Strona główna » PLK zza kulis: Jak Bogucki sfrustrował Jordana. Marchewką w Śląsk! Sauna we Włocławku
PLK

PLK zza kulis: Jak Bogucki sfrustrował Jordana. Marchewką w Śląsk! Sauna we Włocławku

0 komentarzy
Adrian Bogucki pozostaje wielki i nieodgadniony, ale jego MKS Dąbrowa Górnicza nieprzypadkowo pozostaje niepokonany w nowym sezonie PLK. Kibiców Anwilu martwić może nie tylko wynik i styl (braku) walki w przegranym meczu z Arką. Śląsk wyprodukował gracza, który w piątek przyłożył rękę do jego kolejnej porażki w derbach z Górnikiem. Czarni odpowiedzieli. Stanowczo. I efektownie!

„Graliśmy na wyjeździe. W pierwszej kwarcie był znakomity. Zdobył 12 punktów, miał 4 zbiórki, a my prowadziliśmy dwucyfrową liczbą punktów. Podchodzę do niego w przerwie i mówię: „I właśnie tak masz grać. Dominować!”. Mecz zakończył się dwucyfrową różnicą punktów, ale … Ale na naszą niekorzyść. A on pozostał na tych 12 punktach. Wówczas postanowiłem, że nie będę go więcej chwalił w trakcie meczów”.

Anegdota przytoczona swego czasu przez Michaela Jordana na temat występu Luca Longleya w jednym z meczów sezonu regularnego mistrzowskich Byków w 1998 roku przypomniała mi się po zakończeniu piątkowego spotkania w Ostrowie Wlkp.

W roli australijskiego środkowego występował w niej jest Adrian Bogucki, który dominował w pierwszej kwarcie, kończąc ją z 7 punktami i 6 zbiórkami. Polski center nie tylko wyglądał na po prostu wielkiego koszykarza na żywo w moich oczach. Podobnie prezentował się także na początku meczu z perspektywy rywali, nad którymi wyraźnie górował po obu stronach parkietu. Dosłownie i w przenośni. Imponowało także jego ustawienie przez Krzysztofa Szablowskiego w defensywie. Momentami wyglądało to tak, jakby Bogucki był jednoosobową obroną strefową MKS w polu 3 sekund.

W pozostałych 30 minutach Bogucki znacznie się „zmniejszył”. Niczym Longley. Doszły też problemy z faulami i ostatecznie do swojego dorobku dołożył tylko 2 punkty oraz 4 zbiórki. Trener Szablowski w rozmowie ze mną podkreślał jednak, że w kolejnych kwartach to inni gracze złapali dobry rytm, a on sam z postawy swojego środkowego – z którym współpracuje pierwszy raz w karierze – jest zadowolony. Choć oczywiście, ma nadzieję na więcej.

W przeciwieństwie do Chicago Bulls, MKS piątkowy mecz pewnie wygrał 91:77. Grał w końcu w Ostrowie Wlkp., a nie w Salt Lake City. Po dwóch kolejkach zespół z Dąbrowy Górniczej pozostał jednym z zaledwie pięciu zespołów bez porażki w nowym sezonie PLK.

Liderów dwóch

Żeby być blisko liderów w tabeli, trzeba mieć liderów w swoim zespole. Proste, prawda?

Takimi w pierwszych tygodniach sezonu są niewątpliwie dla MKS Ronald Curry i Luther Muhammad. Ten pierwszy spudłował w Ostrowie wszystkie pięć rzutów z gry i zdobył aż o 22 punkty mniej niż w otwierającym sezon spotkaniu z Czarnymi Słupsk, ale co z tego, skoro rozdał 13 asyst i nie popełnił przy tym żadnej straty! Na pomeczowej konferencji prasowej, zwykle ostrożny w wypowiedziach trener Szablowski powiedział nawet, że osobiście za taki występ swojemu rozgrywającemu chwilę po meczu podziękował.

Problemów z trafianiem do kosza nie miał za to Muhammad, który zdobył 26 punktów, choć ani razu nie stanął na linii rzutów wolnych. Amerykański łowca punktów trafił za to czterokrotnie za trzy punkty i takim stylem gry pokazał – choćby mi – że w grze bez piłki czuje się prawie tak dobrze, jak z nią w rękach.

Dodatkowo, w kuluarach także ze strony sztabu szkoleniowego gospodarzy, można było usłyszeć pochwały na temat gry Luthera w defensywie. Muhammad w tym momencie nie jest typowym graczem ataku, którego bezkarnie można atakować po bronionej stronie boiska.

Miód pitny na razie nie dla mnie

Choć grę zespołu z Dąbrowy Górniczej ogląda się póki co naprawdę dobrze, nie będę ukrywał, że czynię to z lekko zaciśniętymi zębami. Powód? Po znakomitych przedsezonowych występach Dzików dałem się namówić na zakład dotyczący wyższej pozycji w tabeli na koniec sezonu. Byłem przekonany, że warszawski zespół okaże się lepszy właśnie od MKS. A za mną chęć wyrazili inni twitterowicze!

Po dwóch kolejkach nie jestem już takim dużym optymistą w kwestii wzbogacenia się (o butelkę miodu pitnego). Chociaż Dziki zaliczyły preseason bez porażki, na rozpoczęcie sezonu trener Szablowski i jego ferajna zrobili hokus-pokus i w tym momencie wizualnie to ich gra wygląda lepiej. Bardziej fakt, niż opinia.

Powyższej opinii nie zmieniłoby nawet to, gdyby warszawskim koszykarzom wpadło o kilka więcej z 42 (!!!) oddanych rzutów za trzy punkty w dość wyraźnie przegranym meczu przeciwko Treflowi Sopot.

Treningi MMA działają

Drugim przystankiem mojego weekendowego wyjazdu był Wałbrzych, gdzie w swoim całkiem już bogatym koszykarskim Tour de Pologne zawitałem po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że będzie głośno i tak było.

Ale też kilkukrotnie było nawet głośniej, niż się spodziewałem. Słownictwo ze strony kibiców obu drużyn – kibice Śląska także mieli momenty, gdy było ich słychać – często było też, niestety, było dość niskich lotów. Trudno, choć muszę przyznać, że momentami byłem naprawdę solidnie zaskoczony, jak duża część hali angażowała się także w te okrzyki z najbardziej niewybrednymi tekstami.

Nie byłem za to zaskoczony tym, jak wyglądał mecz. Sprawa zwycięstwa rozstrzygnęła się ostatnim rzutem Lovell Cabbila Jr., a w ogniu derbowej walki znakomicie – podobnie jak przed tygodniem w Zielonej Górze – odnajdywał się Litwin Tauras Jogela, z którym miałem okazję porozmawiać nieco dłużej po meczu.

W dużej mierze dzięki tym dwóm graczom Górnik ma po dwóch kolejkach bilans 2-0, zaskakując tym nie tylko mnie, ale może i nawet trenera Andrzeja Adamka, choć przecież jemu samemu publicznie przyznać tego nie wypada.

Preseason wałbrzyszan był nieznacznie lepszy od tego, który miało GTK Gliwice, a lista kontuzji wałbrzyskich zawodników ze złamanymi nosami, palcami i żebrami w roli głównej bardziej przypominała efekt treningów MMA, niż typowo koszykarskich. Nie można się dziwić, że zawodnicy Górnika są na parkiecie tak waleczni.

Po meczu ze Śląskiem na mojej skrzynce WhatsApp chwilowo (?) ucichły sugestie od zagranicznych agentów, że w rozpoczętym sezonie trener Adamek nie uniknie już zmian wśród zakontraktowanych przed rozgrywkami obcokrajowców. Że drugi raz z rzędu mu się to nie uda.

Zwycięstwa zwycięstwami, ale przyznam szczerze, że – podobnie jak po turnieju o Puchar Polski w Warszawie, tak w ogólnie bardzo przyjemnej hali w Wałbrzychu – ponownie miałem odczucie, że zarówno Avery Anderson, jak i Elijah Pemberton są po prostu mniejsi niż się po nich spodziewałem.

Skoro wspomniałem o hali w Wałbrzychu, to warto dodać, że cały wałbrzyski obiekt Aqua Zdrój, którego jest ona częścią, robi znakomite wrażenie. Czy wkrótce nie będzie jednak problemem to, że mieści ona tylko 2200 widzów? To fajna i stosunkowo nowa hala, a już wkrótce jej wielkość może się brutalnie zderzyć z realiami zainteresowania meczami Górnika i z założeniami Strategii PLK.

Co wtedy?

Zamiast kija, Marchewka!

Już podczas okresu przygotowawczego miałem zaznaczonego w notatniku Kacpra Marchewkę, w którego zamierzałem „przycelować” wpisem lub artykułem pod roboczym tytułem „Czy gracz tego typu ma rację bytu w PLK w 2025 roku?”. Chodzi tu głównie o ograniczenia ofensywne skrzydłowego Górnika, z którym na boisku długimi momentami zespół wygląda tak, jakby w ataku grał w czwórkę.

Nic takiego na pewno nie napiszę po meczu ze Śląskiem Wrocław. Marchewka nie tylko popisał się podczas niego atomowym wsadem ponad Jaredem Colemanem-Jonesem, ale też z uznaniem z bliska obserwowałem, jak jego defensywa przekładała się na grę zespołu. Choćby wtedy, gdy w kilku kolejnych akcjach totalnie zgasił Kadre Graya, który zupełnie nie poradził sobie z kryjącym go wyższym rywalem.

Drugi najlepszy w zespole wskaźnik plus/minus (+ 14) w meczu wygranym różnicą dwóch punktów specjalnie mnie zatem nie zdziwił.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym pod kątem obrony przeciwko Marchewce nie obserwował uważnie ustawienia graczy Śląska. Kilkukrotnie moje taktyczne serducho wykrzyczało – „Czemu bronicie go tak blisko?”

W ramach „nie znam się, ale się wypowiem” pozwolę sobie zauważyć, że – gdybym miał coś w sztabie Śląska do powiedzenia – to w każdym fragmencie w którym Jared Coleman-Jones, Jakub Urbaniak lub De’Jon Davis są na parkiecie i nie występują na pozycji „5”, wykorzystywałbym ich do krycia Marchewki… i udzielania bardzo głębokich pomocy. Znacznie głębszych od tych, które widziałem w sobotę z trybun Aqua Zdrój. Z kolei Jakuba Nizioła lub Noah Kirkwooda delegowałbym do podjęcia walki z wałbrzyskimi „czwórkami” – wspomnianym wcześniej Jogelą, a także Grzegorzem Kulką.

10 rzutów za trzy Kacpra Marchewki z otwartych pozycji? Będąc w tym meczu Śląskiem, wziąłbym to. Zawsze. A Panu Kacprowi życzę, by jak najczęściej takie pomysły amatorskich trenerów karał.

Kanony defensywy kontra parkietowa matematyka to w ogóle temat na inne opowiadanie. Kiedyś w prywatnej rozmowie dyskutowałem o tym z jednym z ligowych trenerów, ale ponieważ jego klub zaczął nowy sezon od bilansu 2-0, to – przynajmniej chwilowo – chyba nie za bardzo powinienem się ze swoimi przemyśleniami wychylać.

Kim był ten młodzian z „4”?

Przyznam, że sam musiałem sprawdzić odpowiedź na powyższe pytanie po meczu drugiej kolejki EuroCup, w którym BAXI Manresa pokonała Śląsk Wrocław 74:62. Poza niesamowitymi akcjami nad obręczą Nigeryjczyka Akobundu-Ehiogu, zapamiętałem z niego nieokrzesanego i popełniającego sporo błędów, ale jednocześnie podejmującego odważne decyzje gracza z numerem „4”.

To 19-letni Max Gaspa, który zdecydowanie nie wygląda na czołowy talent hiszpańskiej koszykówki, ale mimo tego dostał 11 minut na parkiecie w meczu zaplecza Euroligi. Hiszpański obwodowy przypominał mi się, gdy w piątkowy wieczór w ostrowskim barze w hali w której mecze rozgrywa Stal (też bardzo ją lubię!) oglądałem piątkowy mecz z Włocławka, w którym Anwil nie tylko przegrał z Arką Gdynia, ale we własnej hali pozwolił sobie rzucić – i to bez dogrywki – kompromitujące dla swojej defensywy 108 punktów.

Mam na myśli zero minut Bartosza Łazarskiego, który jak na polskie standardy jest ponadprzeciętnie utalentowanym graczem i którego wprowadzanie do poważnej koszykówki powinno być jednym z priorytetów włocławskiej organizacji.

Młodzi trenerzy, debiutując na krzesełku głównego szkoleniowca, w zrozumiały sposób są mocno zestresowani i głównie patrzą tylko na końcowy wynik najbliższego meczu. Sukcesy ich zdaniem mogą zapewnić im głównie najbardziej doświadczeni i najlepiej opłacani koszykarze zespołu. Nie inaczej jest i u Grzegorza Kożana.

Z każdym kolejnym meczem może to być tylko coraz bardziej widoczne, gdyż przegrany mecz z Arką – a najbardziej jego styl – porównałbym trochę do przygotowywania sauny do otwarcia i pierwszego polania kamieni wodą. Jeśli Anwil będzie tak przegrywał częściej, we Włocławku szybko zrobi się gorąco.

Sytuację Łazarskiego będę dokładnie obserwował. Po meczu z Arką jestem prawie pewny jednego – w przeciwieństwie do swoich bardziej „sytych” kolegów, przynajmniej potrafiłby sfaulować rywali. Zaledwie 15 przewinień Anwilu popełnionych w przegranym w tak fatalnym stylu na własnym parkiecie meczu brzmi jak jakiś mało śmieszny żart.

Marek Łukomski poleca!



– Była to akcja rozrysowana po time-oucie przez trenera Robertsa Stelmahersa, który moim zdaniem przewidział, jak King Szczecin będzie w niej bronił. Kluczowe było tu dobre rozstawienie wszystkich graczy ataku, którzy zajęli oba rogi, a także pozycje na 45 stopniach. Szymon Tomczak w ostatniej chwili odwrócił stawianą zasłonę Jakubowi Musiałowi i przy obronie typu „contain” ze strony gracza Kinga, środkowy Czarnych dostał bardzo łatwe podanie na short rolla. W tej części parkietu, ostatnią linią obrony był Jovan Novak, który zdezorientowany stracił kontrolę nad swoim zawodnikiem, co pozwoliło Donovanowi Ivory’emu łatwo skończyć akcję alley-oopem po ścięciu po końcowej linii.

Powyższą zespołową zagrywkę z minionej kolejki wybrał dla Was trener Marek Łukomski, a zagrana ona została w meczu, w którym Czarni Słupsk rozbili Kinga Szczecin aż 101:76 i przynajmniej na tydzień zamknęli temat ewentualnych zmian w składzie. Stanowczo!