Dość tej zimowej laby! Rozpoczęta wiosna i 23. – jordanowska, naprawdę ciekawa – kolejka PLK wydaje mi się całkiem dobrym momentem, by na dobre ponownie chwycić za pióro.
Zapach playoff jest coraz bardziej wyczuwalny. W sobotę unosił się nad parkietem na Bemowie. Na walkę o medale czekam z niecierpliwością. W maju i czerwcu takie mecze jak ten Legia – Śląsk będziemy oglądać częściej. Moje spostrzeżenia w najbliższych tygodniach też będziecie mogli czytać częściej!
Orlen Zastal Zielona Góra – PGE Start Lublin 76:73
Skłamałbym, gdybym powiedział, że to był dobry mecz koszykówki. Nie był!
Długo można było odnieść wrażenie, że na boisko wyszły dwie drużyny, którym nieszczególnie zależało na tym, by zdobyć dwa punkty. Wygrała ta, która miała w składzie Jakuba Szumerta.
Nie powinniśmy obok tego meczu i świetnego sezonu tego 20-latka przechodzić do porządku dziennego. To jednak ewenement! Kiedy po raz ostatni tak młody polski zawodnik odgrywał tak dużą rolę? Szumert jest objawieniem rozgrywek i nagrodę dla gracza, który zrobił największy postęp można byłoby mu wręczyć tu i teraz.
27 punktów i 10 zbiórek z tego meczu robi wrażenie. 8 wymuszonych fauli rywali w tak fizycznej lidze w tak młodym wieku także. Jeśli „Szu” mentalnie okaże się mocny i uniknie efektu „sodówki”, a po nieuniknionym wyjeździe do NCAA wzmocni się fizycznie, nie zatracając atutów technicznych – droga do NBA może stanąć przed nim otworem. Talentu do gry w basket na najwyższym poziomie ma więcej niż Jeremi Sochan i nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Oby tylko zdrowie było!
Słowa pochwały w kierunku Szumerta nie zmieniają faktu, że Zastal na tym etapie sezonu gra po prostu słabo.
Start? Ma stracony sezon, o którym w Lublinie wszyscy będą chcieli jak najszybciej zapomnieć. Ponowne sprowadzenie Courtneya Rameya było zadziwiające, gdyż wiadomo, że to pod koszem zespół ma większe braki. Ten transfer dobrze wpisuje się jednak w ogólny chaos, który od początku tego sezonu panuje w zespole wicemistrza Polski.
Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski – Energa Czarni Słupsk 75:68
Czarni? Są jak Start – mają stracony sezon, o którym w Słupsku wszyscy będą chcieli jak najszybciej zapomnieć. Nie rozumiałem sprowadzenia Ivicy Skelina do zespołu, który w osobie Krzysztofa Szablowskiego miał trenera, który mógł doprowadzić bezbarwny sezon do końca sezonu i już nie zrozumiem. Chyba, że to już ruch wykonywany z myślą o kolejnych rozgrywkach. Ale czy Chorwat faktycznie zasłużył na tak duży kredyt zaufania? Mam wątpliwości.
Stal świetnie byłoby ujrzeć w tym sezonie w playoff. Ten zespół pisze swoją historię, która pewnie po latach w Ostrowie obrośnie niezłą legendą. Mam nadzieję, że skończy się happy endem i wiosenną gorączką playoff w hali Stali. Jej kibice na to zasłużyli!
Co po tym sezonie powinien zrobić Andrzej Urban, jeśli będzie miał faktycznie do wyboru świetną ofertę z Ostrowa i konkurencyjną z innego klubu. Nie wiem, pewnie wszystko będzie zależało od sytuacji finansowo-organizacyjnej Stali. Wiem natomiast, że osobiście chciałbym go już zobaczyć w innym klubie. Takim z gwarantowanym budżetem z ligowego Top 4.
Macie rację – najchętniej Andrzeja Urbana ujrzałbym na ławce trenerskiej Anwilu. Ktoś powie, że w latach 2023-24 Stal prowadzona przez tego trenera miała w playoff wielkie ambicje, a i pieniędzy – przynajmniej biorąc pod uwagę sumy zapisane w kontraktach koszykarzy – jej nie brakowało. Racja. Ale to jest właśnie klucz – dzięki tamtym niepowodzeniom Urban miał szansę się czegoś nauczyć. To robi dużą różnicę.
Chciałbym przekonać się jak ten trener sprawdziłby na najgorętszym stołku trenerskim w PLK, pracując pod wielką presją. Mam wrażenie, że jest na takie wyzwanie – i zmianę otoczenia – gotowy. Przynajmniej w podobnym stopniu, w jakim gotowy na Anwil był kilka lat temu Przemysław Frasunkiewicz.
Energa Trefl Sopot – MKS Dąbrowa Górnicza 77:100
A propos tego jak ważne jest dla trenerów wyciąganie wniosków z własnych niepowodzeń – przecież to najlepiej widać obecnie po Arturze Gronku. To wciąż młody trener, choć już z dużym bagażem doświadczeń – także porażek. MKS objął po wielomiesięcznej przerwie i widać, że nabrał w tym czasie dystansu oraz pewności siebie. W Sopocie jego maszyna funkcjonowała znakomicie, a Luther Muhammad potwierdził, że jest naprawdę świetnym koszykarzem.
Porażką Trefla na miejscu kibiców z Sopotu bym się nie przejmował. Czasami takie mecze, gdy nic ci nie wychodzi po prostu się zdarzają. Ta drużyna wciąż będzie mocna. Podoba mi się to jak koszykarze Mikko Larkasa w obronie atakują rywali od razu w momencie zakończenia swojej akcji ofensywnej. Śląsk, King też próbują grać w podobny sposób, ale tylko momentami. Trefl wywiera presję niemal non-stop.
Najbardziej imponująca w tym meczu była jednak oczywiście niemal 10-tysięczna publiczność na trybunach ERGO Areny. Piękny widok za którym szefom Trefla należą się oklaski. To także widok, który powinien być wyrzutem sumienia dla wielu klubów PLK, nie tylko tych z Gliwic czy Lublina, które w tym sezonie miewają problemy z zebraniem średnio choćby 1000 widzów na meczu. Naprawdę – lepiej rozdawać bilety za darmo po szkołach i próbować zdobywać w ten sposób nowych kibiców, mając świadomość, że to długi proces, niż beznamiętnie spoglądać na pustki na trybunach.
Czasami w pracy najważniejsze są jednak chęci. W Sopocie walka o kibica trwa na całego – oklaski! Nie spróbujesz, nie wygrasz.
King Szczecin – Dziki Warszawa 91:88
Dziki naprawdę zasłużyły na to, by w końcu zagrać w playoff. Nie tylko tym sezonem – wszystkimi trzema, które spędziły dotychczas w PLK. Kłopot w tym, że kontuzja Grzegorza Kamińskiego mocno komplikuje ich sytuację. Duet Horton – Edge jest bardzo mocny, ale skład zespołu z Warszawy zrobił się wąski.
Obecny King to ciekawy przypadek – zespół, który na pierwszy rzut oka jest pozbawiony lidera. Racja, pod względem sportowym ciężko jest takiego wskazać. Mentalnie nie mam jednak wątpliwości, że to drużyna Tomasza Gielo. On często rozpoczyna mecze powoli, zdarzają mu się słabsze pierwsze połowy, ale widać, że spina ten zespół, jak bardzo mu zależy.
Nie wiem czy King jest zespołem na finał, ale można zauważyć pewne podobieństwa między obecną drużyną, a tą, która wiosną 2023 roku zdobywała mistrzostwo. Pamiętacie, że wówczas w wielkim finale ze Śląskiem Andrzej Mazurczak przesiadł się na tylne siedzenie, dbając głównie o podania do swoich kolegów i dobrą atmosferę w szatni. Jovan Novak gra podobnie od pierwszego meczu sezonu.
Aha, po trzech ostatnich meczach Przemysława Żołnierewicza chyba nie tylko ja czekam na więcej.
Miasto Szkła Krosno – Tauron GTK Gliwice 88:87
Jeśli drugi sobotni mecz – ten w Warszawie – mógł być godny finału PLK, to starcie z Krosna mogłoby aspirować pod względem sportowym co najwyżej do finału 1. ligi. Obie drużyny nieprzypadkowo ratują się przed spadkiem.
Ostatniej akcji w wykonaniu Ivana Almeidy nawet nie jestem w stanie rozsądnie skomentować – bo gdzie tu choćby odpryski logiki? Klasyczne punkty „na gazetę”.
GTK wciąż ma punkt przewagi nad beniaminkiem z Podkarpacia i lepszy bilans dwumeczu. Siedem kolejek przed końcem to niemały handicap. Ale wciąż nie jestem w stanie powiedzieć, że ten sezon w wykonaniu drużyny z Gliwic zbliżył mnie do przekonania, że jej szefowie mają jakiś plan sięgający dalej niż na miesiąc do przodu. Zagranie Almeidy dobrze podsumowuje ten sezon GTK.
Legia Warszawa – Śląsk Wrocław 99:104 (po dogrywce)
Koszykówka, że palce lizać! To był mecz na poziomie lepszych lig – w niemieckiej na pewno też by się wyróżniał, w średnich strefach ligi francuskiej też nikt na taki poziom gry by raczej nie narzekał.
Historią tej drużyny Śląska jest dla mnie ewolucja Jakuba Nizioła. Ewidentnie Ainars Bagatkis okazał się tym trenerem, który trafił do jego głowy. W maju rozpocznie się playoff, w którym Śląsk ma się bić o złoto. W tym samym miesiącu Nizioł skończy 30 lat. Dla kapitana WKS nadchodzi czas wielkiej próby. Wydaje się do niej przygotowany jak nigdy wcześniej.
Pozyskując Dominica Brewtona Legia załatała jedną dziurę w swoim składzie, dodając do Andrzeja Pluty kolejnego kozłującego gracza, który potrafi rozrywać defensywę rywali akcjami z piłką z ręku. Mistrz Polski wciąż ma jednak ogromną wyrwę w składzie – właściwie nie posiada środkowego. Tercet Thompson – Ponsar – Hunter ma sporo talentu, ale nie wiem czy w kluczowym momencie sezonu nie zabraknie mu po prostu centymetrów.
Wiem, że taka zmiana nie jest prosta, że kontrakty to rzecz święta – ale mam wrażenie, że Legia przespała moment, w którym mogła wymienić duet Tass/Hunter na jednego, lepszego i większego od nich obu środkowego.
Takiego, który swoimi gabarytami mógłby straszyć Stefana Djordjevicia. Finałem playoff Śląsk – Legia bym się w czerwcu szczególnie mocno nie zdziwił. Jeśli do niego dojdzie, przewaga fizyczna wrocławian – widoczna także w sobotę na Bemowie – może być niezwykle istotna. Nie chce mi się wierzyć, by Tass po sezonie naznaczonym kontuzjami nagle był w stanie robić różnicę.
Anwil Włocławek – Arriva Lotto Twarde Pierniki Toruń 87:98
Nie wiem czy szefowie klubu z Włocławka zdecydują się na jeszcze jedną zmianę na stanowisku trenera, ale po wywiadzie przedmeczowym Ronena Ginzburga mam wątpliwości czy w samolocie z napisem „Anwil” leci jakikolwiek pilot. Gdy jesteś trenerem, sprowadzasz nowego gracza do zespołu i dziennikarz pyta się co on ma zmienić, nie odpowiadasz „nie wiem”.
Po prostu nie wypada.
Anwil wydaje się rozdarty na trzy cześci:
Pierwszą stanowi Ginzburg.
Drugą – trójka asystentów.
Trzecią – zawodnicy.
Poczucia wspólnoty interesu nie odnotowano. Elvar Fridriksson mówiący wprost podczas konferencji prasowej, że zwykle rywale Anwilu po prostu chcą zwycięstw bardziej doskonale oddaje istotę rzeczy. Nie bardzo można coś dodać.
Czy ten sezon Anwilu jeszcze można uratować? Trudne zadanie. Prezesowi Łukaszowi Pszczółkowskiemu nie zazdroszczę, choć nie można zapominać, że w dużej mierze sam do obecnej sytuacji doprowadził. Zaufał takim a nie innym doradcom. Choćby ze względu na to, że nie zdecydował się – niczym Legia – na zatrudnienie dyrektora sportowego na pełen etat, odpowiedzialność za ich dobór wziął na swoje barki.
Górnik Zamek Książ Wałbrzych – AMW Arka Gdynia 103:97
Nie spodziewałem się, że Górnik – pozbawiony trzech graczy, którzy spokojnie mogliby wyjść do gry w pierwszej piątce – może wygrać ten mecz. Szczególnie gdy na przełomie trzeciej i czwartej kwarty przewaga Arki sięgała 15 punktów.
Ale górniczy charakter połączony z ofensywną eksplozją duetu Cabbil/Anderson wystarczył i to niezbyt dobrze świadczy o gościach. A także ich trenerze Mantasie Cesnauskisie, który w czwartej kwarcie nie był w stanie w żaden sposób zatamować defensywnego krwawienia drużyny. 39 punktów straconych w 10 minut w europejskiej koszykówce to sporo, nawet w 2026 roku. Sztab trenerski Arki przespał ten moment i jeden wielki Kamil Łączyński – 11 asyst przy 1 stracie, 5/6 za 3! – nie mógł tego meczu uratować.
Wydawałoby się, że z tercetem polskich liderów Łączyński/Zyskowski/Garbacz Arka w końcówkach meczów i sezonu będzie dobrze wytrzymywała ciśnienie. Tymczasem w ostatnich tygodniach widzę tu drużynę, która gdy tylko mocniej przyprzeć ją do muru nadspodziewanie szybko mięknie. Zaskakujące.
Obecne piąte miejsce w tabeli Górnika, takie samo jak na zakończenie poprzedniego sezonu zasadniczego, zaskakuje nie mniej, gdy weźmie się wszystkie problemy. O czym świadczy? Dla mnie głównie o tym, jak dużym trenerskim cwaniakiem jest Andrzej Adamek.