W ostatnich 24 godzinach zauważyłem w mediach społecznościowych wiele wpisów kibiców Górnika Wałbrzych zirytowanych określaniem stylu gry ich zespołu jako „brzydkim” i „błotnym”.
Na pierwszy rzut oka – rzeczywiście, nie brzmi to najfajniej. Z faktami ciężko jednak dyskutować. Procentowo Górnik wykonuje najwięcej w PLK rzutów wolnych, za to w celności rzutów za 3 skuteczność drugą – z tych najgorszych. Efekt? Trzeci obecnie zespół w tabeli dysponuje zaledwie trzynastym atakiem w lidze (104.6 oRTG). W defensywie jest oczywiście nieporównywalnie lepiej – druga pozycja (103.2 dRTG).
Muszę się jednocześnie przyznać do swojego zdziwienia. Po sprawdzeniu okazało się, że pod względem tempa gry wałbrzyszanie plasują się w połowie ligowej stawki. Wizualnie, oglądając ich mecze, spodziewałem ujrzeć ich w tej klasyfikacji znacznie niżej.
Prawdą jest natomiast niezbitą to, że w swojej koszykarskiej brzydocie Górnik pozostaje absolutnie piękny. Trener Andrzej Adamek bardzo skutecznie godzi dopasowane pod przeciwników pomysły taktyczne z umiejętnością przekonania swoich graczy do ciężkiej pracy.
Przez 40 minut.
Po obu stronach parkietu.
Nic zatem dziwnego, że wałbrzyszanie odnieśli w Szczecinie już szóste zwycięstwo w sezonie. Wygranie w Netto Arenie drugiej, trzeciej oraz czwartej kwarty w łącznym stosunku 70:40 to niesamowity sukces Górnika Zamek Książ!
Ta drużyna ma swój wyrazisty styl, którym wyróżniają się na tle ligowej szarzyzny.
Jestem niemal pewien, że nie tylko ja będę myślał o Górniku w trakcie przedświątecznych przygotowań – na przykład przygotowując pasztet. Taki koszykarski ze szczecinian zrobili w niedzielę koszykarze z Wałbrzycha.
Głowa pracuje, Wyka haruje!
Jeszcze o meczu w Szczecinie!
Kamery Polsatu kilkukrotnie w jego trakcie pokazywały na zbliżeniach stojącego za linią boczną szkoleniowca Górnika, a ten każdorazowo wyglądał tak, jakby właśnie bardzo intensywnie nad czymś myślał. W sumie – za to płaci się trenerom. W Szczecinie pomysły szkoleniowca Górnika – jak to często w ostatnich miesiącach bywa – sprawdziły się bardzo dobrze.
Udało mi się o nich z trenerem Adamkiem chwilę porozmawiać, gdy tuż przed triumfalnym wjazdem ze Szczecina do Wałbrzycha oderwałem go telefonicznie od świętowania wygranej w autokarze.
Rozmawialiśmy choćby o wspólnej grze duetu Barret Benson – Dariusz Wyka, który w ciągu 11 minut był aż „plus 16” – o czym napisał na „X” Adrian Mroczek-Truskowski, jeden z asystentów głównego szkoleniowca.
Duet środkowych Górnika najpierw bronił każdy swego. Wykorzystywał fakt, że dla Amerykanina całkiem korzystnym match-upem byli Tomasz Gielo lub Mateusz Kostrzewski. Za to w drugiej połowie obaj byli częścią obrony strefowej wałbrzyszan, na którą po spotkaniu „skarżył się” trener Kinga Maciej Majcherek.
Trener Adamek zwrócił mi przy okazji uwagę na to, że choć Dariusz Wyka jest lepszy w chronieniu obręczy, to jednocześnie także lepiej pracuje na nogach i ma większy zasięg ramion od Barreta Bensona. Właśnie dlatego to kapitan Górnika w obronie strefowej bronił na skrzydle, skutecznie utrudniając życie zawodnikowi próbującemu oddać rzut z narożnika.
Szkoleniowca wałbrzyszan spytałem się też dlaczego to Elijah Pemberton a nie Avery Anderson pożegna się z zespołem Górnika, chociaż to ten pierwszy z Amerykanów spędzał na parkiecie średnio o 10 minut więcej.
– Nie chcemy ryzykować i zostać tylko z Lovellem Cabillem i Ike’em Smithem w roli podstawowych ballhandlerów – usłyszałem.
Dziki zadeptały Lublin
13 listopada oglądałem w hali Koło mecz, w którym Dziki przegrały z Kingiem Szczecin 85:96. Wychodząc z hali po tamtym spotkaniu nie miałem wątpliwości, że warszawski zespół był zespołem gorszym, a po jego zakończeniu zastanawiałem się nad małą elastycznością w grze drużyny trenera Marco Legovicha.
Tamten mecz przypominał mi bitwę dwóch armii, w których jedna była mniej liczna i miała gorsze uzbrojenie, a mimo tego zdecydowała się toczyć walkę na otwartej przestrzeni, zamiast poszukać możliwości walki partyzanckiej. W warunkach koszykarskich oznaczałoby to na przykład zmuszenie szczecinian do oddawania większej liczby rzutów z dystansu, albo przetestowanie ich umiejętności gry przeciwko obronie strefowej.
Czyli coś, co kilka tygodni później udało się wykorzystać Górnikowi Wałbrzych.
Dziki chciały jednak wygrać tamto spotkanie na swoich warunkach, na co realnie miały niewielkie szanse.
Być może jednak takie podejście włoskiego szkoleniowca długoterminowo będzie procentować? To najkrótsza droga do zbudowania wiary w długoterminowy plan i określoną tożsamość drużyny wśród zawodników. Widzę coraz mniej przypadku w tym, że warszawski zespół wygrał cztery z ostatnich pięciu meczów ligowych. W stolicy coraz mniej osób pamięta już o bilansie 1-3 z początku sezonu. Powoli w zapomnienie odchodzi nawet – wciąż wstydliwa! – porażka w Gliwicach.
Przy narastających problemach lubelskiej drużyny, wygrana w hali Globus przyszła w niedzielę Dzikom zaskakująco łatwo. 101 zdobytych punktów, ośmiu zawodników z dwucyfrowym dorobkiem i 25 zbiórek w ataku.
Odnoszę wrażenie, że to było jednak coś więcej, niż tylko wykorzystanie słabości rywala.
Toruński poker
Powyższa pokerowa myśl chodziła mi po głowie, gdy obserwowałem niedzielnie spotkanie we Wrocławiu. Za sprawą trenera Srdjana Suboticia zespół Twardych Pierników ma fajny system gry i siedmiu-ośmiu graczy w rotacji, którzy zasługują na grę w Orlen Basket Lidze.
Niedawne dodanie do zespołu Taylera Personsa pokazało, że chorwacki szkoleniowiec chce wygrywać mecze, udoskonalając silną stronę drużyny, niż za wszelką cenę poprawić tę słabszą. Toruński zespół to szósta ofensywa (114,9 oRTG) i dopiero czternasta defensywa (116,7 dRTG) Orlen Basket Ligi. Pozyskanie amerykańskiego rozgrywającego w miejsce Mihy Lapornika zrobiło z Pierników jeszcze niższy i słabszy fizycznie oraz gorzej broniący zespół. Nie ma w nim nawet pół zawodnika, który fizycznie mógłby postawić się klasowym rywalom z pozycji 2-3.
To w niedzielę wykorzystywał choćby tradycyjnie znakomity Noah Kirkwood (18 pkt/6as), który w kilku akcjach brutalnie przećwiczył w grze tyłem do kosza Arika Smitha.
Może jednak w tym szaleństwie będzie metoda? Persons naprawdę znakomicie rozwiązuje sytuacje gry z wysokim, co zwiększa niemałe możliwości ofensywne. W niedzielę do przerwy torunianie prowadzili przecież różnicą ośmiu punktów (49:41). Poziom gry, który pokazali we Wrocławiu na słabszych rywali niż ekipa trenera Ainarska Bagatskisa może w PLK dość często okazywać się wystarczający.
Wrocławskie zestawienie śmierci
Łotewski szkoleniowiec Śląska Wrocław ma w rękawie asa, z którego tym razem skorzystał w drugiej połowie. To możliwość gry wysokim i mocnym fizycznie składem, który zamienia krycie na pozycjach 1-5 i destabilizuje tym samym ofensywę rywali.
Tak było choćby w dwóch poniższych akcjach, gdzie w roli głównej wystąpił – któż by inny – oczywiście Noah Kirkwood. Kanadyjczyk w ciągu kilku sekund przeistoczył się z zawodnika walczącego pod koszem z Damianem Kuligiem w napędzającego kontratak rozgrywającego.
Jak widać na powyższym klipie, świetnie w takiej grze czuje się Angel Nunez, a niedawny transfer tego zawodnika jeszcze bardziej zwiększył możliwości trenera Bagatskisa do takiej właśnie defensywy. Reprezentant Dominikany jak na gracza z pozycji 3-4 ma bowiem nadprzeciętny ballhandling i z nim na parkiecie Śląsk może grać tylko z jednym rozgrywającym, któremu na pozycji rzucającego towarzyszą Jakub Nizioł lub Błażej Kulikowski.
To akurat dwaj koszykarze zawsze ciężko pracujący w defensywie i jednocześnie dysponujący na tyle dobrym rzutem z dystansu, że pomoc od ich strony obarczona jest sporym ryzykiem.
Bardzo dobrze w takiej koszykówce odnajduje się również Jakub Urbaniak, podobnie jak Nunez uwielbiający wykorzystywać swój atletyzm w wykańczaniu kontrataków.
Warto też zauważyć, że przy tego typu obronie praktycznie nigdy nie grają razem Kadre Gray i Stefan Djordjević. Na powyższym klipie widać akurat serbskiego środkowego, ale w poprzednich spotkaniach to kanadyjski obwodowy całkiem dobrze radził sobie, wychodząc przed wysokich rywali. Wykorzystując swój niski środek ciężkości, uniemożliwiał im swobodne zagranie piłki pod kosz.
Kolejnym ligowym szkoleniowcem, który będzie musiał przygotować się na fizyczność Śląska i jego zmienną defensywę będzie Roberts Stelmahers. Łotewski opiekun Czarnych Słupsk może zatem dopisać to do listy problemów do rozwiązania, na której po 32-punktowej porażce z Zastalem Zielona Góra znajduje się również mocno niewyraźna gra zespołu, a także niepewna sytuacja zdrowotna Jordena Duffy’ego i Michała Nowakowskiego.
Dwa słowa o transferach
We wspomnianym meczu z Zastalem w zespole Czarnych zadebiutował Eral Penn. Wbrew panice, którą można było zauważyć w komentarzach na „X” po ogłoszeniu transferu Amerykanina, to nie jest gracz z pozycji 3-4. Penn regularnie występuje na obu pozycjach podkoszowych, a widoczne braki w centymetrach nadrabia energią i niesamowitym atletyzmem. Okazjonalnie potrafi też przymierzyć z dystansu. Szczególnie z narożników.
Akurat po kibicach drużyny, w której centrem jest zawodnik rozmiarów Szymona Tomczaka spodziewałbym się większej elastyczności w krytycznych ocenach.
W piątek Penn, który maksymalnie odbył jeden trening z nowym zespołem, nie pokazał nic ciekawego (2 punkty i 3 faule w 14 minut), a z poziomu parkietu mógł sobie co najwyżej pomyśleć – „w co ja się tu wpakowałem„.
W zespole zielonogórskim nie zagrał jeszcze Chavaughn Lewis, który nie doczekał się listu czystości z Meksyku.
„Czy ja naprawdę jestem tu potrzebny?” – mógł się z kolei zastanawiać doświadczony Amerykanin, który z ławki rezerwowych aktywnie dopingował nowych kolegów klubowych.
Co ciekawe – 13 punktów zdobył w zespole gospodarzy Donovan Ivory, który w przerwie reprezentacyjnej przewijał się w ofertach agencyjnych rozsyłanych po klubach Orlen Basket Ligi jako „zawodnik do wzięcia”. Zapowiedź kolejnych zmian w Słupsku czy tyllko myślenie życzeniowe przesadnie ambitnego agenta?
Przekonamy się w najbliższych tygodniach.