie radząc sobie z twardą defensywą Zaca Cuthbertsona – wściekłość wyładowywali na rzeczach martwych. To dobrze, że w starciu z ręką amerykańskiego snajpera nie wytrzymała szyba w Netto Arenie, ale jego dłoń pozostała nienaruszona. Jest szalenie ciekaw jak Vital zareaguje na to, co się wydarzyło w czwartek w kolejnym meczu. Już 48 godzin później.
Interesuje mnie też to jak szybko specyfiki gry w playoff nauczy się debiutujący w tej fazie trener Legii Marek Popiołek. W pierwszym meczu ewidentnie popełnił błąd, trzymając zbyt długo na ławce rezerwowych na przełomie trzeciej i czwartej kwarty Arica Holmana. To skrzydłowy, który jak tylko znajdzie dobry rytm, może w PLK sam wygrywać mecze. Także w playoff. W czwartek w pierwszej połowie wyglądał, jakby właśnie wchodził w rytm „mogę wszystko„. Później trener Legii – zapewne chcąc oszczędzać siły koszykarza na końcówkę – przekombinował. Holman mógł spędzić na ławce 2-3 minut, ale nie 7.
Legia miała w meczu nr 1 z Kingiem w pewnym momencie nawet 14 punktów przewagi, ale gdy spoglądałem wówczas na ławkę rezerwowych mistrzów Polski nie widziałem oznak paniki. Czy nawet głębszego zaniepokojenia. Ani u Arkadiusza Miłoszewskiego, ani u jego asystenta Macieja Majcherka, ani u siedzącego obok nich prezesa klubu Krzysztofa Króla. Oni już w poprzednim sezonie zdobyli mistrzostwo Polski. Sprawiali na mnie wrażenie pewnych siebie i mam wrażenie, że tak naprawdę King ma w tej serii większą przewagę niż się wielu wydaje. Paradoksalnie, bo przecież to Legia w meczu nr 1 prowadziła przez większość czasu.
Oj, nie będzie się jej po tej porażce łatwo podnieść.
Stali zresztą też, choć ona – w moim przekonaniu – prędzej może odrobić straty z pierwszego meczu niż Legia. W przypadku ostrowian sprawa jest dość prosta: jeśli trafiają z dystansu, wygrywają. Gdy pudłują – brakuje im argumentów. Przecież pod koszem mają jedynie Krzysztofa Sulimę. To zbyt mało.
Śląsk ewidentnie poczuł po piątkowym zwycięstwie krew i będzie w tej serii bardzo, bardzo groźny. Uważam go w tym momencie za 60-procentowego faworyta do awansu, bo przecież też umówmy się – Marek Klassen, walcząc z urazem stawu skokowego, z dnia na dzień powinien czuć się coraz lepiej.
Od lat bardzo cenię warsztat trenerski Miodraga Rajkovicia. To szczwany lis, nawet jeśli nosi pseudonim „Kicia”. Poskładał kompletnie rozsypany zespół Śląska w ciągu zaledwie sześciu meczów kończących sezon zasadniczy i za chwilę może się szykować do gry o medal. Gdyby wrocławianie przeszli Stal, byliby dla mnie chyba także lekkim faworytem półfinałowego starcia z Treflem.
Ale spokojnie – do tego jeszcze daleka droga. Ta seria może się skończyć dopiero po pięciu meczach, choć niewątpliwie Rajković zrobi wszystko, by już do Ostrowa nie wracać.
Pomóc mu w tym może Daniel Gołębiowski. Zbyt mało mówi się o tym, jak wiele temu koszykarzowi dały dwa lata spędzone w Śląsku i – przede wszystkim – te wszystkie, głównie przegrane mecze w EuroCup. 24 miesiące temu Gołębiowski był ósmym, dziewiątym graczem w rotacji GTK Gliwice. Obecnie bierze na siebie wiele ważnych akcji Śląska, zachowując przy tym chłodną głowę i często imponując skutecznością. Trochę przeciwieństwo Jakuba Nizioła. Gdyby ktoś teraz przede mną postawił tych dwóch graczy i dał wybór – wziąłbym Gołębiowskiego! On skorzystał na grze w EuroCup, cała drużyna Śląska także. Brakowało jej w tym sezonie jedynie zdrowia i konkretnego pomysłu trenerskiego.
Czy byłbym w szoku, gdyby ten sezon zakończył się finałową Świętą Wojną Anwil – Śląsk? Niekoniecznie.
W dwóch pozostałych parach wielkich emocji nie było i już raczej nie będzie. Tabela końcowa sezonu zasadniczego nie kłamała – ani w kwestii dwóch najlepszych drużyn, ani dwóch najsłabszych. Anwil lub Trefl mogą przegrać jakiś mecz w ćwierćfinale, ale dla nich tak naprawdę zabawa w playoff rozpocznie się od pierwszego meczu półfinałowego.
Reprezentacja Polski zagra w Walencji o awans na igrzyska – jedź z nami kibicować do Hiszpanii! >>