10 października 2025 – to data rozegrania meczu Tasomix Rosiek Stali Ostrów Wielkopolski z MKS Dąbrowa Górnicza, wygranego wtedy wyraźnie przez zespół gości. Od tamtego dnia minęły już ponad 3 miesiące, a wciąż pozostaje ono jedynym przegranym przez „Stalówkę” na własnym parkiecie w obecnym sezonie. Na rozkładzie są już za to Miasto Szkła, Anwil, Śląsk, GTK, Trefl i od piątku – AMW Arka Gdynia.
Jak oni to robią?
Wampiry z Ostrowa
Najbardziej widoczną statystyką w grze drużyny Andrzeja Urbana jest umiejętność dostawania się do koszykarskiej trumny, szczególnie tzw. restricted area, czyli części najbliższej obręczy. Stal zdobywa stamtąd prawie 43 procent wszystkich punktów i jest to najlepszy wynik w lidze.
Aż żałuję, że w „Pulsie Basketu” nie ma póki co możliwości sprawdzenia tej statystyki pod kątem Dom/Wyjazd. Jestem przekonany, że przewaga Stali w meczach na własnym parkiecie byłaby jeszcze wyraźniejsza.
Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że we wszystkich wygranych w domu meczach ostrowski zespół zdobywał więcej punktów w polu 3 sekund od gości. Czasami przewaga w tym elemencie była wręcz zadziwiająca – 44:24 z Anwilem, 42:18 ze Śląskiem, czy najnowsze 46:26 przeciwko Arce.
To doprawdy szokujące wyniki,
Czy powinno zatem dziwić, że także w piątkowym spotkaniu ostatnie punkty z gry też zostały zdobyte właśnie z takiej akcji?
Ile takich rzutów na 10 wykonanych jest w stanie trafić Daniel Gołębiowski? Nie wiem, ale w tej akurat akcji okazało się, że więcej niż zakładał kibic z sektora za koszem w jasnej bluzie, który aż złapał się za głowę w momencie decyzji kapitana Stali.
Znakomite podanie Mareksa Mejerisa też oczywiście nie umknęło naszej uwadze.
W poszukiwaniu Świętego Graala
Ligowe zespoły wciąż nie wymyśliły sposobu, jak z tą przewagą w grze ostrowian w swojej hali sobie radzić. Czasami mam wrażenie, że o ile mamy w Orlen Basket Lidze solidnych, dobrze przygotowanych warsztatowo szkoleniowców, to brakuje nam trochę takich w typie „wielkich eksperymentatorów”, którzy szybko potrafią wymyśleć i od razu testować mniej szablonowe rozwiązania.
Najbliżej do tego miana chyba jest właśnie trenerowi Andrzejowi Urbanowi. Nic zatem dziwnego, że takie problemy z prowadzoną przez niego drużyną mają jego ligowi vis-a-vis.
W przytoczonych powyżej meczach tylko dwukrotnie Stal trafiła powyżej 8 „trójek”. Ledwie raz miała ich więcej od rywali – 12:11 w spotkaniu przeciwko Treflowi. Czy zatem jej rywalom nie brakuje odwagi, by mocniej zamknąć przed ostrowskimi wampirami trumnę i zostawić na niej kartkę z napisem „A teraz męczcie się na dystansie”?
W bogatym koszykarskim katalogu pomysłów na defensywę wcale nie musi to oznaczać obrony strefowej, chociaż to właśnie ona przyniosła gdyńskiej drużynie serię 13:0 na otwarcie 4. kwarty czwartkowego starcia. Przełamał ją dopiero indywidualną akcją Quan Jackson, a potem… poszło już z górki…
„Uwaga, biją nas”
Na pomeczowej konferencji prasowej trener gości Mantas Cesnauskis narzekał na miękkość swojego zespołu, który nie potrafił przeciwstawić się fizycznej grze gospodarzy i wykorzystać choćby perfekcyjnej skuteczności z linii rzutów wolnych. Gdynianie trafili 20 na 20 rzutów za 1 punkt.
W decydującym momencie twardości i umiejętności skoczenia w ogień zabrakło nawet zwykle imponującemu walecznością Luke’owi Barrettowi, któremu w 4. kwarcie chyba zaskrzypiało coś w młodych przecież kolanach, gdyż tylko tym można wytłumaczyć fakt, że pozwolił Jacksonowi wyrwać niczyją piłkę.
Aż sam żałuję, że z wielu akcji z udziałem Barretta to akurat tą zapamiętam z tego spotkania, gdyż rezerwowy Arki po raz drugi w styczniu zanotował double-double, tym razem składające się z 15 punktów i 10 zbiórek. Amerykanin miał również zdecydowanie najlepsze „plus/minus” w gdyńskim zespole – w ciągu 28 minut z nim na parkiecie, goście byli lepsi aż o 15 punktów.
Plusowe „+/-” zanotował również Marcus Weathers, chociaż w swoim drugim występie w barwach nowego zespołu środkowy statystycznie niczym nie zachwycił. W ciągu niecałych 13 minut zdobył 6 punktów, zebrał 1 piłkę i zanotował aż 4 straty. Niezadowolony z jego postawy wydawał się szkoleniowiec Arki, który całą 4. kwartę zagrał na pozycji centra Kresimirem Ljubiciciem.
Czy potężnemu Chorwatowi w decydujących momentach spotkania nie zabrakło przez to mocy? Ljubicić jest chyba jednym z ostatnich graczy w lidze, których podejrzewałbym o umiejętność wytrzymania 10-minutowego koszykarskiego interwału.
ABC Koszykówki
W rozegranym w poprzedniej kolejce meczu Kinga Szczecin ze Startem Lublin trudno było nie zauważyć znakomitego podania Jovana Novaka do Tomasza Gielo, które uplasowało się na 5. pozycji w cotygodniowym TOP 10 Orlen Basket Ligi.
Zupełnie bez echa przeszło jednak równie świetne zagranie Kamila Łączyńskiego do Kresimira Ljubicicia, którego rywalom udało się jednak w porę sfaulować i choć asysta została zaliczona, to cała wartość artystyczna mocno podupadła.
W piątkowym spotkaniu w Ostrowie Wlkp. „Marszałek” z Gdyni też wykonał podanie, które zapewne w żadnych podsumowaniach się nie znajdzie, a ja złapałem się na tym, że oglądałem je już z kilkanaście razy.
– Dzieci, pamiętajcie: podania w poprzek boiska/strefy są złe. Chyba, że nazywacie się Kamil Łączyński i potraficie, nie obniżając precyzji, nadać piłce idealną szybkość oraz kozioł – mógłby powiedzieć trener koszykówki przekazujący wiedzę młodym adeptom basketu, pokazują to podanie.
Ten sam szkoleniowiec od razu mógłby wykorzystać też mecz Stali z Arką do pokazania innego elementu – tym razem skierowanego do wysokich zawodników.
Ostatnio na forum RealGm.com natrafiłem na bardzo ciekawy temat z wklejonymi akcjami Kevina McHale’a, przed laty wybitnego podkoszowego Boston Celtics i jednego z głównych – po Larry Birdzie – twórców potęgi Celtów w latach 80. ubiegłego wieku. McHale miał wiele zalet, a jedną z największych była umiejętność utrzymywania piłki powyżej poziomu barków, z daleka od rąk głodnych przechwytów obwodowych rywali.
Tak, Mareks Mejeris też to potrafi!
Łotewski środkowy w piątkowy wieczór tradycyjnie był znakomity. Ponownie zaczął mecz w roli fałszywego rozgrywającego, a potem tradycyjnie ciężko i jednocześnie mądrze pracował po obu stronach parkietu.
Efekt? 14 punktów, 6 zbiórek i 6 wymuszonych fauli.
Ja ich, czy oni mnie?
Decydująca dla losów końcowego wyniku okazała się jednak postawa Trentona Gibsona. Rozgrywający Stali spędził na parkiecie ponad 36 minut i jego postawa po obu stronach parkietu była absolutnie kluczowa.
Czemu po obu?
O ile pierwszy rzut Łączyńskiego był po ofensywnej zbiórce i obecność przy nim Gibsona można uznać za przypadek, to w kolejnych takowego na pewno nie było. Główny ballhandler Stali ewidentnie po bronionej stronie boiska znajduje się na celowniku rywali.
W piątkowy wieczór ostatnie słowa należały jednak właśnie do niego.
Ostatecznie Gibson zakończył mecz z dorobkiem 23 punktów, 10 asyst, 7 zbiórek, 7 wymuszonych fauli i tylko 2 strat. Po raz kolejny zakręcił się wokół triple-double – już po raz czwarty w sezonie zanotował występ, w którym suma zbiórek i asyst wyniosła 15 lub więcej.
Kolejna szansa? 30 stycznia, gdy Stal zagra w Dąbrowie Górniczej przeciwko tamtejszemu MKS. Jeśli Gibson – z triple-double lub bez – razem z kolegami weźmie rewanż za pamiętną porażkę na początku sezonu, Stal mając 10 zwycięstw – a w zanadrzu jeszcze aż 8 z ostatnich 12 meczów sezonu zasadniczego w swojej ostrowskiej twierdzy – może się stać realnym kandydatem nie tylko do walki o miejsce w play-in.
Może nawet tak po prostu – biorąc pod uwagę przedsezonowe zapowiedzi zupełnie bezceremonialnie! – przystąpić do rywalizacji o swoje miejsce w ligowym Top6.