poniedziałek, 26 stycznia 2026
Strona główna » Jak naprawić PLK? Reformami! Dajmy sobie trzy lata, wprowadźmy cztery zmiany
PLK

Jak naprawić PLK? Reformami! Dajmy sobie trzy lata, wprowadźmy cztery zmiany

0 komentarzy
Kolejne klęski polskich klubów w rozgrywkach o europejskie puchary powodują, że PLK nie jest w stanie zrobić postępu. Jak to zmienić? Próbując wprowadzać reformy! Przecież szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów. Na początku zdecydujmy się na cztery zmiany. 

Czy Polska Liga Koszykówki zmierza w dobrym kierunku? I tak, i nie. Oczywiście, zauważam pozytywne rzeczy, które dzieją się wokół niej! W ostatnich latach pojawili się sponsorzy, podpisano też nową, nieco korzystniejszą umowę telewizyjną. Powoli to powoli, ale postępuje profesjonalizacja klubów w sferze sportowej i biznesowej. Wreszcie – jest też całkiem niezła jakość na parkiecie, będąca efektem posiadania przez kluby coraz lepszych obcokrajowców. Choć tych Tarików Phillipów wciąż mamy za mało.

Czy kontynuowanie obecnego progresu przyniesie poprawę jakości ligi w dłuższej perspektywie? Zapewne tak – w końcu żyjemy w kraju, który dość dynamicznie się rozwija. Mam jednak wrażenie, że gdy nasza liga koszykarska pędzi z prędkością 60 km/h, inne konkurencyjne do niej w tym samym rozpędzają się już do 80 km/h. 

U nas będzie lepiej, ale jeśli niczego nie zmienimy, ligi które zamierzamy ścigać i tak mogą nam uciec. 

Dlaczego zmiany są nieuniknione?

Kiedyś młody Szymon Woźnik oglądał telewizję. Całkiem przypadkiem zobaczył starcie Asseco Prokomu Gdynia w Eurolidze. Nie odczuwał żadnych lokalnych powiązań i emocji związanych z tą drużyną, gdyż mieszkał na drugim końcu Polski. W dalekim od Sopotu Tarnobrzegu miał jednak telewizor i dostęp do odpowiedniej stacji. Miał także przed oczyma mecz, który gwarantował koszykarską jakość. Taką wylewającą się z ekranu! 

Woźnika rozpierała duma, gdy patrzył jak polski zespół walczy jak równy z równym z markami, które wcześniej znał tylko z boisk piłkarskich: Olympiacos, Fenerbahce, Barcelona… Wsiąkł momentalnie! Do tego stopnia, że dzisiaj pisze do Was te słowa, bo nowej pasji oddał się do tego stopnia, że dziś jest dziennikarzem koszykarskiego portalu. Nazwiska graczy, takich jak Qyntel Woods, David Logan, Danny Ewing czy Ratko Varda, pozostaną z nim na zawsze. 

Ilu takich młodych Woźników nie pozyskała w ostatnich tygodniach nasza piękna dyscyplina ze względu na 0-12 polskich klubów w rozgrywkach Ligi Mistrzów i EuroCup? Ilu nie zainteresowała w poprzednich latach? 

Jasne, być może patrzę na to zbyt emocjonalnie, ale coś w tym jest. Wielu moich znajomych, którzy nie mają pojęcia o stanie koszykówki w Polsce, często pyta mnie o dwie kwestie:

– jak spisuje się reprezentacja Polski?

– dlaczego nie słychać o sukcesach naszych drużyn w rozgrywkach europejskich?

Bilans polskich zespołów w europejskich pucharach w ostatnich 5 czy 7 latach jest wręcz  kuriozalnie dramatyczny. W dolinie przeciętności wyrosły tylko dwa ładne kwiatki. Myślę, że z perspektywy czasu będziemy do nich wracać z dużym utęsknieniem – mowa o sukcesach Anwilu Włocławek i Stali Ostrów w FIBA Europe Cup. Do nich oraz ich konsekwencji wrócę jednak później. 

Nie licząc najniższych rangą rozgrywek organizowanych przez FIBA, od sezonu 2016/2017 polskie zespoły są czerwonymi latarniami rozgrywek europejskich. Dwa zrywy – czyli sezon 2017/18 w wykonaniu Zastalu (przegrana rywalizacja w Top16 Ligi Mistrzów z Monaco) oraz dwa Anwilu w tych samych rozgrywkach (zakończone przyzwoitym bilansem 9-19, choć bez przepustki do Top 16) – niewiele zmieniają. 

Od sezonu 2020/21 polskie zespoły w rozgrywkach EuroCup i BCL mają łączny bilans: 10-80 (!). 

To wynik procentowo bliźniaczy z najgorszym wynikiem drużyny osiągniętym przez pojedynczy zespół w bogatej historii NBA (9-73).  

Naprawdę dotarliśmy już do momentu, w którym trzeba bić na alarm. Głośno, bo czas na zmiany! 

Jakie ja bym wprowadził?

Zmiana na 1: Przepis o Polaku do likwidacji, to idealny moment!

Byłem dużym zwolennikiem przepisu o jednym obowiązkowym Polaku na parkiecie w każdym zespole w każdym momencie meczu PLK. Naprawdę! Konfrontując go z podobnym, tylko stanowiącym o dwóch Polakach na parkiecie, uważałem, że to dobra zmiana. Myślałem, że całkowite zlikwidowanie tej regulacji nie przyniosłoby nic dobrego polskiemu basketowi, bo mogłaby na tym ucierpieć reprezentacja Polski. 

Ale czy czasami nie doszliśmy w oczekiwaniach względem naszej kadry do ściany? 

Czy naprawdę mamy jakieś racjonalne powody, by sądzić, że reprezentacja Polski koszykarzy może osiągnąć jeszcze większy sukces od zajęcia 8. miejsca na mistrzostwach świata czy – chyba nawet tym bardziej – poprawić wynik z 2022 roku i zdobyć medal mistrzostw Europy? 

Oczywiście trzeba wierzyć w chłopaków, rozwój talentu Jeremy;ego Sochana i im kibicować. Dobrze byłoby też jednak wyjść z bańki ciągłego gonienia za sukcesem. My ten sukces już osiągnęliśmy! Kontynuując tę gonitwę bez względu na długofalowe skutki możemy sobie tylko zaszkodzić, traktując inne kwestie po macoszemu. 

W ostatnim czasie nieco bliżej poznałem środowisko koszykarskie. Gdy usłyszałem o kwotach, które zarabiają w PLK gracze z polskim paszportem, w wielu przypadkach łapałem się za głowę. Ta sytuacja powoduje, że nasi rodzimi zawodnicy niekoniecznie mają chęci wyjazdu za granicę. 

Primo: polski klub zazwyczaj może im zapłacić większą kwotę od tej, której mogliby oczekiwać na zachodzie. Szczególnie w pierwszym sezonie. Przykład Jakuba Nizioła, który latem podpisał we Francji niższy kontrakt od tego, na który mógł liczyć od Śląska jest tego świetną ilustracją. 

Secundo: Polacy w PLK są gwiazdami, zdobywają mistrzostwa Polski, ale w rozgrywkach o europejskie puchary, mimo chęci, grają najczęściej tylko do grudnia. 

Jak się mają rozwijać? Nikt mnie nie przekona, że granie sześciu meczów w BCL da zawodnikowi więcej niż 30-40 występów w lidze francuskiej lub niemieckiej. Na wyjeździe polskich zawodników może skorzystać reprezentacja Polski. 

Kto stanowił trzon kadry na MŚ 2019? Adam Waczyński, Mateusz Ponitka, AJ Slaughter czy Damian Kulig, którzy wcześniejsze lata spędzili w silnych ligach zachodnich. 

Kto stanowił trzon kadry na EuroBaskecie 2022 roku? Ponitka, Slaughter, Olek Balcerowski,, Michał Sokołowski, Michał Michalak, którzy nie grali w PLK. 

Patrzę na szeroką kadrę na zbliżające się mecze z Estonią. Widnieją na niej 32 nazwiska. W ligach zagranicznych występuje tylko siedmiu graczy z powołanych przez Igora Milicicia. Na dodatek trzech (Tomasz Gielo, Dominik Olejniczak i Jakub Urbaniak), którzy albo w kadrze dawno już nie grali (dwa pierwsi – szkoda!) albo w ogóle (trzeci). 

Czy naprawdę wierzymy, że tacy Przemysław Żołnierewicz czy Łukasz Kolenda, w którymś momencie swojej kariery nie poradziliby sobie w lepszej lidze? Czy naprawdę wierzymy, że Aleksander Dziewa lub Jarosław Zyskowski nie mieli żadnych zagranicznych ofert po niezłych sezonach w drużynach z silnych lig europejskich? 

Żeby była jasność – nie krytykuję zawodników. To ich życie, ich kariera, ich wybory. Przez przepis o obowiązkowym Polaku na boisku w zasadzie wybór jednak nie istnieje. 

Tym większe brawa dla Nizioła, który zdecydował się na wyjazd do silnej ligi francuskiej, gdzie radzi sobie całkiem nieźle w trudnym dla każdego zawodnika, pierwszym sezonie w nowym miejscu i kraju. Polskiej koszykówce potrzeba więcej Niziołów! Ale żeby tak było, dla dobra polskiej koszykówki, PLK w wypychaniu najlepszych za granicę powinna… pomagać! 

Jak to zrobić? Skończmy z przepisem o obowiązkowym Polaku na parkiecie na trzy kolejne sezony. Wprowadźmy dla wszystkich drużyn (bez wyjątku!) zasadę „w składzie możesz mieć 6 obcokrajowców i 6 Polaków, a na parkiecie – jak trener zdecyduje”. Po tym czasie będzie można podsumować i skonfrontować dwa okresy PLK. Jeśli polski klub uzna, że chce oprzeć zespół na zawodnikach krajowych po zmianie regulacji – świetnie, będę jego najbardziej oddanym kibicem! Natomiast to będzie wybór jego sztabu sportowego, a nie reagowanie na narzucone uwarunkowania rynkowe. 

Warto też poruszyć temat, z którym już niebawem kluby PLK będą musiały się zmierzyć. Mowa o budowie nowej klasy średniej polskich zawodników. W naszej ekstraklasie gra obecnie aż siedemnastu zawodników z rocznika 1991 i starszych. W 2025 roku najmłodsi skończą 34 lata. Najstarsi 40! 

Nie zamierzam nikogo dyskredytować ze względu na wiek, weterani mają do odegrania w wielu klubach bardzo ważną rolę, nie tylko na boisku. Oby zdrowie pozwoliło im grać jak najdłużej! Ale władze ligi o nadchodzącym problemie powinny pamiętać. 

Wyobraźmy sobie, że nagle tych 17 zawodników kończy karierę jednego lata i zadajmy sobie pytanie, czy widzimy siedemnastu ich następców w Pekao 1 lidze lub rozgrywkach młodzieżowych. Lekka abstrakcja i temat na inną dyskusję, ale o problemie klasy średniej polskich zawodników w PLK w perspektywie roku lub dwóch naprawdę będzie głośno. 

Choćby dlatego – po co czekać? To idealny moment reakcję i reformę ligowych zasad! 

Co możemy na niej stracić? Kibiców na trybunach? Kibiców przed TV? To pytania retoryczne, przecież pod tym względem gorzej być nie może. 

Zyskać możemy więcej.

Zmiana nr 2: W Europie trzeba zacząć wygrywać!

PLK musi budować swoją markę. 

Nie, nie chodzi o kwestie sponsorskie – pozyskiwanie kolejnych spółek skarbu państwa, czy nowej floty samochodów. To wszystko było i jest fajne, ale w kontekście postrzegania naszej ligi w Europie – niewiele wniosło. 

Prawdziwe budowanie marki ligi, to kwestia zaufania wśród agentów, zawodników i trenerów, że w Polsce poprzez fajną grę w europejskich pucharach naprawdę można się wybić. Musimy sobie zdać sprawę, że w tej chwili nie powinniśmy mieć wygórowanych aspiracji. W krótkiej perspektywie nie będziemy w stanie rywalizować z ligą niemiecką czy francuską. Z przykrością to powiem: właściwie nie wierzę, by za mojego życia – a nie mam skończonych jeszcze lat 30 – PLK mogła stać się ligą docelową dla 100 proc. Amerykanów, wybierających grę w Europie. 

Jesteśmy i będziemy ligą przejściową. To wcale nie oznacza jednak, że nie możemy być jednocześnie ligą silną i konkurencyjną! Rywalizujmy z ligami rumuńską, bałkańską czy nawet ligą z Beneluksu. Na niemieckiej czy francuskiej się wzorujmy, ale nie opowiadajmy mrzonek o rywalizacji z nimi. To w tym momencie nie jest nasze miejsce przy stole. 

Piszę to z dużym bólem serca, bo mój wewnętrzny patriota uważa, że Polska nie powinna mieć żadnych kompleksów wobec innych nacji w wielu sferach życia. Ale w niektórych pomocny może być jej twardy realizm. Odważne stwierdzenia typu „czas na rywalizację z koszykarską ligą niemiecką” postawię wtedy, gdy najpierw dogonimy ligę rumuńską. 

Po przegranym niedawno przez Kinga meczu z Ostendą na X doszło do ożywionej dyskusji pt. „Jakim cudem nasz zespół ogrywa ekipa, której Amerykanie w większości grają swój pierwszy sezon w Europie; jak źle to świadczy o skautingu naszych klubów?”. 

Zdradzę wam tajemnicę poliszynela: przed sezonem taki sam skauting, jaki robią trenerzy i dyrektorzy sportowi drużyn PLK, wykonują też agenci amerykańskich zawodników. Tymczasem to oni w dużej mierze rządzą rynkiem. Wiecie co im wychodzi z tego ich skautingu? Że polskie zespoły grają w poważnych pucharach, ale pełnią tam rolę czerwonych latarni, z których zdecydowanie ciężej się wybić niż z zespołów, które są w tych europejskich rozgrywkach od lat i co roku pozostają konkurencyjne dla lepszych i bogatszych. 

To nie jest tak, że polskie kluby nie zatrudniać takich zawodników jak Ostenda lub, że ich na nich nie stać. Na koniec w trakcie negocjacji przegrywają jednak często ze swoją skazą z europejskich pucharów. Niech kibice śledzący PLK wnikliwie od lat sami odpowiedzą sobie na pytanie: jacy zawodnicy w ostatnich 10 latach, ze względu na świetną grę w PLK, wbili się na stałe do europejskich silniejszych lig? 

Od siebie wymieniam: Kevin Punter, Dee Bost, Mateusz Ponitka, Iffe Lundberg, Keith Hornsby czy Trey Kell. Łączy ich to, że oprócz gry w PLK, grali bardzo dobrze na arenie międzynarodowej. To jest prawdziwe okno na świat dla innych zespołów w Europie, a nie sukcesy, z całym dla niej szacunkiem, w PLK. 

Niestety. 

Zmiana nr 3: Mentalność, tu też mamy sporo do nadrobienia!

Zmiana musi nastąpić na wielu płaszczyznach. Dotyczy także lokalnych samorządów i sponsorów wspierających kluby PLK. Powinni stawiać większe wymagania przed drużynami występującymi na arenie międzynarodowej. Hasło „dobra, trudno, znów przegraliście, ale przecież celem jest mistrzostwo Polski” trzeba wyrzucić do śmietnika! 

Oczywiście, że celem każdego klubu rywalizującego w PLK jest walka o złoto. Ale przecież zbudowanie konkurencyjnego dla rywali z Europy zespołu już na początku rozgrywek jest idealną drogą, by po nie na końcu sięgnąć. Nic mnie tak denerwuje, jak polskie zespoły grające w Europie, które wstrzymują się z podpisem szóstego obcokrajowca do stycznia, lutego czy nawet marca, gdy przygoda w europejskich pucharach jest już najczęściej dawno zakończona. To skrzętnie wykorzystywane działanie wbrew logice obowiązującego przepisu. 

Tłumaczenia w stylu „najpierw przekonajmy się, jak ten skład zafunkcjonuje, a później zrobimy korekty.” lub „może po nowym roku sponsorzy sypną większą kasą, a ceny spadną” świadczą tylko o braku pomysłu na budowę zespołu lub o niewystarczających umiejętności ach zarządzania klubem. 

Druga kwestia to zmiana mentalności w samych klubach. Myślę, że ona powoli ma już miejsce. Działy skautingowe powoli to powoli, ale stają się bardziej profesjonalne. Coraz głośniej słychać z nich jednak głosy, że kluby ograniczają też wysokie kwoty, które muszą przeznaczać na Polaków. W ten sposób koło niemożności polskiej koszykówki się domyka. Otworzyć je może proponowana zamiany nr 1. 

Ostatnia rzecz – to o Was, drodzy kibice! Wiem, że porażki bolą. Wiem, że czasami naprawdę ciężko je przełknąć. Dobrze by jednak było, gdybyście zaczęli patrzeć na swój ulubiony klub nieco szerzej. Nie tylko jako za zespół, ale także – jak na organizację. 

Przykład? Gdy klub zaprezentował się świetnie w rozgrywkach o europejskie puchary, ale w tym samym sezonie nie zdobył medalu w PLK, nie powinno to stanowić podstaw do wieszania psów na trenerze, zawodnikach, czy prezesie. To świadczy tylko o tym, że zespół był dobrze przygotowany, ale w końcowej fazie czegoś mu zabrakło. Zdarza się. Odkrycie tego „czegoś” powinno być głównym zadaniem dla tych samych osób w kolejnym sezonie. Rozwój polega głównie na wyciąganiu wniosków z błędów. Najefektywniej się je wyciąga  z własnych. 

Oczywiście, w myśl stwierdzenia Alberta Einsteina – „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów” czasem sytuacja dochodzi do ściany, nie daje wyboru, zmiany personalne są konieczne. Mam jednak wrażenie, że zarządzanie klubami poprzez nieustające wymiany trenerów zbyt często wyznacza naszym klubom drogę prowadzącą donikąd. 

Jasne, Śląsk Wrocław zdobył w ostatnich czterech latach cztery medale mistrzostw Polski, dokonując siedmiu roszad na stanowisku trenera. Czy jednak wrocławski zespół w tym czasie wykonał jakikolwiek krok w kierunku zostania przedstawicielem choćby europejskiej klasy średniej? 

Odpowiedzcie sobie sami, patrząc na obecny sportowy pożar w siedzibie WKS. 

Zmiana na 4: W Pekao 1 liga też konieczna rewolucja!

Młodzieżowiec z U-23 powinien być zastąpiony młodzieżowcem U-21. Jak najszybciej!

Rozumiałem zamysł podwyższonego wieku takiego zawodnika na początku funkcjonowania przepisu, lecz skończmy się już oszukiwać, że zawodnik 23-letni jest młodzieżowcem. 

Dlaczego w tej kwestii też nastał dobry czas na zmiany? W rotacjach klubów Pekao 1 ligi funkcjonuje w trwającym sezonie tylko dziewięciu zawodników z rocznika 2003. Dla co najmniej połowy z nich przepis nie ma znaczenia odnośnie czasu jaki spędzają na parkiecie – broni ich poziom sportowy. 

Rocznik 2004 jest bardzo silny w naszym systemie szkolenia, o czym świadczą wyniki reprezentacji Polski z niego na arenie międzynarodowej. Kadrowicze to jedno, ale czy ktoś sobie wyobraża, by nie obsadzać w ważnych rolach w zespołach pierwszoligowych np. Macieja Puchalskiego, czy Przemysława Kociszewskiego? Jeśliby tak stałoby się w następnych sezonach, będzie to świadczyć o tym, że z naszą koszykówką jest bardzo dobrze. 

Z powyższych względów uważam, że to odpowiedni moment na zmiany i położeniu nacisku na roczniki 2005 i młodsze. Czy będą ofiary takiej rewolucji? Zapewne tak, ale lepszego momentu na takie zmiany możemy długo nie doczekać, jeśli przepis o obowiązkowym młodzieżowcu ma pozostać. Według mnie – powinien. 

Aby zminimalizować pokrzywdzenie zawodników z roczników 2003 oraz 2004, PLK mogłaby wprowadzić bonus finansowy na zasadach podobnych do Pro Junior System, który funkcjonuje w ligach piłkarskich w Polsce. Podczas kampanii wyborczej na urząd prezesa PZKosz wielokrotnie słyszałem z ust, czy to prezesa PLK Łukasza Koszarka, czy nowo wybranego prezesa PZKosz Grzegorza Bachańskiego, że polska koszykówka jest w bardzo dobrej sytuacji finansowej. Może czas, aby to pokazać zespołom w PLK, a nie tylko „dawać” im pieniądze na zasadach barteru produktów sponsorów ligi, czy związku?

Jestem pewien, że dzięki takiej regulacji w PLK szybko pojawiłoby się więcej Maksów Egnerów i Kubów Piślów. Oni naprawdę w Pekao 1 lidze są!


Długo, prawda? Wiem, lecz chciałem swoją wizję przelać na papier w jednym tekście. Jeśli dotarłeś do tego momentu – gratulacje i podziękowania! Widać, że naprawdę zależy Ci na polskiej koszykówce!

Czy mój plan jest bez skaz? Oczywiście, że nie! 

Czy będę go bronił jak niepodległości? Oczywiście, że nie! 

Czy są w polskiej koszykówce mądrzejsi ode mnie? Oczywiście, że tak! 

Czy też mają dobre pomysły? Na pewno! 

W każdej dyskusji jest jednak tak, że ktoś musi ją zacząć. Mam nadzieję, że ten artykuł będzie przyczynkiem do jej rozpoczęcia, bo problem widać gołym okiem. Czas na szeroko pojętą dyskusję, a następnie – na działania! 

Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.