O wyjeździe do Wałbrzycha napisałem w sobotę. O równie udanym powrocie przez Wrocław – z przystankiem na wizytę w Kosynierce, przecież grzechem byłoby nie skorzystać z zaproszenia Ainarsa Bagatskisa, by obejrzeć z bardzo-bardzo bliska trening prowadzonego przez Łotysza Śląska – planuję napisać we wtorek.
Wydarzenia poniedziałkowego meczu Śląska z Czarnymi Słupsk powinny być do tego idealnym pretekstem!
W niedzielę po powrocie do domu stanąłem przed wyzwaniem nadrobienia ligowych zaległości. Ten tekst czytasz świeżo po obejrzeniu sześciu meczów Orlen Basket Ligi w ciągu… niecałych 30 godzin.
Jeszcze ze mnie paruje.
Nie tylko wiedzą!
Warto było czekać na te piękne czasy
OK, wiem, że ten tytuł – tak na dzisiaj – może być jeszcze lekko przesadzony.
Kibiców z Zielonej Góry nie namawiam do wspólnego śpiewania z Janem Kaczmarkiem. Jeszcze nie. Ale mam świadomość, że po czasach, gdy długo irytowali się nieporadnym budowaniem nowego Zastalu w okresie letnio-jesiennym – warto zauważyć, że w końcu mają powody do optymizmu. Lekkiego, ale zawsze!
Ich zespół pokonał Stal Ostrów 98:84, odniósł drugie zwycięstwo z rzędu i ewidentnie ma ochotę na marsz w górę ligowej tabeli. Co nie mniej ważne – było to, moim zdaniem, najbardziej jakościowe z sobotnio-niedzielnych spotkań w PLK.
Na konferencji prasowej trener Arkadiusz Miłoszewski nie ukrywał, że o sobotnią wygraną byłoby trudno bez pomocy debiutującego w jego zespole Chavaughna Lewisa i jego 22 zdobytych punktów.
Były gracz Czarnych Słupsk w jednej z akcji nie trafił trzech z rzędu rzutów za trzy punkty, ale w ważnych momentach pokazał, że posiada niezwykle przydatną kombinację warunków fizycznych, panowania nad piłką oraz doświadczenia zmieszanego z wrodzonym, boiskowym sprytem. Dzięki temu potrafi przełamać słabość zespołu. Choćby wymuszeniem faulu i wykorzystaniem rzutów wolnych.
To kolejny z elementów – po grze z opaską na głowie – którym Lewis skojarzył mi się z Jimmy Butlerem, wieloletnią gwiazdą Miami Heat, obecnie występującym w Golden State Warriors.
11 punktów i 6 asyst dodał w zielonogórskim zespole Conley Garrison, który wystąpił w meczu na własną prośbę. Poprzednie dni spędził wspierając żonę w trakcie porodu syna. Amerykanin chciał jednak pomóc kolegom z zespołu i ostatecznie zagrał aż 32 minuty, choć trener Miłoszewski planował dla niego w sobotę dziesięć.
Sympatyczne obrazki!
Pojawienie się Lewisa sprawiło, że po raz pierwszy w bieżącym sezonie szkoleniowiec Zastalu nie był zmuszony do gry na trzech niskich obwodowych, w osobach Garrisona, Andrzeja Mazurczaka i Marcina Woronieckiego. Wybór ułatwia mu też coraz lepsza postawa Jayvona Maughmera.
Opcji w zielonogórskim zespole wyraźnie przybywa. Rozwija się też przecież także gra Patricka Cartiera. On nawet w momencie, gdy Jakub Szumert wskoczył na nieosiągalny dla niego poziom – przeciwko Stali zanotował 17 punktów i 9 zbiórek – pokazał, że może nie tylko godnie zastępować reprezentanta Polski, ale również z korzyścią dla zespołu grać z nim wspólnie na pozycjach 4-5.
Podziwiajmy ligowego Szumerta, póki jest
„To może być ostatni sezon Andrzeja Pluty na polskich parkietach” – napisałem w profilu Andrzeja Pluty jr w przedsezonowym wydawnictwie „SezON 2025/26”.
15 grudnia nadszedł czas, by spojrzeć prawdzie prosto w oczy – to może być również ostatni sezon w Orlen Basket Lidze Jakuba Szumerta.
Po tegorocznych mistrzostwach Europy do lat 20 jego nazwisko zaczęło poważnie krążyć wśród amerykańskich skautów w kontekście wyjazdu do NCAA. Ale, ale – kluby z najmocniejszych europejskich lig też nie śpią, nawet jeśli niemal na pewno nie będą w stanie konkurować z amerykańskimi uczelniami finansowo.
Trener Miłoszewski na konferencji prasowej zauważył, że Szumert staje się lepszy niemalże z dnia na dzień. W meczu przeciwko Stali nie zaprezentował akurat swoich akcji z piłką w stylu „coast to coast”, ale podkoszowy, który w czwartej kwarcie zarówno trafia z dystansu i broni obręczy? Przecież to w 2025 roku surowiec cenniejszy nawet od szalejących na giełdach światowych cenowo złota czy srebra.
Szkoda, że chwaląc nasz największy ligowy talent od długiego czasu, nie mogę się podeprzeć lepszym jakościowo materiałem filmowym. Niestety, Polsat technicznie uniemożliwia zgrywanie materiałów z ich feedu, a Zastal Zielona Góra wysyła do PLK obraz z kamery umieszczonej bardzo wysoko nad parkietem.
I to jeszcze bez głosu.
Ogląda się to zatem prawie tak smutno, jak niedzielny mecz z Włocławka – a przynajmniej jego 39 minut, w którym Anwil ostatecznie pokonał Miasto Szkła Krosno 99:93.
Dziki w natarciu
Proszę mi wierzyć na słowo – jako mieszkaniec podwarszawskiego Legionowa jestem uprawniony do wypowiadania się o dzikach! Widzę je zdecydowanie zbyt często. Szczególnie rano. One tu grasują!
Ale i tak nigdy jeszcze pod swoim miejscem zamieszkania nie widziałem aż tak wyposzczonej i wygłodniałej watahy, jaką na swoich rywali z Torunia wypuścił w niedzielę trener Marko Legovich. Jego koszykarze w pierwszych pięciu minutach zdobyli aż 21 punktów. Ostatecznie zakończyli mecz z dorobkiem 110, swoim najlepszym w historii występów w Orlen Basket Lidze.
Toruńskie Pierniki w obronie są miękkie od początku sezonu. Od przyjścia Taylera Personsa zrobiły się pod tym względem jeszcze bardziej łamliwe.
Jednak nawet w takich sytuacjach, które łatwo jest zlekceważyć opinią „słaba obrona rywali”, widać podstawy solidnej ofensywy z dobrym rozstawieniem graczy, którym szachują rywali warszawscy koszykarze.
Dlaczego Tahrik Chavez i Łukasz Frąckiewicz mieli w tej sytuacji tak dużo miejsca w pasie środkowym?
Przy obronie akcji dwójkowych z wyjściem wysokiego – w tym przypadku Damiana Kuliga – bardzo często odpowiedzialność za „asekurację” spoczywa na graczach ustawionych najbliżej linii końcowej. W tym przypadku jednak Dziki miały w narożniku Landriusa Hortona – rewelacyjnego strzelca z dystansu, być może ostatniego gracza PLK od którego powinno się pomagać.
Z drugiej strony parkietu można było spróbować zlekceważyć i odejść od Michała Aleksandrowicza, ale on też stoi tam przecież nieprzypadkowo. Kryje go Tayler Persons, najniższy i najsłabszy obrońca wśród obwodowych graczy torunian. Jego pomoc pod koszem i tak mogłaby być skazana na niepowodzenie.
Gdyby Amerykanin jednak zdecydował się ratować sytuację faulem, to także jest to zysk dla przeciwnika – Persons to przecież główny kreator gry w zespole Twardych Pierników.
Jak dobry jest humor w zespole Dzików po piątym zwycięstwie w ostatnich sześciu spotkaniach? Tak znakomity, że trener Marco Legovich postanowił nie udusić dziennikarza, który określił grę jego zespołu jako „wild streetball„.
Teraz już nie dziwię temu, że redaktor Grzegorz Szybieniecki po jednej z wcześniejszych konferencji prasowych w luźnej rozmowie określił Włocha jako „urodzonego dyplomatę”.
Co się odwlecze…
13 punktów, 10 asyst i 9 zbiórek – tak wyglądał dorobek Paula Scruggsa w październikowym meczu FIBA Europe Cup przeciwko azerskiemu Neftchi Baku. Trefl Sopot wygrał wówczas aż 92:63, a trener Mikko Larkas nie dał szansy Amerykaninowi na skompletowanie triple-double, czyli zanotowania dwucyfrowych zdobyczy w trzech kategoriach statystycznych.
Potencjał gracza trójmiejskiego zespołu na osiągnięcie tego cenionego, statystycznego wyczynu był jednak widoczny od dawna i niemalże dokładnie dwa miesiące później dokonał tego w Lublinie. Trefl wygrał 105:84 z wciąż pogrążonym w kryzysie Startem.
Do sytuacji z październikowego spotkania sopocki szkoleniowiec wrócił zresztą podczas pomeczowej konferencji prasowej, podczas której – surprise, surprise! – chwalił jednego z liderów swojej drużyny.
Wygrana w Lublinie na pewno częściowo zamazała złe wrażenie, które sopocianie zostawili po sobie w Rostocku. W środku tygodnia przegrali aż 72:97 z tamtejszymi Seawolves Przemysława Frasunkiewicza i Łukasza Kolendy w pierwszym meczu drugiej fazy FIBA Europe Cup.
Przed czekającym w środę Trefla meczem z hiszpańską UCAM Murcia – zdecydowanym faworytem grupy K – trener Larkas i jego asystenci wciąż mają jednak co poprawiać. Przykład? W Lublinie ponownie szwankowała choćby komunikacja Scruggsa z Raymondem Cowelsem w bronieniu akcji dwójkowych.
Murcia będzie wykorzystywała takie momenty zawahania na pewno dużo skrupulatniej niż zespół z Lublina – jedyny, który w obecnym sezonie hiszpańska drużyna pokonała aż trzykrotnie.