Strona główna » Pierwszy kontrakt za ponad 300 mln dol. w NBA. Czas przywyknąć

Pierwszy kontrakt za ponad 300 mln dol. w NBA. Czas przywyknąć

0 komentarzy
304 mln dol. za pięć lat gry. Niemal 70 mln w ostatnim roku kontraktu. Na pierwszy rzut oka – te sumy szokują. Ale gdy przyjrzeć się bliżej temu co dzieje się w NBA – i w Boston Celtics, którzy podpisali tę gigantyczną umowę z Jaylenem Brownem – można się szybko przestać dziwić.

Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>

Jasne, nas, zainteresowanych koszykówką Europejczyków, kwota ponad 300 milionów dolarów zapisana w zaledwie pięcioletnim kontrakcie jednego gracza może wciąż dziwić. Szczególnie tych nieszczególnie zorientowanych w tym, jak dobrze naoliwiona jest maszynka do zarabiania pieniędzy zwana NBA.

Rzućmy na chwilę okiem na jej odpowiednik – Euroligę. Na pensje koszykarzy i trenerów pracujących w sezonie 2021/22 w tej drugiej najsilniejsze koszykarskiej lidze świata, wszystkie kluby wydały 166,7 mln euro.

Łącznie.

Powtórzmy to raz jeszcze: wszyscy koszykarze i trenerzy pracujący w 18 najbogatszych klubach Europy (czyli elitarne grono ponad 200 osób) w trakcie jednego sezonu zarobili tylko nieco więcej niż połowę tego, co dzięki pięcioletniej umowie z Boston Celtics zgarnie sam jeden Jaylen Brown. Gracz znakomity, choć rzadko wymieniany w gronie 10 największych gwiazd NBA.

Ale to tylko problem europejskiej koszykówki. NBA na takie kontrakty po prostu stać. Wycena wartości całej ligi zbliża się do 100 miliardów dolarów. We wspomnianym sezonie 2021/22 dochody wszystkich klubów przekroczyły magiczną barierę 10 miliardów. Niebawem średnia roczna pensja koszykarza NBA będzie wynosiła ponad 10 mln dol. W kolejnym sezonie każdy klub na kontrakty koszykarzy może wydać zgodnie z ustalonym limitem 136 mln.

Większość wyda więcej. Koszykarze NBA to nie tylko świetni sportowcy, ale i ogarnięci biznesmeni. W nowej umowie zbiorowej (CBA) podpisanej wiosną tego roku z pracodawcami, czyli właścicielami klubów zdołali ukrócić stosowaną zazwyczaj przez kilka klubów w trakcie każdego sezonu praktykę oszczędności na umowach graczy. Od nowego sezonu, jeśli klub nie przekroczy poziomu 90 procent wyznaczanego przez każdym sezonem poziomu wydatków na pensje, będzie karany.

Dobitniejszego dowodu na rosnącą z każdą kolejną umową zbiorową pozycję negocjacyjną koszykarzy nie trzeba. Nawet, jeśli wcześniej kluby oszczędnościami w pewnej mierze musieli się z koszykarzami dzielić.

Celtics wyboru nie mieli – musieli dać Jaylenowi Brownowi wszystko, czego chciał. I dostał niemal wszystko. Oprócz rekordowych w historii NBA pieniędzy także zapisaną w umowie klauzulę trade-kicker. Dzięki niej w razie transferu z udziałem tego zawodnika do innego klubu, jego zarobki dodatkowo wzrosną.

Ale czy Brownowi można się dziwić, że wycisnął możliwości klubu, którego barwy reprezentuje od 2016 roku niczym cytrynę – do ostatniej kropli? Niespecjalnie. Niespełniony szachista, potencjalny następca CJ McColluma w roli szefa związku zawodowego koszykarzy doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że prędzej czy później klub z Bostonu może i tak go sprzedać.

Dla Browna życie obok docierających zewsząd wiadomości typu „czy Jaylen zostanie wymieniony na Jimmy’ego Butlera/Anthony’ego Davisa/Damiana Lillarda?) to już od lat chleb powszedni. Niewykluczone, że Celtics w niedalekiej przyszłości w końcu odpowiedzą na to pytanie twierdząco. Przy nowych przepisach CBA utrzymanie na dłuższą metę trójki Jayson Tatum – Brown – Kristaps Porzingis może okazać się po prostu niemożliwe. W samym sezonie 2025/26 na zarobki tych trzech zawodników musieliby wydawać ponad 140 mln dol.

Ale to dla Celtics problem na dalszą przyszłość. Póki co w najbliższym sezonie – już z Porzingisem, ale bez Marcusa Smarta – przekonają się czy ww. tercet ma w ogóle większy sportowy sens. Jeśli odpowiedź będzie negatywna, Brown już latem przyszłego roku znów stanie się najpewniej bohaterem transferowych plotek.

Celtics w ostatnich siedmiu sezonach aż pięciokrotnie grali w finale Wschodu, ale też – na kolejny tytuł mistrzowski czekają już 15 lat. Ich odwieczni rywale, Los Angeles Lakers, zdobywali go w tym czasie pierścienie trzykrotnie. Oba kluby znajdują się wspólnie na szczycie listy najbardziej utytułowanych, mając po 17 mistrzostw na koncie.

Brown za rok będzie miał dopiero 27 lat. Jeśli wciąż będą go omijać kontuzje, obecnie podpisany kontrakt – nawet tak wysoki, nawet z klauzulą trade-kicker – nie będzie przeszkodą dla potencjalnych klubów chętnych do przejęcia tego gracza. NBA ma się dobrze, jej przychody rosną, zarobki graczy – proporcjonalnie też. W najbliższych latach kontrakty największych gwiazd na sumy przekraczające 300 mln dolarów nam spowszednieją.

Całkiem niewykluczone, że w ostatnim sezonie obowiązywania nowego kontraktu Browna, czyli w rozgrywkach 2027/28, gdy jego zarobki będą wynosiły co najmniej 69,1 mln dol. – ta umowa może być postrzegana jako nawet jako całkiem rozsądna. Wówczas kluby NBA podatkiem od luksusu będą karane najpewniej za wydatki na pensje dla koszykarzy dopiero powyżej kwoty 200 mln dol.

Nawet, jeśli obecnie mało kto w to wierzy.

Oferta powitalna w Fortunie: 3x zakład Bez ryzyka na start – bez konieczności obrotu! >>