Wrocławianie mimo porażki pozostawili po sobie we Włocławku całkiem niezłe wrażenie. Widać, że w tej drużynie zebrano sporo sportowego talentu. Bardzo ciekawie prezentuje się choćby Kenan Blackshear, który do 10 punktów (5/6 z gry) dołożył 7 asyst i jedną z najefektowniejszych akcji meczu. Coś w tym zawodniku jest, nie tylko pełen koszykarskiej elegancji sposób przemieszczania się z piłką po boisku.
Angel Nunez (13 punktów, 4 zbiórki) w swoim drugim sezonie w Śląsku ewidentnie czuje się w drużynie pewniej i bierze na siebie większą odpowiedzialność. Ajdin Penava szykując się do swojego drugiego sezonu w PLK wygląda na gotowego do gry i solidnego aż do bólu – w niedzielę trafił 7/10 z gry. Piłka go szukała. Dołożył też po 7 zbiórek i wymuszonych fauli. Skuteczność rzutów wolnych? 7/9. Razem 22 punkty i przeświadczenie, że 27-letni Bośniak w rozpoczynającym się sezonie powinien miewać podobne mecze stosunkowo regularnie.
Dlaczego więc, skoro było tak dobrze, to skończyło się dla Śląska tak źle? Abstrahując od braku Reggiego Lyncha, który pojechał na wesele do USA i takiego występu Adriana Boguckiego (4 punkty, 4 faule i 3 straty w 12 minut) o którym sam Adrian Bogucki chciałby jak najszybciej zapomnieć – wrocławianie wciąż nie przypominają drużyny złożonej z koszykarzy o zdefiniowanych rolach.
Niespełna tydzień przed półfinałem turnieju o Superpuchar Polski w Radomiu wciąż tak naprawdę nie wiadomo kto jest rozgrywającym Śląska oraz jego liderem. Jeremy Senglin (7 punktów, 5 asyst) na pozycji nr 1 się raczej męczy, to bardziej rasowy strzelec. Akcje z piłką w ręku w kierunku kosza nie są chyba zbyt mocno zakodowane w jego koszykarskim DNA, ale Miodrag Rajković ewidentnie postawił sobie za punkt honoru, by je wydobyć. To może być dopiero początek dłuższego procesu. Trochę podobnie sprawa się ma z Isaiahem Whiteheadem (8 punktów, po 4 zbiórki i straty oraz 3 asysty), który wciąż nie jest pod kątem fizycznym gotowy do gry na najwyższym poziomie. Ale przynajmniej miewa przebłyski!
Z tego co słychać z okolic szatni Śląska sztab szkoleniowcy drużyny zachowuje stoicki spokój, licząc na to, że lider drużyny w trakcie sezonu wykreuje się sam. Póki co najlepiej i najrówniej prezentującym się graczem obwodowym wrocławian jest Marcel Ponitka, choć akurat w niedzielę doznał urazu i grał krócej (4 punkty, po 3 zbiórki i asysty w 17 minut). Jak to świadczy o suficie tej drużyny Śląska? Pewnie pokaże już niedaleka przyszłość.
W sobotnim półfinale turnieju o Superpuchar Polski z Legią Śląsk powinen być jednak faworytem.
Anwil? Już sam fakt, że wygrał mecz bez połowy swojego zaciągu zagranicznego – w niedzielę nie wystąpili oszczędzani DJ Funderburk, Emmanuel Akot i Ryan Taylor – dobrze świadczy o zespole prowadzonym przez Selcuka Ernaka. Pamiętacie, gdy w lipcu – informując o podpisaniu przez reprezentanta Polski lukratywnej umowy we Włocławku – sugerowaliśmy, że „to jest nagle Anwil Michała Michalaka„? Być może w trakcie sezonu w tym zespole też wykreują się inni liderzy, ale w niedzielę dokładnie tak to wyglądało – zwycięstwo odniósł zespół Michała Michalaka. 26 punktów (9/16 z gry), 6 zbiórek i 5 asyst nowego lidera krajowej rotacji mówi wszystko.
Anwil znów przegrał walkę o zbiórki (30:39), ale i tak na przełomie trzeciej i czwartej kwarty naciskając w obronie dość stanowczo przejął mecz i nie doczekaliśmy się emocji związanych z wynikiem końcowym. Po 13 punktów dla Anwilu zdobyli Luke Nelson (3/6 z gry, 4 asysty) i Justin Turner (5/11 z gry). Włocławianom nie przeszkodził nawet fakt, że duet Nick Ongenda – Luke Petrasek trafił tylko 4 z 12 rzutów z gry.