sobota, 17 października 2026
Strona główna » Mike Taylor: Ponitka to jeden z najbardziej niedocenianych koszykarzy w Europie. Dobrze, że w końcu jest o nim głośniej!

Mike Taylor: Ponitka to jeden z najbardziej niedocenianych koszykarzy w Europie. Dobrze, że w końcu jest o nim głośniej!

0 komentarzy
– Największych wyzwaniem dla reprezentacji Polski w najbliższym czasie będzie utrzymanie miejsca w europejskiej czołówce i znalezienie następcy Ponitki. To nie będzie łatwe. A samego Mateusza mam nadzieję zobaczyć jeszcze w podobnie gigantycznej roli jak w kadrze w klubie, który obdarzy go równie wielkim zaufaniem – mówi Mike Taylor, trener naszej kadry w latach 2014-21, który lada moment przeprowadzi w Polsce szkolenie, a kolejny sezon rozpocznie, pracując w NCAA.

Poprzedni sezon Mike Taylor skończył w roli strażaka w dobrze sobie znanej Bundeslidze. W samej końcówce sezonu objął zespół Sience City Jena i pomógł mu zapewnić sobie utrzymanie. Przed kolejnymi rozgrywkami były selekcjoner naszej kadry postanowił jednak wrócić za ocean. Będzie pracował na Florydzie w występującej w I Dywizji NCAA ekipie Florida Atlantic Owls. Zanim jednak rozpocznie się sezon ligi akademickiej, Taylor jeszcze we wrześniu po raz kolejny dołoży cegiełkę do rozwoju polskiej koszykówki.

23 września o godz. 20 były trener naszej kadry poprowadzi webinar „Jak zbudować zespół, w którym zawodnicy chcą grać” w ramach prowadzonego przez skauta Denver Nuggets Rafała Jucia oraz szefa Legii Warszawa Jarosława Jankowskiego projektu Next Draft.

Postanowiliśmy dłużej porozmawiać z Mike’em Taylorem, zanim usłyszą go uczestnicy szkoleń Next Draft – czyli głodne wiedzy osoby, które w kolejnych latach powinny pomóc w profesjonalizacji koszykówki w Polsce.


Krzysztof Radziwanowski: Przed startującym niedługo sezonem podpisał pan umowę w NCAA, obejmując funkcję asystenta trenera Florida Atlantic Owls. Dlaczego po wielu latach pracy w Europie zdecydował się pan na taki ruch? Skąd pojawiła się taka propozycja?

Mike Taylor: To był wybór przede wszystkim podyktowany kwestiami rodzinnymi. W zeszłym roku udanie skończyłem sezon w Niemczech. Wdało się pomóc Jenie w utrzymaniu w Bundeslidze. Miałem możliwość pozostania tam na dłużej, a także inne opcje, ale ze względu na rodzinę i dorastające dzieci uznałem, że pozostanie z nimi na Florydzie to na teraz dla mnie najlepszy wybór. W innej sytuacji bardzo chętnie zostałbym w Niemczech. Spędziłem tam łącznie wiele lat. W Hamburgiem awasnowałem do Bundesligi, więc mam dużo dobrych wspomnień, ale na tu i teraz nie mogłem po prostu podjąć innej decyzji.

Zresztą sportowo też obiecuję sobie sporo po nadchodzącym sezonie. Jestem w świetnym miejscu, w świetnej organizacji i mam wokół dobrych trenerów. Liczę, że razem zrobimy sporo fajnych rzeczy. 

Sporo mówi się ostatnio o zmianach w przepisach w NCAA i dynamicznym wzroście wynagrodzeń za grę w lidze akademickiej. Uważa pan, że przejście tam to dobry wybór dla młodych Europejczyków czy jednak lepiej, gdyby rozwijali się oni we własnym kraju? 

Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytanie. Na pewno zasada NIL zmienia w Stanach naprawdę dużo. W uniwersyteckiej koszykówce pojawiło się nieporównywalnie więcej pieniędzy niż kiedykolwiek wcześniej. To wpływa nie tylko na kontakty z Europą, ale też na naszych lokalnych, amerykańskich zawodników.

Kiedyś standardem było granie na jednej uczelni przez nawet kilka lat. Teraz transferów jest znacznie więcej, a drużyny i zawodnicy konkurują ze sobą nawzajem dużo bardziej intensywnie. Myślę, że dla Europejczyków to dobry pomysł na początek kariery. Na zarobki nikt na pewno nie może narzekać, ale także czysto sportowo to świetne miejsce do rozwoju. W NCAA pracuje wielu znakomitych trenerów, a programy koszykarskie są jednoznacznie nastawione właśnie na rozwój. Także ten długoterminowy!

Wiele mówi się o pozyskiwaniu zawodników w kontekście drużyn NCAA. Pan właśnie dołączył do nowej drużyny. Przy okazji – jak wyglądają rozmowy o pracę w przypadku trenerów?

Ten temat bardzo dobrze pokazuje jak wyglądają też inne rzeczy w świecie koszykówki. Procesy oczywiście bywają bardzo różne i nie ma jednej standardowej metody, ale na pewno w olbrzymiej części kluczem okazują się dobre znajomości. Tak po prostu.

Zwykle jest tak, że ma się z kimś kontakt, najlepiej bezpośredni i ma się o danej osobie dobre zdanie. Jeśli wiemy, że chętnie byśmy z kimś takim pracowali, to reszta układa się łatwiej i trochę samoistnie. Bardzo często dociera się do trenerów przez wielu pośredników – wspólnych znajomych, innych trenerów czy działaczy albo byłych zawodników. Sposobów jest naprawdę mnóstwo. W wielu sytuacjach pomaga też posiadanie agenta, który również otwiera wiele ścieżek. Często takich, o których ja sam jako trener nigdy bym nie pomyślał.

Same rozmowy z kolei przebiegają bardzo różnie. Czasami są bardzo szybkie i konkretne, szczególnie jeśli jednej ze stron mocno się spieszy. Tak było choćby w Jenie, kiedy dogadaliśmy się niemal od razu po ich pierwszym kontakcie. Zależało im na dokonaniu zmian i jak najszybszym wejściu nowego trenera, więc rekrutacja nie była rozbudowana i przebiegła błyskawicznie.

Ale miałem też zupełnie inne sytuacje, kiedy obie strony miały ze sobą kontakt przez długie miesiące. Najpierw były to niezobowiązujące rozmowy, zwykłe kontakty prywatne, a potem powoli przeradzały się w stopniowe przechodzenie do konkretów. Byłem trenerem w wielu miejscach i nigdy nie mogłem narzekać. Dzięki temu poznałem wiele wartościowych osób i zapewne z czasem takie sprawy przychodzą też po prostu łatwiej, bardziej naturalnie.

No właśnie, był pan już w wielu miejscach. Które po latach wspomina pan najlepiej?

Z każdego z nich na pewno wyciągnąłem wiele, więc swoją drogę oceniam jako bardzo udaną. Oczywiście znakomicie wspominam Polskę, która w pewnym sensie stała się moim drugim domem. Spędziłem w waszym kraju naprawdę sporo czasu i od początku czułem się tam dobrze. Cieszę się, że mogłem dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju koszykówki w Polsce. To coś co zostanie ze mną już na zawsze. Poznałem tam świetnych ludzi, mam wiele pozytywnych wspomnień.

Oprócz Polski wskazałbym jeszcze Kanadę i mój pobyt w Winnipeg. To znacznie bardziej świeży okres, ale także traktuję go jako zupełnie wyjątkową okazję. W 2022 roku dołączyłem do organizacji w momencie, kiedy klub dopiero powstawał, jeszcze zanim rozegrał swój pierwszy sezon w historii CEBL. Dostałem naprawdę spore zaufanie, bo objąłem jednocześnie funkcje trenera oraz generalnego menedżera. Przez ten czas zarówno ja, jak i drużyna się rozwinęliśmy i uważam, że udało nam się osiągnąć świetne wyniki. To też czas, który dał mi dużo radości. Szczególnie, że miałem okazję sprawdzić się w nowej dla siebie i ogólnie nietypowej roli. 

Czy pojawiały się jakieś problemy przy łączeniu obu tych funkcji? Sytuacja jest rzadka, a przecież perspektywa trenera musi różnić się od tej menedżera.

Tak, na pewno perspektywa jest trochę inna, ale w tym konkretnym przypadku wszystko układało się bardzo dobrze. Nie miałem większych sytuacji kryzysowych, przynajmniej pod kątem łączenia obowiązków. Rozumiem, że w Europie taki system jest bardzo rzadki, ale wydaje mi się, że akurat w CEBL to najlepsze możliwe rozwiązanie. Liga kanadyjska jest bardzo specyficzna, bo sezon jest wyjątkowo krótki i trwa głównie w okresie wakacyjnym, kiedy inne rozgrywki mają przerwy. Inaczej wygląda więc zarządzanie zawodnikami, jest mniej czasu na korekty. W Winnipeg funkcjonowało to dobrze, a nie byliśmy jedyną drużyną, która zdecydowała się na takie rozwiązanie. 

Na ile śledzi Pan polską koszykówkę w ostatnim czasie? Od ostatniego pana meczu w Polsce minęło już sporo czasu, ale nasza kadra nadal stopniowo się rozwija.

Śledzę naprawdę bardzo intensywnie! Jestem na bieżąco właściwie cały czas od kiedy przestałem prowadzić reprezentację Polski. Nadal utrzymuje dobre relacje z osobami, które poznałem w tamtym okresie. Jest ich naprawdę sporo. Wiele razy oglądałem też mecze polskiej kadry. W pamięci mam cały czas sytuację kiedy na żywo w hali komentowałem pamiętny mecz Polski ze Słowenią podczas EuroBasketu 2022 w Berlinie. To były piękne chwile, a od razu po meczu podeszło do mnie kilku zawodników, wymieniliśmy się pozytywnymi uwagami. Rozmawiałem też wtedy z prezesem Bachańskim, który powiedział, że „to są moi chłopcy”. Bardzo się cieszę, że praca, którą udało nam się wykonać w mojej kadencji jest nadal kontynuowana.

Reprezentacja Polski stale rośnie w siłę. Wydaje mi się, że zainteresowanie jej występami jest coraz większe, a o waszej drużynie coraz pozytywniej mówi się w całej Europie. 

Czuje się pan trochę ojcem późniejszych sukcesów naszej reprezentacji?

Nie lubię wypowiadać się tak jednoznacznie, ale na pewno jestem świadomy, że w trakcie mojej kadencji polska kadra poszła mocno do przodu. Udało mi się zbudować grupę też jako drużynę, ale oczywiście nie byłoby tych sukcesów gdyby nie bardzo wiele osób, które towarzyszyły mi w tamtych czasach. Był bardzo zaangażowany prezes, świetny sztab, zawodnicy. Miałem rewelacyjnych asystentów, był Dominik Narojczyk.

To gdzie teraz jest reprezentacja Polski miało swoje podwaliny, to przede wszystkim efekt bardzo ciężkiej pracy samych graczy. Od lat stopniowo budują swoją pozycję na scenie międzynarodowej, są konsekwentni i – co bardzo ważne – wiedzą w jakim kierunku chcą podążać. Kiedy do tego dołożymy mądre zarządzanie, po prostu mamy gotowy przepis na sukces. 

Jakie – poza wynikami – były kluczowe rzeczy, na których skupiał się pan w trakcie pracy z naszą kadrą?

Myślę, że czymś takim było na pewno wpajanie zawodnikom dumy z gry dla swojego kraju. Nie twierdzę, że ktoś o tym wcześniej zapominał, ale ja podkreślałem, że to działa w dwie strony. Moim głównym celem poza samymi wynikami było doprowadzenie do sytuacji, kiedy ludzie, zwykli Polacy, widząc na ulicy Mateusza Ponitkę, Michała Sokołowskiego czy innych naszych zawodników będą podnosili głowę i kiwali z uznaniem.

To nasi chłopcy mieli być bohaterami, głównymi postaciami. Chciałem żeby mogli wyjść na miasto w swoim kraju i po prostu czuć, że ludzie ich szanują, że im kibicują i że doceniają to, co koszykarze poświęcają dla gry dla Polski. Uważam, że da się tu zrobić jeszcze trochę więcej, ale nie mam wątpliwości, że Polsce udało się pójść w dobrą stronę. Z czasem ukształtowaliśmy też wewnętrzną hierarchię. To też był jeden z ważniejszych czynników, które pozwoliły na poprawę wyników i dojście do obecnego poziomu. 

Jakie są pana pierwsze wspomnienia, kiedy myśli pan o swojej pracy z reprezentacją Polski? Oczywisty wybór to mistrzostwa w Chinach, ale na pewno musi być coś jeszcze…

Tak, tych pozytywnych chwil było wiele! Oczywiście, mundial w Chinach musi być na pierwszym miejscu. Najpierw wygrana z gospodarzami przy pełnej hali i w trudnej atmosferze, do tego zwycięstwa z Wenezuelą i Wybrzeżem Kości Słoniowej. To nie były przypadkowe drużyny. Potem jeszcze wielkie zwycięstwo nad Rosją w niesamowicie fizycznym meczu. Damian Kulig trafiający kluczowy rzut.

Po wyjściu z obu grup trafiliśmy na Hiszpanię i ponownie zagraliśmy naprawdę dobrze. Wspaniałym zakończeniem turnieju była też możliwość zmierzenia się z USA, na tle najlepszych na świecie koszykarzy. O takich historiach mówi się latami i to właśnie rzeczy, z których ludzie w Polsce powinni pamiętać swoich zawodników za każdym razem, gdy ich widzą. Dobrze pamiętam też końcówkę swojej kadencji i przegraną walkę o awans na potencjalnie mój ostatni duży turniej, czyli igrzyska olimpijskie. Pokonali nas świetni Słoweńcy z Luką Doncicem na czele, ale cała przygoda dojścia do tamtego momentu też była dla nas kapitalna. 

A ma pan jakieś negatywne wspomnienia z Polski? Jakieś rzeczy, które zrobiłby pan – patrząc na to z perspektywy czasu – inaczej?

Negatywnych wspomnień, które byłyby związane bezpośrednio z Polską jako krajem nie mam chyba żadnych. Momentem, który był pewnie najtrudniejszy sportowo w trakcie mojego pobytu był na pewno Eurobasket w 2017 roku i okres bezpośrednio po tym turnieju. Chwilowy kryzys udało się jednak opanować i potem szliśmy już właściwie cały czas ku poprawie.

Rzeczą, którą mam jednak w głowie aż do dzisiaj są problemy, które pojawiły się trochę wokół nas samych. Wiedziałem, że Adam Waczyński jako kapitan reprezentacji i prezes związku Radosław Piesiewicz nie mieli najlepszych relacji. Absolutnie nie chciałem zaogniać sytuacji, ale pewne rzeczy czasami dzieją się same. Adamowi nie podobało się rozwiązanie spraw związanych z premiami dla drużyny. Sprawa, niestety, potoczyła się dalej i miała swoje konsekwencje. Rozmawiałem z nimi oboma, bardzo zależało mi na poprawie stosunków, ale pewne elementy były trochę poza mną. Wydaje mi się, że Adam oczekiwał ode mnie trochę bardziej jednoznacznego poparcia, ale jeśli jesteś dorosłym facetem to czasami sam musisz doprowadzić pewne sprawy do końca. Na pewno mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zrobiłem dużo, żeby to wszystko skończyło się pozytywnie, ale po prostu nie udało mi się.

Myśląc o tej historii po latach, nie wiem czy mogłem zrobić coś więcej albo czy powinienem zachować się w którymś momencie inaczej. Na pewno jednak bardzo żałuję tamtej sytuacji. Nie pomogło to też samej drużynie, ale ostatecznie otrząsnęliśmy się jako grupa i zaczęliśmy budować naszą tożsamość już w trochę innych warunkach. 

Jak na pana oczach zmieniała się Polska jako kraj? Jakie zmiany widział pan w kwestii czysto koszykarskiej, ale tez życiowej i społecznej?

Zawsze podkreślam, że Polska to po prostu świetne miejsce do życia. Od początku czułem się u was bardzo komfortowo, ale na pewno przez te lata kraj poszedł niesamowicie do przodu. Ostatnio jakiś czas nie było mnie już w waszym kraju, ale nawet za mojej kadencji rozwinęła się w praktycznie każdym aspekcie. Ja sam mieszkałem w Warszawie. Jestem osobą, która lubi intensywny tryb życia, kiedy dużo dzieje się dookoła więc nie mogłem trafić lepiej. Nie wiem jak odnalazłbym się w Polsce w mniejszym mieście, ale w Warszawie czułem się jak u siebie. Zawsze wracam do Polski z wielką przyjemnością i zawsze będę ją dobrze wspominał. 

Pod wodzą pana następcy Igora Milicicia drużyna zajęła czwarte i szóste miejsce podczas dwóch kolejnych mistrzostw Europy i jest o krok od zapewniania sobie awansu do MŚ 2027. Jakie najważniejsze wyzwania stoją przed naszą drużyną? Co jest do zrobienia w pierwszej kolejności? 

Największym wyzwaniem w tym momencie jest już po prostu utrzymanie tego co jest, a to będzie najtrudniejsze. Udało się zbudować fantastyczną grupę ludzi, którzy dla reprezentacji oddaliby bardzo dużo, a jednocześnie mają naprawdę spore umiejętności. Dodatkowo – lubią się i świetnie funkcjonują jako grupa. Rozwój w takich sytuacjach przychodzi bardzo naturalnie.

Do kadry wchodzą powoli nowe twarze, ale zastąpienie obecnych liderów będzie niezwykle trudne. AJ Slaughter, Adam Waczyński, Michał Sokołowski, Olek Balcerowski – to oni stanowili bądź wciąż stanowią o sile tej drużyny. O ile o zastąpienie pierwszego będzie nieco łatwiej, to co z pozostałymi?

Do tego dochodzi oczywiście element absolutnie fundamentalny, który musiałem zostawić na koniec. Mateusz Ponitka… To facet, który nigdy nie odpuszcza i jest uosobieniem pozytywnego ducha tej grupy. Jest świetnym koszykarzem, a przy tym wspaniałym liderem, przy którym wszyscy inni stają się lepsi. Mateusz ma przed sobą jeszcze trochę grania, ale mam nadzieję, że wśród młodych polskich zawodników są talenty, które godnie zastąpią obecne pokolenie.

Aby Polsce udało się na dłużej utrzymać w europejskiej czołówce, wśród młodego pokolenia musi też objawić się też ktoś naprawdę sportowo i mentalnie wielki, kto już za jakiś czas wejdzie w buty waszego kapitana i pozwoli na kontynuowanie projektu. 

Jak w ogóle wyjaśniłby pan tak olbrzymi rozwój Mateusza Ponitki na przestrzeni lat? Skąd tak duża różnica w jego roli i grze dla kadry w porównaniu do roli, którą pełni w dotychczasowych klubach?

Mateusz miał olbrzymie możliwości od kiedy poznałem go po raz pierwszy. Już na samym początku uznaliśmy w kadrze, że to człowiek, na którego warto stawiać i staraliśmy się stworzyć mu jak najlepsze warunki do rozwoju. W takiej roli jak w obecnej reprezentacji jest w swoim żywiole. Myślę, że to jeden z najbardziej niedocenianych zawodników w Europie, nawet jeśli ostatnio jest o nim w końcu trochę głośniej.

Jest rewelacyjny fizycznie i umie z tego korzystać, do tego ma przyzwoity rzut, umie zbierać, bronić, asystować i – jak już wspomniałem – jest wręcz fenomenalnym liderem. To kapitan, jakiego może pozazdrościć wam właściwie każda drużyna na świecie. W Polsce trafił na dobry okres, kiedy ktoś musiał przejąć pałeczkę bo wcześniejszych przywódcach i wpasował się w taką rolę idealnie.

W klubie sytuacja jest oczywiście trochę inna, bo wybór zawodników jest nieporównywalnie większy. Mateusz gra od lat na naprawdę wysokim poziomie i ma olbrzymią konkurencję do utrzymania się na nim. Oczywiście, w żadnym klubie nie miał takiej roli jak w drużynie narodowej, ale uważam, że jest gotowy do utrzymania takiej intensywności także w dłuższym okresie. Bardzo liczę, że trafi jeszcze do miejsca i na trenera, który da mu klucze do bycia prawdziwym liderem. Chciałbym doczekać momentu, w którym Mateusz również na scenie klubowej pokaże, że też może mieć równie niesamowity wpływ na wyniki, jak w reprezentacji. 

Zgodzi się pan z tezą, że obecna reprezentacja Polski jest znacznie lepsza niż jeszcze kilka lat temu? 

Ciężko porównuje się drużyny z innych okresów. Patrząc na ostatnie wyniki polskich koszykarzy pewnie moglibyśmy zaryzykować taką tezę, ale naprawdę wolałbym nie określać tego w taki sposób. Na pewno obecna kadra Polski jest znakomita. Możecie być z niej dumni i w pełni jej kibicować. Ale jej poprzednie wcielenia też były naprawdę dobre. Powinniśmy pamiętać, że właściwie co kilka lat ta drużyna pisała kolejną, wspaniałą historię. Zaskakiwała przeciwników już wiele razy i cały czas utrzymuje się w ścisłej europejskiej czołówce. 

Zawsze podkreślał pan, że jest „players coach”. Jak najlepiej opisać trenera tego typu? 

Tak, to prawda, faktycznie często tak o sobie mówiłem. Myślę, że to trener, który pozwala swoim zawodnikom być najlepszą wersją siebie. Tego typu szkoleniowiec oczywiście też musi mieć swoje zasady. Musi je najpierw jasno ustalić, potem egzekwować i nie odpuszczać pewnych kwestii. Jednocześnie w pewnych elementach może dać drużynie nieco więcej swobody, a do poszczególnych osób podejść też bardziej indywidualnie. W moich drużynach zawsze zależało mi na dobrej atmosferze i zrozumieniu, że wyniki przyjdą tylko jeśli będziemy działać razem. Kontakt z zawodnikami to też zwykłe rozmowy, czasem najbardziej oczywiste rozwiązanie. Zarówno te przed, jak i po treningu.

Chodzi tylko o dobre podejście na boisku oraz w sprawach zawodowych i jednoczesne odcięcie tego od prywatnego życia czy raczej także o jak najlepsze relacje prywatne?

Na pewno trzeba służyć zawodnikom pomocą zawsze, kiedy tego od ciebie oczekują. Na treningach zasady są jasne i wtedy nie ma żadnego odpuszczania. Ale kiedy trening się kończy jesteśmy już zwykłymi ludźmi i mamy zupełnie inne relacje niż w trakcie gry w koszykówkę. Wtedy jestem w pełni otwarty na rozmowy ze swoimi graczami, nie zamykam się też na sprawy zupełnie życiowe, prywatne. Jeśli gracze mają problemy, staram się wysłuchać i pomóc za każdym razem na ile tylko potrafię. To na pewno pomaga w budowaniu bliższych relacji, jest też przydatne dla obu stron w kwestii wzajemnego zaufania. Później wszystko przekłada się na samo boisko, bo wiemy o sobie po prostu więcej. 

W jaki sposób najskuteczniej buduje się relacje z zawodnikami? Czy w kadrze przy rzadkim kontakcie jest to trudniejsze niż podczas pracy w klubie?

To dobre pytanie, na które nie mam właściwie gotowej odpowiedzi. W moim przypadku powiedziałbym, że praca w kadrze nie była takim utrudnieniem. W wielu sytuacjach to mogło być nawet bardzo przydatne i dobrze wpływało na zawodników. Jako selekcjoner miałem więcej czasu niż w trakcie pracy w klubie. W przerwach między okienkami mogłem więc choćby odwiedzać naszych zawodników w ich naturalnym środowisku. Wielokrotnie jeździłem do nich do miejsc, w których akurat występowali na co dzień. Dla graczy to też było świetne przeżycie. Cieszyli się, że trener kadry przyjeżdża do nich, poświęca im czas i w ten sposób docenia. Ja również dużo z tego wynosiłem.

Mieliśmy wówczas więcej okazji do rozmów w codziennych sytuacjach, mogłem z bliska obserwować jak żyją, pracują w drużynach ligowych. Miałem oczywiście kontakt nie tylko z nimi, ale też wieloma z ich trenerów klubowych, od nich też dostawałem sporo informacji. Uważam, że cały mechanizm funkcjonował w odpowiedni sposób. 

Jakie pomysły na siebie ma pan na kolejne lata? Robił pan już wiele różnych rzeczy, będąc przecież nie tylko trenerem, ale także komentatorem podczas największych turniejów FIBA. W którą stronę będzie pan chciał iść w następnych latach?

Na ten moment naprawdę nie wiem. Jakkolwiek by to nie brzmiało, w tym zawodzie właściwie nie da się zaplanować wielu rzeczy na długo do przodu. Zmiany są normalne i na nie zawsze trzeba być gotowym. Na razie jestem szczęśliwy ze swoich wyborów, cieszę się, że jestem akurat w takim miejscu i zamierzam czerpać z tego jak najwięcej.

Wierzę, że Bóg właściwie pokieruje moją ścieżką w następnych latach i że czeka mnie jeszcze sporo dobrego. To na co mam pełny wpływ to pełne zaangażowanie każdego dnia, na każdym treningu i chęć rozwoju siebie oraz drużyny, w której aktualnie jestem.

Na koniec chciałbym jeszcze tylko dodać, że bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkich ludzi z Polski, szczególnie tych, których spotkałem na swojej drodze. Jestem wam wszystkich naprawdę wdzięczny za tamte lata!