Trzy ligowe porażki z rzędu.
Brak Chavaughna Lewisa.
Brak Patricka Cartiera.
Brak Filipa Matczaka.
Konieczność wprowadzenia do zespołu pozyskanego raptem kilka dni wcześniej Dwighta Wilsona…
W czwartkowym meczu ze Startem koszykarze Zastalu mieli na czym się potknąć. I byli naprawdę blisko efektownej i potencjalnie bardzo bolesnej sportowej wywrotki.
Ostatecznie jej uniknęli, chociaż na przełomie 2. i 3. kwarty zanotowali rzadko spotykaną serie 0:18. Przez ponad 6 minut nie potrafili zdobyć punktu. Żadnego.
20-letni wybawiciel
Zastal miał jednak w składzie Jakuba Szumerta, który w tym meczu sam zdobył punktów 27, wyrównując tym samym rekord kariery na parkietach Orlen Basket Ligi. Dość świeży, bo ustanowiony w lutowym meczu z Arką Gdynia.
Wyczyn młodego reprezentanta Polski zasługuje na tym duże uznanie. Dokonał tego w bardzo „niskopunktowym” meczu, w którym miał naprawdę niewiele okazji do efektownych akcji.
Szumert był niebywale efektywny – trafił 8 z 9 rzutów za 2 punkty, 1 z 5 „trójek” i 8 z 10 rzutów wolnych. Te ostatnie dzięki wymuszeniu aż 8 przewinień. Mało tego – zebrał też 10 piłek. Miał też 3 asysty.
Najważniejsze było jednak to, że zdobył 8 ostatnich punktów zespołu. To one dały Zastalowi ciężko wywalczone zwycięstwo 76:73, poprawę ligowego bilansu na 12-11 i przedłużenie szans na walkę o awans do Top6 po rundzie zasadniczej.
Przez obronę do serca
Jaka jest niemal zawsze najkrótsza droga dla młodego zawodnika do zdobycia serca szkoleniowca? Ameryki nie odkryjemy – korzystna postawa w defensywie. W piątkowym meczu ze Startem duży krok w tym kierunku uczynił… Nie, ile o Szumercie można?
Miłosz Majewski!
– Był na pewno jednym z naszych bohaterów. W obronie dobrze sobie radził przeciwko Jordanowi Wrightowi i Liamowi O’Reilly’emu, czym potwierdził, że jest to ten element gry, do którego ma predyspozycje – chwalił po meczu swojego 19-letniego zawodnika Arkadiusz Miłoszewski.
Majewski spędził na boisku tylko nieco ponad 6 minut, nie zdobył w tym czasie żadnego punktu, ale to właśnie on w decydujących akcjach bronił najlepszych strzelców lubelskiej drużyny.
Co ciekawe, szkoleniowiec gospodarzy w ostatnich minutach 4. kwarty korzystał z Majewskiego na zasadzie obrona-atak. Najmłodszy gracz Zastalu pojawiał się na parkiecie, gdy zielonogórzanie musieli bronić akcje rywali. Schodził z niego, gdy sami zaczynali od gry w ataku – wtedy zastępował go Marcin Woroniecki, który w całym spotkaniu zdobył 10 punktów.
Wilson III to Konate 2.0
Meczem przeciwko Startowi w zespole Zastalu zadebiutował Dwight Wilson III, który w rotacji centrów ma zastąpić kontuzjowanego podczas turnieju finałowgo o Pucharu Polski Malijczyka Sagabę Konate. Nie powinno być zatem niespodzianką, że przynajmniej fizycznie obaj prezentują się bardzo podobnie. To niscy środkowi (202-203 cm), którzy braki w centymetrach nadrabiają siłą fizyczną.
Co można napisać o występie gracza, który przechwycony z izraelskich parkietów dołączył do zespołu zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej?
Wilson nie wydaje się zawodnikiem, który grał będzie nad obręczą. W przeciwieństwie do Konate nie należy się po nim też spodziewać prób rzutów z dystansu. Wiem za to, że chętnie roluje do kosza. Z chwytem piłki i wykończeniem akcji w okolicach obręczy także nie powinien mieć problemów.
W czwartkowym meczu zdobył 7 punktów, trafiając 3 z 5 rzutów z gry.
Jak wyglądały te dwa nieudane rzuty? Mniej więcej tak.
Wilson zaczął więc przygodę w PLK bliżniaczo podobnie do Konate. Pamiętacie, jak w debiucie Malijczyka na polskich parkietach równie sympatycznie co Wilsona Bryan Griffin, Konate przywitał Szymon Zapała?.
Bezczelność poszukiwana
– Nie szedł nam w ogóle ten mecz. Widać, że mamy mentalno-fizyczny kryzys, taki sam, jak na początku sezonu. Boimy się podejmować decyzje, robimy to zbyt wolno. Nie jesteśmy wystarczająco bezczelni, a w koszykówce trzeba takim być – mimo zwycięstwa trener Miłoszewski zdaje sobie sprawę z tego, że w grze jego zespołu niedostatków było wiele.
Jak wyglądały one w praktyce? Pokazuje to choćby poniższa akcja.
Niezdecydowanie w indywidualnej akcji Conleya Garrisona spowodowało wrzucenie na minę Woronieckiego. Cała sekwencja zakończyła się blokiem w wykonaniu mocnego kandydata w wyborach na najmniej atletyczngo obwodowego koszykarza PLK, czyli Connera Frankampa.
Auć.
Wspomiany Garrison, a szczególnie Andrzej Mazurczak wypadli lepiej niż ostatnio w Warszawie, ale łączne 16 punktów i 14 asyst zdobytych w trakcie ponad 69 minut spędzonych na parkiecie to wciąż nie jest ten poziom, którego się po nich w Zielonej Górze oczekuje.
W przypadku Mazurczaka imponuje brak strat przy 9 asystach. Ale przez to jeszcze trudniej uwierzyć jakim cudem przy tak dobrym poszanowaniu piłki przez lidera Zastalu zespół z nim na parkiecie był w czwartek gorszy od rywali aż o 7 punktów.
Znacznie łatwiej w to uwierzyć w to, że w ciągu niespełna 17 minut gospodarze byli gorsi aż o 16 punktów, gdy rolę centra pełnił Phil Fayne. Kolejny raz w tym sezonie był zupełnie nieprzydatny. Niespecjalnie zatem dziwiła decyzja trenera Miłoszewskiego o przejściu w 4. kwarcie na obronę typu switch, w której jedynym nominalnym podkoszowym był ZNAKOMITY Jakub Szumert, który błotnej koszykówce się nie kłaniał.