Strona główna » PLK zza kulis. Urodzinowa pocztówka z Trójmiasta: Duma Cesnauskisa, zniesmaczenie Rannuli i bezlitosny Trefl Larkasa
PLK

PLK zza kulis. Urodzinowa pocztówka z Trójmiasta: Duma Cesnauskisa, zniesmaczenie Rannuli i bezlitosny Trefl Larkasa

0 komentarzy
Czy można spędzić urodziny z Orlen Basket Ligą? Jak najbardziej, szczególnie gdy tuż po świętach liga robi prezent w postaci ligowego double-headera w Trójmieście. Emocji w meczach może zabrakło, ale wrażeń i ciekawostek na pewno nie.

– Przepraszam, ale ostatecznie nie jadę do Trójmiasta, zatem proszę sobie poszukać innego dojazdu – napisał mi w niedzielę o 7:13 kierowca z Blablacar.pl, gdy o 7:15 zgodnie z ustaleniami miał przechwycić mnie w Legionowie.

Pięknie się zaczęły moje urodziny, które postanowiłem spędzić z najlepszą koszykarską ligą świata.

I trójmiejskimi znajomymi. Również najlepszymi.

Ostatecznie, zawierzyłem punktualności pociągów PKP. A gdy zgodnie z planem wysiadłem w Gdyni o 12:35, to dzięki logistycznej pomocy Aleksandry Samborskiej, jeszcze w trakcie pierwszej kwarty zdołałem pojawić się w hali.

Co zastałem na miejscu?

Bardzo fajną frekwencję, przyznam, że wypełniona w dużej części hala w Gdyni ucieszyła moje kibicowskie serce.

Jarosław Zyskowski też już na miejscu był i przegapiłem jego szybkie 10 punktów.

Trener Heiko Rannula także był aktywny i w typowym dla siebie stylu szybko wykorzystał oba time-outy.

Drugi z nich po tym oto wsadzie Jakuba Garbacza, już drugim w jego wykonaniu tego dnia.

Nie zauważono za to DRUŻYNY Legii Warszawa. Tak, jak kilka godzin później w Ergo Arenie, nie było Czarnych Słupsk.

Końcowy efekt? Druzgocące zwycięstwa gospodarzy, łącznie różnicą 69 punktów – Arka Gdynia pokonała Legię 106:73, a Trefl Sopot wygrał z Czarnymi 97:61.

Ouch.

Pudrowanie noska

W przypadku Czarnych Słupsk wiadomo było, że nie jest lekko, a w meczu z wypoczętym Treflem może być jeszcze ciężej – sześć ligowych porażek z rzędu nie wzięło się przecież z niczego.

Nadzieje można było za to mieć w przypadku Legii Warszawa. To przecież Mistrz Polski, mimo kontuzji wciąż z bardzo wartościowymi graczami i przyzwoitą rotacją w dyspozycji trenera Rannuli.

Niestety na miejscu okazało się, że niedawne – nie tak też znowu przecież przekonujące – wygrane z GTK Gliwice i Miastem Szkła Krosno tylko zamazały wciąż słaby obraz warszawskiej drużyny.

Coś niczym pudrowanie nosa, którego efekty zostały wymazane przy pierwszych przeciwnościach losu.

Na konferencji prasowej zapytałem się estońskiego szkoleniowca, czy były jakieś konkretne przyczyny tego, że ten mecz wyglądał tak, a nie inaczej.

Co mi się od razu przypomniało? Pomeczowa wypowiedź po nieszczęsnej przegranej z Heidelbergiem w Lidze Mistrzów, w której Heiko Rannula najbardziej narzekał na słabą egzekucję w ataku.

Teraz? Problemy były głównie po stronie defensywnej, co ogólnie uważam za gorszy i trudniejszy do wyleczenia symptom.

Ja najbardziej zapamiętałem tę akurat akcję. Trzecią kwartę obserwowałem stojąc w pobliżu ławki Legii i proszę mi wierzyć, że szkoleniowiec gości był po tej całej sekwencji zasłon i wynikającym z tego trafieniu Jarosława Zyskowskiego zniesmaczony. Załamany. Zdegustowany.

Potem jeszcze Legia przez kilka minut utrzymywała dystans do gospodarzy na granicy około 11-13 punktów, ale w końcówce trzeciej kwarty pękła. I wtedy z wyniku 69-57, na koniec zrobiło się aż 106:73.

Duma trenera

Na totalnie przeciwnym biegunie znalazł się po meczu za to trener Mantas Cesnauskis.

ROZPROMIENIONY trener Mantas Cesnauskis, który zaskoczył mnie użyciem słowa „duma”, gdy zapytałem go nie tylko o wygraną jego zespołu, ale niesamowite 29 asyst przy zaledwie 5 popełnionych stratach.

Jego zespół wygrał już przecież po raz dziesiąty w lidze. Co to oznacza? To nie tylko utrzymanie pozycji lidera i zapewniony wyjazd na lutowy Puchar Polski.

To przede wszystkim poprawienie bilansu z całego ubiegłego sezonu, gdy Arka cudem utrzymała się w Orlen Basket Lidze, a w całych rozgrywkach wygrała tylko 9 spotkań.

Jak to się stało?

W wielkim skrócie – spotkało się w jednym miejscu sporo ludzi wciąż z dużymi umiejętnościami, ale też czymś do udowodnienia.

Przyspawany przez Żana Tabaka do sopockiej ławki Jarosław Zyskowski.

Kamil Łączyński, który chciał pokazać, że wciąż dużo może w wieku 36 lat, a w nowym otoczeniu poradzi sobie tak dobrze, jak to przez lata czynił we Włocławku.

Jakub Garbacz zamieszany w nieudany miniony sezon Arki.

No i trener Mantas Cesnauskis, zwolniony w jego trakcie z Czarnych Słupsk i obarczony znakiem zapytania, czy da radę zafunkcjonować w nowym środowisku.

Do końca sezonu wciąż oczywiście daleko i osobiście wciąż nie jestem przekonany, czy Arka byłaby moim faworytem w większości możliwych serii ćwierćfinałowych.

Gdyńscy kibice mają jednak wszelakie prawo do radości. A ja mogę się cieszyć, że na meczach Arki pojawia się ich coraz więcej.

Zastępczy pojedynek

Mówisz Arka – Legia, myślisz Kamil Łączyński kontra Andrzej Pluta, prawda? Niestety w Gdyni rozgrywający Legii nie był godnym rywalem dla swojego bardziej utytułowanego kolegi z reprezentacji. Pluta trafił tylko 1 z 9 rzutów z gry, miał problemy z wykreowaniem przewag i ogólnie wyglądał tak, jak cały zespół gości.

Czyli słabo.

Uwagę kibiców mógł za to przyciągnąć pojedynek ich potencjalnych następców. 18-letni Błażej Czapla zanotował w bieżącym sezonie już kilka udanych wejść w Orlen Basket Lidze, a jeżdżąc po Polsce łatwo usłyszeć dobre opinie na jego temat od trenerów, którzy kojarzą go z rozgrywek młodzieżowych.

Z kolei o rok starszy Filip Kowalczyk do tej pory jeszcze nie pokazał w ekstraklasie nic, co wskazywałoby na drzemiący w nim duży talent. Chociaż szans też miał na to bardzo niewiele.

Niedzielny mecz potoczył się jednak w ten sposób, że obaj pojawili się na parkiecie w większych rolach – głównie po to, by rywalizować przeciwko sobie, ale były też momenty, że obaj trenerzy starali się ich atakować bardziej doświadczonymi zawodnikami.

Tak, jak w całym spotkaniu, także tutaj lepiej wypadł gracz Arki. Przede wszystkim Kowalczyk bardzo dobrze korzystał ze swojego przygotowania fizycznego, gdyż pod tym względem wygląda ponadprzeciętnie, gdy popatrzymy na początkującego polskiego ligowca poniżej 20. roku życia.

Agresywnie bronił, mocno walczył na deskach, a wisienką na torcie była trafiona otwarta trójka. Nic dziwnego, że także on po spotkaniu zasłużył na kilka słów pochwały od swojego trenera.

Co do Błażeja Czapli, to wiadomo, że nie od niego powinno się oczekiwać odwrócenia losów spotkania. Mimo wszystko, skoro chwaliłem go za podejmowane decyzje na trudnym terenie w Wałbrzychu, to tym razem pokręcę nosem. Trochę mi w niektórych momentach zabrakło zmysłu i sprytu, który powinien mieć klasowy rozgrywający.

Na przykład wtedy, gdy w akcji 1 na 1 z trzeciej kwarty próbował ograć Kresimira Ljubicicia, gdy ten skasował jego próbę potężnym blokiem. Nie było w tej akcji ani zmiany tempa, ani też próby zachwiania chorwackim Misiem, Nic zatem dziwnego, że nie przyniosła ona powodzenia.

Trener chce prezentu

Czy tak zadowolony trener Mantas Cesnauskis jest pozbawiony zmartwień? Niestety nie, a powodem jest oczywiście kontuzja obojczyka Einarasa Tubutisa, która wyłączy go z gry na najbliższe sześć tygodni – realnie można założyć, że Litwin będzie gotowy do gry w pierwszej marcowej kolejce, po lutowym Pucharze Polski i przerwie na reprezentację.

Co dalej? To, że Legia nie wykorzystała potencjalnych słabości i ograniczeń kwartetu Ljubicić-Hrycaniuk-Zyskowski-Garbacz – tak na dzisiaj wygląda podkoszowa rotacja Arki, w której Jakub Garbacza jest alternatywą na pozycji silnego skrzydłowego – to nie znaczy, że nie uda się tego zrobić kolejnym rywalom gdynian.

Zdaje sobie z tego sprawę ich szkoleniowiec.

Sprawa nie jest jednak taka prosta. Nawet, jeżeli gracze na rynku są, albo na nim się pojawią – choćby kibice Śląska Wrocław juź na portalu „X” zadeklarowali chęć przywiezienia na własny koszt do Gdyni Ajdina Penavy lub Jareda Colemana-Jonesa, to Arka nie tylko musi wykupić szóstą licencję dla zawodnika zagranicznego – to koszt 15 tysięcy złotych, ale również wpłacić 100 tysięcy złotych za możliwość gry sześcioma obcokrajowcami.

Czy to się zatem opłaca? I czy w ogóle będą na to pieniądze? Znakomita postawa tegorocznego zespołu na pewno cieszy, ale też w pewien sposób maskuje błędy minionych miesięcy. Mam tu na myśli nie tylko duże wydatki z sezonu 2024/25 na pensje, transfery i licencje, ale także zaniedbanie związane z kontraktem Daniela Szymkiewicza.

Ten 31-letni obwodowy latem 2024 roku – czyli w ostatnim momencie eldorado polskich zawodników – podpisał 2-letnią umowę z Arką Gdynia, której drugi rok klub mógł minionego lata wypowiedzieć. Tego jednak nie uczynił, a niegospodarność zwykle kosztuje – w jej efekcie Szymkiewicz pobiera niemałe pieniądze znajdując się poza zespołem, a o wolne środki na transfery jest trudniej, niż mogłoby być przy lepszym zabezpieczeniu klubowych interesów.

Prezes Bartłomiej Wołoszyn był zatem bardzo ostrożny, gdy jeszcze podczas trwającego meczu z Legią zapytałem się go o wolne środki w klubowej sakiewce. Przyznał jednak, że już od momentu podania przez klub informacji o urazie Tubutisa, zaczęli atakować go agenci z różnymi ofertami.

Jest też pytanie, czy trener Cesnauskis sobie pomógł bijąc tak bezlitośnie aktualnego mistrza Polski.

Która wersja będzie aktualna?

– Mantas, po co ci nowy gracz? Przecież właśnie zrobiłeś kotlety schabowe z Legii. Dasz sobie radę i w kolejnych meczach – to pierwsza wersja.

– Mantas, chłopie – zasłużyłeś. Wybierz sobie przy kawie nowego zawodnika – to druga.

Która ma większe szanse powodzenia?

Nie ma lipy

Mam nadzieję, że Robert „Hardkorowy Koksu” Burneika nie obrazi się za użycie jego sztandarowego powiedzenia. Przyszło mi ono jednak na myśl, gdy obserwowałem końcówkę meczu Trefla Sopot z Czarnymi Słupsk i wciąż miałem w pamięci zakończony kilka godzin wcześniej mecz w Gdyni.

W obu tych spotkaniach gospodarze do końca gnębili podłamanych już rozmiarami porażki gości, a przewaga wciąż rosła i rosła…

Tak mocne ciśnięcie rywali nie jest na parkietach Orlen Basket Ligi regułą, pamiętam choćby mecz Śląska Wrocław z Legią Warszawa, gdy ostatnie pięć minut spotkania gospodarze przegrali 1:15, przez co ostatecznie wygrali różnicą „tylko” 14 punktów.

Zapewniam, że Ainars Bagatskis z tamtej końcówki nie był zadowolony.

Postanowiłem się zatem zapytać trenera Mikko Larkasa o to, jak bardzo zadowolony jest z profesjonalizmu swoich zawodników pokazanego do czasu rozbrzmienia syreny oznaczającej koniec spotkania.

Wspomiana przez szkoleniowca Trefla widownia była w niedzielę rzeczywiście liczna i podobnie jak w Gdyni, także drugą część trójmiejskiego double-headera oglądało się z przyjemnością.

Obecni na mecz za ławką swojego zespołu fani ze Słupska powody do zadowolenia mieli tylko w pierwszych trzech-czterech minutach, za to im dłużej trwało spotkanie, tym częściej na oklaski zasługiwali koszykarze gospodarzy.

Największe zebrała chyba akcja „podaj i idź” w szybkim ataku duetu Kasper SuurorgJakub Schenk.

O problemach zwycięskiego trenera Cesnauskisa już pisałem. A jakie może mieć szkoleniowiec Trefla?

Zbliżający się noworoczny wyjazd do Ostrowa Wielkopolskiego nie należy do najprostszych w organizacji, zarówno pod względem logistycznym, jak i prowadzeniu drużyny od strony sportowej.

O tym będzie jednak jeszcze okazja napisać…