Krzysztof Radziwanowski: Jak wygląda przygotowanie się do nadchodzących meczów kwalifikacyjnych z Izraelem i Niemcami. Czy podejście jest dopasowane pod naszych przeciwników czy raczej skupia się pan na grze swojego zespołu niezależnie od rywala?
Zgrupowanie możemy podzielić na kilka etapów. W pierwszej fazie przygotowań skupiamy się na sobie, przypomnieniu fundamentów naszej tożsamości i wdrożeniu w ten system nowych zawodników, którzy wezmą udział w zgrupowaniu. Następnie jednak, kiedy przejdziemy już do zaplanowanych meczów sparingowych, rozpoczniemy etap, w którym wdrażać będziemy schematy dostosowane do naszych rywali. Wdrażamy swój system, ale z celownikiem nakierowanym na konkretne wyzwania, które postawią nam przeciwnicy.
Czym kierowaliśmy się podczas wyboru rywali na sparingi przed meczami kwalifikacyjnymi? Dlaczego padło akurat na Bułgarię, Bośnię i Hercegowiną oraz Grecję?
Szukając rywali, z którymi zagramy po długiej, letniej przerwie chcieliśmy znaleźć takich, którzy prezentują różne style gry, ale też takich, którzy będą wyzwaniem z możliwie najwyższej półki. Mecz z Bułgarią w Krakowie ma być wejściem w kluczowy etap przygotowań i przetarcie po okresie wakacyjnym. Bośnia i Hercegowina oraz Grecja to już jednak europejskie marki, z którymi gra oznacza wejście na pełne, meczowe obroty.
Moim celem było danie zawodnikom jak największego wyzwania, dlatego też gramy mecze wyjazdowe w miejscach, które słyną nie tylko z twardej walki, ale też z bardzo żywiołowych kibiców. To idealne środowisko, by w bojowych warunkach przećwiczyć warianty, które będą nam później potrzebne w starciach o punkty z Niemcami czy Izraelem.
W którym momencie podejmie pan decyzję o wyborze ostatecznej dwunastki meczowej? Decydowała będzie wyłącznie aktualna forma czy też perspektywy na przyszłość?
Najbliższe mecze z Izraelem i Niemcami mogą się okazać kluczowe pod kątem awansu do mistrzostw świata, więc nie ma tu mowy o perspektywie na przyszłość. Ona jest oczywiście bardzo ważna, ale w tym momencie schodzi na drugi plan. Zawsze powtarzam, że moim celem jako trenera jest postawienie na zawodników, którzy w danym momencie są mentalnie i fizycznie gotowi poświęcić się dla reprezentacji Polski i dać jej największe szanse na zwycięstwo. Mogę z pełną świadomością powiedzieć, że ostateczną dwunastkę stworzymy z najlepszego, możliwego zestawienia graczy, którzy będą dostępni i przygotowani do tego wyzwania.
Czy i ewentualnie jakie są główne cele szkoleniowe na najbliższe okienko? Oczywiście poza odniesieniem dwóch kolejnych zwycięstw w meczach kwalifikacyjnych?
Głównym celem szkoleniowym jest ciągły rozwój naszych rozwiązań taktycznych oraz utrzymanie atmosfery i DNA, które jest kluczowe dla naszej kadry i jej sukcesów. Nie ma co jednak ukrywać, że obecnie cel jest jeden: wygranie meczu z Izraelem. To jest absolutny priorytet. W tym momencie nie wybiegamy zbytnio w przyszłość i nie myślimy nawet jeszcze o spotkaniu z Niemcami.
Jak pan patrzy na to z kim zmierzymy się w następnej fazie eliminacji? Niemcy jako mistrzowie świata i Europy wydają się być klasą samą w sobie, ale wszyscy przeciwnicy powinni być bardzo mocni. Czy któraś z reprezentacji pasuje nam pod względem stylu prezentowanej koszykówki bardziej?
W zasadzie w samym pytaniu ujęta została kluczowa odpowiedź. Każdy z naszych nadchodzących rywali jest mocny i w każdym meczu musimy dać z siebie wszystko, by móc liczyć na zwycięstwo. Do każdego z tych spotkań podchodzimy tak samo – z zamiarem narzucenia swoich warunków. Przed nami mocne, fizyczne starcia w obronie, walka na desce i rywalizacja z niezwykle agresywnymi rywalami. Ciężko jest wybrać tego, który pasuje najbardziej, bo każdy reprezentuje zupełnie inny styl i z każdym wychodzimy do walki o najwyższy cel.
Czy starcia z Chorwacją, biorąc pod uwagę pana pochodzenie, będą dla pana szczególne?
Pewnie trochę zdziwię czytelników moją odpowiedzią, ale chciałbym podkreślić, że od wielu lat jestem już silnie związany z Polską. Grałem przeciwko Chorwacji zarówno w meczach wyjazdowych, jak i w Polsce. Podchodzę do tego tak, że to po prostu kolejny przeciwnik, którego musimy pokonać, by wywalczyć awans.
Oczywiście znam chorwackie środowisko i ludzi, co daje mi pewną dodatkową motywację, która mnie napędza, ale nie jestem zmotywowany bardziej niż chociażby przed meczami z Turcją czy Grecją, gdzie pracowałem w ostatnich latach. To są dla mnie bodźce czysto sportowe, a nie kwestia narodowej dumy.
Wasza pozycja wyjściowa przed kolejną rundą jest wymarzona – mamy dzięki wygranemu dwumeczowi z Łotwą właściwie 4 punkty przewagi nad drużynami z czwartego miejsca oraz dalszych. Czy w kontekście walki o awans najważniejsze będą dla nas starcia z Izraelem czy kompletnie pan tego tak nie postrzega?
Oczywiście jestem świadomy tego, jaką mamy pozycję w grupie po świetnej pracy jaką wykonaliśmy w pierwszej rundzie, ale w żadnym wypadku nie jest to powód do rozprężenia, czy nadmiernego liczenia punktów i sytuacji rywali. W mojej filozofii trenerskiej nie ma kompletnie na to miejsca, bo wiem jakie to może być zgubne i jak łatwo stracić czujność. Traktujemy spotkania z Izraelem bardzo poważnie, jako kolejny krok, ale mentalnie podchodzimy do nich tak, jakbyśmy nie mieli na koncie żadnej zaliczki, a na koncie mieli 0 punktów i startowali zupełnie nowy etap.
Na jakim etapie jest w tym momencie proces wdrażania młodszych zawodników do reprezentacji? Czy mają nad sobą jakikolwiek parasol ochronny, czy nie stosuje pan żadnej taryfy ulgowej?
Zdecydowanie nie stosuję żadnych taryf ulgowych. Jeśli powołuję zawodnika do kadry, to jego wiek nie może mieć znaczenia. Musi być po prostu gotowy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że potrzebne jest więcej czasu na przyswojenie od nowa schematów i zrozumienie tożsamości, którą ma nasza reprezentacja, ale na treningach oznacza to wręcz 120 proc. zaangażowania.
Bardzo żałuję, że w tym okienku z powodu decyzji ich uczelni zabraknie Jakuba Szumerta i Jakuba Urbaniaka. Skorzystają na tym jednak Zoran Miličić oraz Miłosz Majewski, którzy mają za sobą bardzo dobre występy w młodzieżowych EuroBasketach i zasłużyli na to, by poznać seniorską koszykówkę na najwyższym poziomie. Myślę, że sami zobaczą brak tego parasola, bo nawet w treningowym starciu przeciwko Michałowi Sokołowskiemu czy Mateuszowi Ponitce odpuszczenie na ułamek sekundu może oznaczać fizyczną i mentalną przegraną.
Na jakim etapie rozwoju z perspektywy tych pięciu lat pracy i sukcesów na dwóch ostatnich EuroBasketach znajduje się teraz nasza kadra? Od lat mówi się o przebudowie, ale hierarchia pozostaje jednoznaczna, a liderzy – czyli Ponitka, Sokołowski i Balcerowski – wydają się „nie do ruszenia”. Czy dopóki wyniki nadal będą równie dobre, model pozostanie bez zmian czy też szykują się większe zmiany i wyraźniejsze kreowanie nowych liderów?
Akurat z tym stwierdzeniem mocno się nie zgadzam. Przebudowa kadry zaczęła się przecież już kilka lat temu po odejściu ówczesnych liderów takich jak Kulig, Cel, Koszarek, Waczyński czy Hrycaniuk, by wymienić tylko kilku z kluczowych graczy. To już wtedy rozpoczęliśmy zmianę pokoleniową, odważnie stawiając na znacznie młodszych zawodników. I to przyniosło efekty, bo zyskaliśmy nowe pokolenie, które jest dziś niezwykle przydatne. Oczywiście, rolę lidera przejął Mateusz Ponitka, ale znacznie większą odpowiedzialność otrzymali też Olek Balcerowski czy Dominik Olejniczak. Teraz dołączają do nich kolejne bardzo ważne postacie, jak Andrzej Pluta, Jakub Szumert czy Igor Miličić Jr. Przebudowa na przestrzeni tych pięciu lat była więc naprawdę głęboka, a to, co założyłem sobie na początku tej drogi, w dużej mierze udało się zrealizować. Mamy teraz świetną grupę utalentowanych zawodników, którzy już wchodzą, ale też za chwilę mogą na stałe wejść do reprezentacji i pozwalają nam osiągać lepsze wyniki niż jeszcze dekadę temu. Wielu młodych graczy ma już za sobą mecze o stawkę i dołożyli swoją cegiełkę do sukcesów, o których pan wspomniał.
Od dłuższego czasu atmosfera wokół kadry jest już jednoznacznie pozytywna. Widoczna jest jedność narodowa w tym temacie. Na ile to pomaga w osiąganiu wyników? W jaki sposób szum medialny – pozytywny lub negatywny – wpływa na prowadzenie drużyny narodowej?
Cieszę się, że kibice w Polsce zaczęli doceniać to, co budujemy w kadrze od kilku dobrych lat i że moda na koszykówkę w naszym kraju rośnie. Oczywiście wsparcie trybun, gra w dużych halach i energia, którą nieustannie czujemy napędza zarówno graczy, jak i nas jako sztab. Cieszymy się z zainteresowania mediów i sponsorów, staramy się być zawsze otwarci, ale musimy też pamiętać, że koszykówka to gra detali, która wymaga pełnej koncentracji. Jest to dla mnie jako trenera pewne wyzwanie, ale wiem, że nasz sztab organizacyjny układa wszystko tak, by zawsze sport i przygotowania były na pierwszym miejscu.
Im spokojniej i ciszej pracujemy za zamkniętymi drzwiami, tym głośniej potem nasze wyniki krzyczą na parkiecie.
Czego sam pan najbardziej nauczył się jako selekcjoner kadry na przestrzeni lat. Co było największą lekcją? Czy coś jeszcze pana zaskakuje w pracy selekcjonera po tylu latach?
Jednym z kluczowych aspektów jest adaptowanie się do zmieniających warunków. Mam tu na myśli zarówno sposób, w jaki gra się w koszykówkę, jak i samo podejście do zawodników. Wspomniałem kiedyś o tym, że trener musi się nauczyć mieć różne twarze – czasami być players coach, a czasami trzymać zespół twardą ręką. Zmienia się gra, zmieniają się też sami zawodnicy i zdecydowanie nie ma mowy, abym kiedykolwiek powiedział, że wiem na tyle dużo, by nic nie mogło mnie zaskoczyć. To samo tyczy się sposobu planowania np. zgrupowania kadry. Mogę mieć ułożony świetny plan, by nagle dowiedzieć się np. że dwóch zawodników musi zostać na treningach w USA. To uczy zarówno cierpliwości, jak i szybkiego dostosowania się do realiów, które są dostępne.
Jak wygląda pana sytuacja klubowa? Czy po zgrupowaniu w planach ma pan gównie odpoczynek od koszykówki czy przede wszystkim intensywne zajęcie się przygotowaniami do kolejnego okienka reprezentacyjnego i tematem klubowym?
W momencie, kiedy rozmawiamy mogę już powiedzieć, że moja sytuacja jest jasna – na nową pracę w klubie poczekam w trakcie trwania sezonu. Mój kontrakt z Arisem Saloniki formalnie wciąż obowiązuje, ale nie zdecydowałem się jeszcze na wybór nowego klubu. W ostatnim czasie pojawiło się kilka konkretnych opcji z EuroCupu, m.in. z Hiszpanii i Turcji, ale ostatecznie te propozycje mi nie odpowiadały. Nie szukam pracy „na siłę” – interesuje mnie wyłącznie projekt o odpowiedniej ambicji i jakości. Teraz moim priorytetem jest zgrupowanie reprezentacji Polski i walka w kwalifikacjach do mistrzostw świata, a po nich będę jednocześni pracował nad przygotowaniem kadry do kolejnego okienka i spokojnie czekał na ofertę klubową, którą uznam za właściwą.
Dwukrotnie obejmował Pan już kluby w trakcie sezonu – Besiktas i Aris, w obu przypadkach osiągając wymagane cele, ale nie został pan w nich na dłużej. Czy można te przypadki jakoś porównać, mają jakiś wspólny mianownik?
Z pewnością to były sytuacje, w których brałem do rąk mówiąc kolokwialnie „gorący kartofel”. Mimo trudności, w obu przypadkach udało nam się osiągnąć założone wyniki. Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie były rewelacyjne wyniki, bo nie zdobyliśmy medalu, ani nie weszliśmy do play-off z piątego miejsca. Warto jednak pamiętać o kontekście: kiedy przejmowałem Beşiktaş, zespół miał bilans 1-12 i był jedną nogą w drugiej lidze. Efekt końcowy wszyscy pamiętamy. Jak pokazuje jednak historia wynik jednego sezonu nie musi mieć wpływu na ciąg dalszy. To, co dzieje się później w klubach, często wynika z wewnętrznej polityki, która nie zawsze sprzyja projektom sportowym. Czasami nawet uratowanie sezonu to za mało, by całkowicie zmienić nastawienie kibiców i właścicieli.
Trochę żartobliwie teraz mówię, że wszystkie trzy kluby, które przejmowałem w trakcie sezonu – Napoli, Beşiktaş i Aris – są obecnie na szczycie. Wniosek jest taki: jeśli jakiś zespół chce znacząco zwiększyć budżet do poziomu 10-20 milionów i wejść na sam szczyt swojej ligi, musi mnie zatrudnić!
Na ile trenowanie jednocześnie kadry i klubu pomaga, a na ile przeszkadza panu w pracy? Jakie są główne zalety i problemy takiej sytuacji?
Na początku mojej pracy z reprezentacją Polski przynosiło to znacznie więcej korzyści – dzięki temu stałem się o wiele bardziej rozpoznawalny w Europie. Natomiast teraz, gdy osiągnąłem już pewien poziom, łączenie tych funkcji spotyka się czasem z chłodniejszym odbiorem ze strony czołowych klubów, w których chciałbym w przyszłości pracować – mam tu na myśli drużyny z Euroligi czy szczytu EuroCupu. Generalnie takie zespoły nie patrzą przychylnym okiem na trenerów, którzy w trakcie sezonu prowadzą jeszcze reprezentację.
To jest trochę jak miecz obosieczny. Z jednej strony dało mi to bardzo dużo, z drugiej – na obecnym etapie nie wszystko jest już tak różowe. Odczuwam jednak ogromną dumę z tego, co robimy: z pracy sztabu, zawodników i całej organizacji PZKosz. Wszystko układa się u nas jak najlepiej i chcę, aby trwało to jak najdłużej.
Jakie ma pan cele na przyszłość? Czy jest jakiś moment, po którym stwierdzi pan, że w kadrze czuje się już spełniony i w pełni zrealizowany? Wiadomo, że to niebywale trudne do osiągnięcia – ale czy przykładowo zdobycie medalu mistrzostw świata lub Europy byłoby takim momentem czy też mogłoby tylko jeszcze mocniej nakręcić pana do pracy?
Zdecydowanie nie chcę teraz składać żadnych twardych deklaracji. Moim wielkim, wewnętrznym celem jest zdobycie medalu mistrzowskiego z reprezentacją Polski. Kiedyś mówiłem o tym, żebyśmy byli stałym uczestnikiem wszystkich największych imprez, co już się regularnie dzieje. Teraz musimy zrobić kolejny krok i zdobyć medal. A co wydarzy się później, po kolejnych cyklach? Trudno w tej chwili o tym gdybać. Sport jest nieprzewidywalny i wszystko jest możliwe. Zostawmy ten temat na razie w spokoju.
W czasie konferencji prasowej, na której ogłosiliśmy przedłużenie mojego kontraktu w reprezentacji Polski, powiedziałem, że moim celem jest zdobycie medalu na wielkiej imprezie.. To dałoby mi spełnienie jako trenerowi, ale na pewno nie sprawiłoby, że poczułbym, iż osiągnąłem wszystko. W sporcie moment zastoju to początek końca. Mam marzenia, o które wszyscy walczymy, ale znając samego siebie zdobycie takiego medalu nie sprawiłoby, że usiadłbym w fotelu i powiedział „dziękuję, już zrobiłem swoje”.
Taki sukces dałoby mi i tej drużynie tylko jeszcze większy apetyt na więcej.
Po nieudanych eliminacjach do EuroBasketu 2025 sztab kadry poszerzył się o jednego członka – dyrektora ds. rozwoju Michała Ignerskiego. Od tego czasu zespół przegrał jedynie 3 z 13 meczów o punkty. Jakie zadania i wpływ na rozwój zespołu ma Ignerski?
Przede wszystkim chciałbym podkreślić jedno – tamte kwalifikacje na pewno nie były dla nas nieudane, bo mieliśmy już z góry zapewniony awans jako gospodarz. To pozwoliło nam na zupełnie inny sposób przygotowań i wprowadzania systemów taktycznych tak, by skupić się na najważniejszym, czyli na EuroBaskecie 2025. To był długofalowy plan, który jak pokazała historia pozwolił osiągnąć po raz kolejny sportowy sukces.
A przechodząc do osoby Michała. Na pewno wniósł do drużyny ogromną wartość i dodatkową jakość, bazując na swoim bogatym doświadczeniu z wielkich imprez i gry w świetnych klubach. Jako były zawodnik rewelacyjnie wyczuwa trudne sytuacje i potrafi pomóc zarówno sztabowi, jak i samym koszykarzom. Jest bardzo pozytywną postacią i na każdej płaszczyźnie dokłada swoją cegiełkę. Bardzo zabiegałem o to, żeby dołączył do naszej kadry i cieszę się, że z nami jest. Mam nadzieję, że bilans, o którym pan wspomniał będzie się tylko poprawiał.
W każdym kraju jest inna specyfika pracy. Pan pracował już w Polsce, Turcji, we Włoszech i w Grecji. Który z nich dotychczas najbardziej pasował panu i czy ma pan konkretne, wymarzone miejsce do pracy w klubie, poza tym, że – jak chyba możemy zakładać – plan docelowy zakłada prowadzenie klubu z Euroligi?
Wybór miejsca pracy w tym zawodzie nie do końca zależy wyłącznie ode mnie – zależy od propozycji, które się pojawiają. Moim celem jest praca w klubach o jak najwyższej jakości sportowej. Oczywiście, szczytem w Europie jest Euroliga. Gdybym zadowalał się słabszymi ligami, nie miałbym problemu ze znalezieniem pracy, ale to zupełnie nie mój styl i nie mój charakter. Gdybym miał wybrać spośród krajów wymienionych w pytaniu, bardzo cenię sobie czas spędzony w Turcji. Natomiast jeśli chodzi o samo życie, Włochy są absolutnie bezkonkurencyjne. To zdecydowanie najlepsze miejsce do życia.
Czy może Pan przybliżyć jak wygląda sytuacja pana najmłodszego syna, Teo Milicica? Jego talent cały czas się rozwija i idzie w dobrym kierunku, ale nadal nie wiemy więcej o jego decyzjach odnośnie wyboru kadry, której barw będzie bronił. Czy szanse, że jego wybór padnie na Polskę po kolejnych dobrych wynikach reprezentacji rosną?
Teo ma niespotykaną szansę wyboru i gry dla jednego z aż trzech różnych krajów, co jest chyba ewenementem na skalę europejską. Ta lista w jego głowie pewnie jest już trochę zawężona. Gdybyśmy jednak brali pod uwagę wyłącznie wyniki sportowe reprezentacji, o których pan wspomniał, to pewnie dawno wybrałby Niemcy i tematu w ogóle by nie było. Ja cały czas zostawiam tę kwestię jemu – ta decyzja musi po prostu dojrzeć w jego głowie. Kiedy będzie gotów podjąć w pełni świadomą decyzję, a myślę, że ten moment jest już coraz bliżej, to po prostu ją ogłosi. My jako rodzina będziemy go wspierać niezależnie od tego, jakiego wyboru dokona.