Mecz rozpoczynający sezon 2024/25 Orlen Basket Ligi nie należał do najpiękniejszych, a gdyby po jego zakończeniu zdanie na temat wydarzeń, które miały miejsce na parkiecie wyrabiać sobie jedynie na podstawie opinii trenera wicemistrzów Polski – należałoby dojść do wniosku, że King poniósł sromotną klęskę.
Tymczasem do właśnie szczecinianie po raz drugi w ciągu tygodnia ograli mistrza Polski.
– Nie mogliśmy w tym meczu kompletnie złapać rytmu, nie wiem dlaczego. Jeśli tę sprawę rozwikłam, w przyszłości w trakcie podobnych będę lepiej reagował. Jedynie na początku trzeciej kwarty coś w naszej grze drgnęło. Szukamy jeszcze swojego rytmu. Naszą drużynę tworzą fajne chłopaki, ale dobrego rytmu gry jeszcze nie znaleźliśmy – narzekał Arkadiusz Miłoszewski.
King prowadził przez zdecydowaną większość meczu, podobnie jak tydzień temu podczas wygranego z Treflem 92:68 sparingu w Sopocie. Wicemistrzowie Polski dominowali nad mistrzem fizycznie. Szczecinianie atakowali rywali i wymusili aż 43 rzuty wolne (Trefl jedynie 12). Ich najlepszymi strzelcami byli Andrzej Mazurczak i Teyvon Myers (obaj po 14 punktów).
– Wiem, że nie był to już mecz przedsezonowy i nie traktowaliśmy go jako mecz przedsezonowy, ale tak naprawdę – wyglądał dokładnie tak, jakby był… przedsezonowy – komentował trener Trefla Żan Tabak. – Fizycznie, taktycznie i mentalnie nie wyglądaliśmy na zespół gotowy do sezonu. To nawet nic dziwnego. Rozpoczynam już szósty sezon w Polsce, zazwyczaj właśnie tak to wygląda. Jestem zadowolony tylko z tego, że zespół pokazał charakter i w drugiej części meczu odrobił straty, wracając do walki o zwycięstwo – dodawał.
Jego zespół w 25 minucie meczu przegrywał z Kingiem aż 33:52, lecz później – napędzany przez akcje Jakuba Schenka (11 punktów i 10 asyst) i Tarika Phillipa (9 punktów i 6 wymuszonych fauli) – w czwartej kwarcie w pewnym momencie tracił do rywali już jedynie punkt. Trefl wciąż nie mógł skorzystać z lekko kontuzjowanego (naciągnięty mięsień) Andy’ego Van Vlieta, a tym razem ponad 18 minut spędził na parkiecie Bartosz Jankowski, który cały środowy meczu Eurocup z rathiopharm Ulm spędził na ławce. Nie trafił pierwszych czterech rzutów za 3. Po raz piąty spudłował w samej końcówce, gdy Trefl przy stanie 73:78 miał jeszcze szansę obrócić losy meczu.
Sam fakt, że Jankowski w tym momencie meczu przebywał na parkiecie może sugerować, że trener Tabak nie robił w sobotę jednak wszystkiego, by za wszelką cenę wygrać. Najlepszym zawodnikiem mistrzów Polski był Jarosław Zyskowski. Reprezentant Polski nie pomylił się przy żadnym z sześciu rzutów z dystansu. Mecz zakończył z dorobkiem 26 punktów (9/15 z gry).
– Nie jest tak, że nasza defensywa nie była pod względem planu taktycznego gotowa na akcje Zyskowskiego. Po prostu źle reagowaliśmy. Jest to o tyle śmieszne, że podobną akcję, po której „Zyzio” trafił kilka razy, sami szlifujemy podczas treningów swojego ataku, lecz dziś nie potrafiliśmy jej zatrzymać – rozkładał bezradnie ręce Miłoszewski. – Jedyne z czego się cieszę w tym meczu to 43 wywalczone rzuty wolne. One świadczą o dużej agresji w naszej grze. Mam jednak nadzieję, że w niedzielę wypadniemy lepiej – dodawał.
Niedzielny finał Superpucharu Polski rozpocznie się w Radomiu w niedzielę o godz. 17.30. Broniący trofeum King zagra w nim ze zwycięzcą drugiego półfinału (Legia – Śląsk).