sobota, 17 października 2026
Strona główna » Jakub Szumert: W NCAA tempo jest szalone, otacza mnie lekki chaos. Reprezentacja Polski? Skoczylibyśmy za sobą w ogień!

Jakub Szumert: W NCAA tempo jest szalone, otacza mnie lekki chaos. Reprezentacja Polski? Skoczylibyśmy za sobą w ogień!

0 komentarzy
– Moje warunki pozwalają mi na grę na pozycjach 3-5, co działo się już w Polsce. Naturalnie czuję się czwórką, ale na treningach jestem często przesuwany na pozycję numer trzy i mam kreować z tej perspektywy przewagi dla drużyny. Jak ważny ma być mój rzut z dystansu? Bardzo – Jakub Szumert miesiąc przed rozpoczęciem kariery w NCAA w rozmowie z Aleksandrą Samborską opowiada o pierwszych tygodniach treningów w USA.

Aleksandra Samborska: Słyszałam, że zanim naprawdę rozpocząłeś okres przygotowawczy do sezonu NCAA w Stanach, musiałeś się ze względów formalnych uzbroić się w cierpliwość. To prawda?

Jakub Szumert: Tak, czas bez gry też był naprawdę intensywny. Przyleciałem do Dallas trochę w ciemno, bo sama akceptacja wszystkich moich dokumentów trwała około 3 tygodni. Teoretycznie długo nie było do końca wiadomo, czy sezon rozpocznę w nowych, akademickich barwach, choć wiedziałem, że z agentami przygotowaliśmy się najlepiej, jak to tylko możliwe. Czekaliśmy na werdykt z nastawieniem, że nikt się do niczego nie przyczepi, ale nie mogłem grać w sparingach. Nawet w tych, na które polecieliśmy na przykład do Rzymu!

W przypadku takich graczy zawsze jest ryzyko, że uznają cię za zawodnika ineligible – czyli nieuprawnionego do gry w NCAA – ze względu na wcześniejsze profesjonalne kontrakty, które podpisywałeś grając w Europie. Pojawiają się pytania: jakie to były kontrakty? Ile ich było? 

My przez półtora miesiąca dosyłaliśmy skrupulatnie wypełnione dokumenty. Ślęczałem nad nimi wystarczająco długo, by wiedzieć, że będzie dobrze, ale i tak miałem stres związany z oczekiwaniem na decyzję, na ile lat mi wystawią pozwolenie na grę w NCAA. Ulga przyszła, gdy dostałem potwierdzenie, że na cztery.

Po przejściu zasieków formalnych twój pierwszy sezon przygotowawczy za oceanem trwa w najlepsze. Southern Methodist University w Dallas to uczelnia z rosnącymi ambicjami. Z jakich powodów zdecydowałeś się akurat na tę szkołę w Teksasie?

SMU wykazało się po prostu największym zainteresowaniem i zaangażowaniem. Faktycznie, pytania były z wielu ośrodków. Dostaliśmy wiele telefonów na zasadzie „widzieliśmy Kubę, chcemy go u nas”, ale agenci weryfikowali, na ile to były tylko słowa, a na ile szły za tym czyny. Zebraliśmy sporo informacji o Dallas, o trenerze Andym Enfieldzie. Na razie to wszystko faktycznie wygląda dla mnie obiecująco.

Jesteśmy zakwaterowani zaraz przy kampusie. W jednym domu mieszka nas ósemka chłopaków z drużyny. To sprzyja budowaniu relacji i pozwala poczuć ten amerykański, uniwersytecki klimat. Docelowego kierunku studiów jeszcze wybieram. Rozważam sport performance, czyli aspekty przygotowawcze do bycia trenerem. 

A jak czujesz się w systemie szkoleniowym amerykańskiej, uniwersyteckiej koszykówki?

To dla mnie absolutne i kompletne wyjście ze strefy komfortu! Adaptacja trwa. Nasz Zastal był bardzo poukładany, a tu czuję na razie wszędzie lekki chaos. Nagle się okazuje, że z przeróżnych ustawień w grze masz sam coś wymyślić i wykreować. Tempo jest szalenie wysokie. Podobno z czasem będziemy je uspakajać. Na razie nie ma schematów. Mamy grać i patrzeć, co z tej gry może wyniknąć. 

Rozmawiałem ostatnio o z jednym asystentem. Powiedział, że ten etap przygotowań ma dać nam poczucie wolności, byśmy się wzajemnie lepiej poznali jako koszykarze, wyczuli swoje mocne i słabsze strony. Dopiero niedawno rozpoczęliśmy treningi w komplecie, więc zobaczymy jak to wszystko będzie się spajało, układało, łączyło. Myślę, że coś z tej pracy twórczej wyniknie! 

W którym kierunku chciałbyś rozwijać swoją grę w NCAA?

Ogólnie zamysł na drużynę jest taki, by grać zespołowo i dużo dzielić się piłką. Moje warunki pozwalają na grę na pozycjach 3-5, co działo się już w Polsce. Naturalnie czuję się czwórką, ale na treningach jestem często przesuwany na pozycję numer trzy i mam kreować z jej perspektywy przewagi dla drużyny. Moja rola w zespole ma być duża, ale mam też wkomponowywać się w to, co przyniesie mecz.

Jak ważny ma być twój rzut z dystansu?

Bardzo! Punkty mam zdobywać na wiele sposobów. To co mi się bardzo podoba to fakt, że mamy w sztabie wielu asystentów. Jeden ma pod sobą 2-3 zawodników, z którymi trenuje indywidualnie. Właśnie na treningi rzutowe wybieramy się często przed zajęciami. Umawiamy się na konkretną godzinę i rzucamy. To bardzo dobre uzupełnienie treningów 5×5 i siłowni. 

Młodych graczy w polskich ośrodkach koszykarskich, którzy chcieliby pójść twoją drogą są dziesiątki. Duża część z nich po drodze z niej zboczy, pojawią się kontuzje, niewłaściwe decyzje. Komu i czemu Kuba Szumert w głównej mierze zawdzięcza ten fantastyczny, srebrny sezon w barwach Zastalu, który zapewnił mu angaż w NCAA?

Od początku otoczony byłem grupą świetnych ludzi, którym wiele zawdzięczam. Zaczynając od trenerów Olesiewiczów w Warszawie, przez Gdynię i trenera Bychawskiego po kadrę i Zieloną Górę z Arkadiuszem Miłoszewskim. Po przygodzie z reprezentacją U-20 wiedziałem, że będę chciał pracować z trenerem „Miłym” w klubie. 

Po słabszym sezonie 2024/25 w Gdyni nie było zwątpienia?

Myślę, że takie doświadczenie na wczesnym etapie też jest potrzebne. Miałem perypetie zdrowotne, uczyłem się bycia cierpliwym. Współpracowałem z psycholog Dominiką Kuchtą, kończyłem liceum. Z perspektywy czasu wiem, że to też był wartościowy czas! Dobrze jest za młodu ogarnąć swoją głowę, by przygotować na dorosłość w sporcie.

Żeby się rozwijać koszykarsko musisz mieć talent do pracy. Musisz w sport włożyć wiele wysiłku. Nie możesz się obijać ani przed treningami ani po ich zakończeniu. Przez te wszystkie lata zadawałem też wiele pytań. Gdy tylko coś wydawało mi się niejasne, dopytywałem o instrukcje i kolejne wskazówki, które potem można było wykorzystywać w meczach. No i czułem – ba, dalej czuję! – ogromne wsparcie najbliższych. 

Rodzice nie zaprojektowali koszykarza Jakuba Szumerta?

Nie, oni mnie tylko zapisali mnie na zajęcia koszykówki do trenerów Olesiewiczów, bo byłem wysoki. Wcześniej chodziłem na piłkę nożną. 

Rodzice bardzo mnie w trakcie treningów wspierali, wożąc mnie prawie codziennie przez pół Warszawy i czekając aż skończę wygłupiać się z kolegami po zajęciach.

Jak już naprawdę pokochałem koszykówkę, włożyli w to mnóstwo swojego czasu i sporo pieniędzy, ale też zawsze ufali trenerom. Nigdy nie było jakiegoś sterowania drogą z ich strony, układania mi dodatkowych treningów czy innych tego typu rzeczy. 

Tata trochę grał w kosza w szkole. Mama z tym sportem wcześniej nie miała nic wspólnego. Zostałem przy baskecie, bo mi się spodobał, ale wyjazd do NCAA na pewno nie byłyby możliwy bez ich dopingu i poświęcenia.

Wiem, że na stały doping możesz też od lat liczyć od swojej ukochanej Weroniki, która twoje koszykarskie postępy komentować może z innej perspektywy…

Tak, moja dziewczyna ma na koncie niejeden medal mistrzostw Polski i faktycznie zdarza się, że coś jej się w meczach nie podoba i muszę jej tłumaczyć, dlaczego trener kazał grać tak a nie inaczej. Codzienne wsparcie osoby, która rozumie co to jest sport, z czym to wszystko wiąże jest bardzo pomocne. 

Teraz Weronika będzie kursować między Polską a Teksasem. To mnie też dodatkowo motywuje, ale i uspakaja. Kiedy głowa jest przemielona po naprawdę ciężkim treningu albo adrenalina działa po bardzo udanym – świetnie jest tak czy inaczej móc wrócić do osoby, która znaczy dla ciebie najwięcej. To uspokaja, a spokój, umiejętność wyciszenia w życiu sportowca waży wiele!

Zakładam, że wspólnie śledziliście poczynania reprezentacji Polski podczas ostatniego okienka eliminacji do MŚ 2027. Jak jako kolega z drużyny oceniasz występy Biało-Czerwonych?

Mecz z Izraelem w Rydze nakładał mi się akurat z treningiem, a poza tym i tak miałem problem z zalogowaniem się do konta FIBA, by móc go oglądać na żywo. Ale już gdańskie starcie z Niemcami udało się obejrzeć w całości! 

Walczyć w takich okolicznościach z mistrzami świata? Ciary czułem na drugim końcu globu! Iskrzyło niesamowicie od początku i tych fauli technicznych dla Schroedera i Loyda. Zagraliśmy dokładnie tak, jak powinniśmy – przez pełne 45 minut dając z siebie wszystko. Taki powrót jak ten w meczu z Niemcami możliwy jest tylko wtedy, kiedy grasz na 100 procent i w drużynie wszyscy są razem. Wchodząc do seniorskiej kadry od razu to poczułem. Każdy skoczyłby dla niej za każdego w ogień! Jesteśmy jak prawdziwa rodzina.

Młodsi tacy jak Kuba Piśla, Kuba Urbaniak, czy ja wchodząc do zespołu mają dokładnie wytłumaczone z czym wiąże się reprezentowanie całego kraju, gra dla TEGO zespołu. Ktokolwiek by się w tej dwunastce pod nieobecność kolegi nie znalazł, zawsze będzie walczył na maksa. 

Główną postacią, powodem, dla której nasza reprezentacja święci ostatnio tak duże sukcesy jest Mateusz Ponitka. Obserwując jego i Michała Sokołowskiego mogę dojść tylko do jednego wniosku: w przyszłości chciałbym być takim liderem, jak oni obecnie.

Młodzi kadrowicze dostają od starszych kolegów dużo wsparcia?

Mnóstwo! Szczególnie lubię nasze wspólne posiłki, przy nich zawsze znajdujemy wiele powodów do śmiechu. Ja wciąż dopiero w tym towarzystwie tak naprawdę debiutuję, dodatkowo jestem dość nieśmiały. Pierwsze zgrupowania to były w moim odczuciu taki na zasadzie „wow, to już kadra seniorska”. Starsi koledzy bardzo dbali jednak o to, by skracać dystans i nas do tej drużyny wdrażać. Podchodzili, zagadywali, chcieli nas lepiej poznać. Powtarzali, że cieszą się, iż z nimi jesteśmy. W takich momentach, dla tak młodych ludzi jak my, takie gesty naprawdę wiele znaczą. 

Kiedy spotkacie się następnym razem będziesz miał na pewno sporo opowieści po sezonie spędzonym w USA. Nie tylko z treningów czy meczów. Co planujesz w Dallas poza kolejnym etapem koszykarskiego rozwoju?

Na pewno wybiorę się na mecz Mavericks, gdy przyjadą Miami Heat z Giannisem. To na dziś w NBA bezapelacyjnie mój największy idol. Składają się na to zarówno aspekty koszykarskie jak i osobowościowe. To facet niesamowicie rodzinny, pogodny i uśmiechnięty! Oglądałem wywiady, dokumenty, początki jego kariery w Grecji – zawsze był pomocny, obserwował, rozmawiał. Wydaje mi się, że to jest gracz, lider, jakiego każdy chciałby mieć w drużynie.

Polscy kibice będą już wkrótce śledzić silną konferencję ACC, drużynę Mustangów z SMU i to, jak rozwijać się w niej będzie reprezentant Polski. Jakie cele przed sobą stawiacie?

Zagrać w March Madness. W ubiegłym sezonie nasza uczelnia była o jedno zwycięstwo od rozstawienia w turnieju głównym, zabrakło kilku punktów. Nam w Zielonej Górze do złota zabrakło tylko i wyłącznie szczęścia. Z zeszłego sezonu wyciągnąłem jednak 120 procent i na to samo liczę na pierwszym roku w barwach SMU. 

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie