Pamiętajcie! Założenie, że w każdej plotce jest źdźbło prawdy bywa ryzykowne, lecz w tych, które krążą po polskim środowisku koszykarskim nierzadko kryje się przynajmniej jej część. Obiecujemy nie powtarzać wszystkich, jak również – nie unikać informowania o faktach.
Piękna, niczym niezmącona radość – na zdjęciu
W niedzielę zakończył się piękny finał PLK, którego sportowym symbolem na zawsze zostanie Kameron McGusty idący w końcówce meczu nr 7 niczym walec – po swoje.
Sport to jednak nie tylko punkty, zwycięstwa i medale. W jeszcze większym stopniu to przecież porażki i sposób ich przyjmowania. Tak zerojedynkowo – choć powiedzcie to teraz w takim Toruniu, czy nawet Dąbrowie Górniczej (by wymienić tylko drużyny, do których jeszcze dziś wrócimy) – 15 z 16 drużyn stających w tym sezonie PLK do walki mistrzostwo ostatecznie poległo.
Start ze swoim srebrnym medalem może spokojnie uchodzić za największego zwycięzcę z tego grona, ale fakt, że przegrał złoto na samym finiszu G7 mógłby załamać niejednego. Tymczasem trener lublinian Wojciech Kamiński już chwilę po końcowej syrenie w niedzielę miał banana na twarzy, a jego uśmiech nie sprawiał wrażenia wymuszonego.
Piękny obrazek!
Nie raz i nie dwa przyznawaliśmy już, że jesteśmy fanami warsztatu robiącego od lat zdjęcia dla PLK Andrzeja Romańskiego. Nieprzypadkowo – nasza liga w obiektywie tego fotoreportera niemal zawsze wygląda lepiej niż w rzeczywistości.
Bardzo fajnym pomysłem PLK są robione chwilę po finale rozgrywek o Superpuchar / Puchar / mistrzostwo Polski sesje fotograficzne zwycięzców/finalistów. Aby dojść do wniosku, ze zdjęcia z nich pochodzące zbyt rzadko w większym stopniu oglądają światło dzienne, wystarczy spojrzeć na to, które ilustruje ten tekst.
CZTERY!
W poniedziałek szefowie PLK mieli prawo świętować – świetny wynik oglądalności siódmego starcia finału playoff, czyli nawet 200 tysięcy widzów przed telewizorami, robił wrażenie. To naprawdę duży sukces. Całej PLK, nie tylko trenerów obu drużyn. To coś, co powinno mobilizować wszystkich do dalszej pracy i odrabiania strat do tej cholernej siatkówki.
Ostatnio rozmawiałem dłużej z wywodzącym się z koszykówki członkiem zarządu firmy, która rokrocznie przekazuje lidze siatkarskiej miliony złotych. Dużo więcej niż Polsat wszystkim klubom PLK razem wziętym.
– Dlaczego nie zainteresujecie się koszykówką? – pytam.
– Biznes to biznes. Jak koszykówka będzie miała choćby 1/3 oglądalności siatkówki, będzie o czym rozmawiać.
„Polsat wyciągnął dane z lat 2018-2024 i pokazał, że w tym okresie mecze Polskiej Ligi Siatkówki miały dokładnie 687 meczów z widownią powyżej 100 tys., natomiast w przypadku Polskiej Ligi Koszykówki zdarzyły się… tylko trzy takie spotkania!” – informował niedawno Rafał Tymiński z „Przeglądu Sportowego”.
Cztery!
Ponieważ lato będzie długie, ku pokrzepieniu koszykarskich serc przypomnijmy starą zasadę: w sporcie jesteś tak dobry, jak dobry jest twój ostatni mecz.
Mediami niezmącona radość – na gali
We wtorek szefowie PLK też mieli prawo świętować. Zorganizowali doroczną galę kończącą sezon.
Było już powyżej o tym, że zainteresowanie mediów jest dla przyszłości PLK kluczowe? Jest, szefowie ligi też mają tego świadomość. Przecież nie bez kozery, już nawet abstrahując od tej cholernej oglądalności, od lat wręczają nagrodę dla „najbardziej medialnego klubu sezonu”. Tym razem sięgnął po nią Trefl Sopot, gratulujemy!
Biorąc pod uwagę wszystko co zostało powyżej napisane, z niemałym zdziwieniem przyjęliśmy informację, że zaproszenia do uczestnictwa w evencie kończącym udany sezon nie otrzymali dziennikarze, którzy na co dzień robią dla PLK naprawdę sporo.
Łukasz Cegliński ze sport.pl, który raptem dwa dzień wcześniej po meczu nr 7 w roli szalejącego reportera wykonał na parkiecie w Lublinie fantastyczną pracę, nie ukrywał zaskoczenia.
Grzegorz Szybieniecki z rosnącego siłą kilku ambitnych zapaleńców kanału „Basket w Liczbach” błędnie zakładał, że żadni przedstawiciele mediów nie otrzymali zaproszeń.
Dziwne.
Michalak? Serio?
Nie trzeba jednak było wcale oglądać wtorkowej gali – ani tym bardziej na niej być – żeby się przekonać, że PLK faktycznie robi postępy, jeśli chodzi o sposób budowy zainteresowania.
Michał Michalak – ten sam, który w końcówce półfinału Pucharu Polski przestrzelił dwa kluczowe rzuty wolne (w całym meczu miał z linii 4/8), a w półfinale playoff z Legią miał skuteczność na poziomie 1/13 za 3 i 10/35 z gry – otrzymał nagrodę dla „zawodnika na decydujący czas w sezonie 2024/25„.
Wieloletni reprezentant Polski i były król strzelców Bundesligi to świetny koszykarz w prime. Jeszcze nie raz i nie dwa może przesądzić o sukcesie swojej drużyny. Nie tylko Anwilu w sezonie 2025/26 – także kadry, jak jesienią 2024 roku w Tallinie podczas meczu z Estonią.
Ale wyróżnianie go taką nagrodą za zakończone rozgrywki PLK? Serio? Jasne, Michalak w trakcie świetnego w wykonaniu Anwilu sezonu zasadniczego do wielu zwycięstw rękę przyłożył, ale nagroda, którą otrzymał zabrzmiała jak szydera, posypywanie solą wciąż otwartych ran włocławskich kibiców. Nieszablonowe zagranie marketingowe organizatorów gali w stylu „nieważne jak, byle się mówiło”?
Michalak nad obecnym na gali Kameronie McGustym?
Nie, argument, że lider Legii został zwycięzcą innej kategorii w całości odrzucamy. W przyszłości podczas tej gali mieliśmy już zwycięzców nawet trzech kategorii i nikomu to nie przeszkadzało.
MKS medialnie ruszył z kopyta
A propos nieszablonowych działań, które mają zwracać uwagę odbiorców – wypada zauważyć MKS Dąbrowa Górnicza!
W świecie idealnym wolelibyśmy, aby ponad 50 tys. wyświetleń na X zyskiwały efektowne akcje koszykarzy MKS, ale – w brutalnych czasach typu „kliknięcie to kliknięcie”– okazuje się, że budujące popularność zespołu z Dąbrowy Górniczej kobiece uda też mogą robić za koło zamachowe.
Z naszych danych Waszego czytelnictwa wynika, że w minionym sezonie Trefl mógł nie być nawet w Top6 drużyn PLK, których losy wzbudzały największe zainteresowanie. Skoro jednak sopocki klub został najbardziej medialnym w PLK, to ewidentnie łącznie zebrane kliknięcia mu się zgadzały.
Nie mamy pojęcia od kiedy jest/będzie liczony nowy sezon, lecz gdyby akurat startował wraz z zakończeniem ostatniego meczu poprzedniego – pierwszym liderem mógłbym być dzięki parze swoich menedżerek MKS!
Wrocław zaprasza!
W poprzednich trzech sezonach PLK „najbardziej medialnym” klubem był Śląsk, a wyróżnienie dla klubu z Wrocławia się w latach 2022-24 bardziej zgadzały z naszymi danymi wynikającymi z Waszego zainteresowania.
Poprzedni sezon w wykonaniu 18-krotnego mistrza Polski był jednak fatalny. Zespół zawodził i choć Grzegorz Schetyna, jego nieformalny i niezmienny od wielu lat nadprezes krytyki się nie bał, to ostatecznie postanowił powrócić do sprawdzonych wcześniej rozwiązań. W kolejnym sezonie o ruchach kadrowych klubu ponownie współdecydował będzie wieloletni dyrektor sportowy WKS Waldemar Łuczak, a asystentem nowego trenera Ainarsa Bagatskisa został doskonale znany w stolicy Dolnego Śląska Jacek Winnicki.
Skoro Śląsk zgłosił się do EuroCup, można w ciemno zakładać dwie rzeczy:
– chce jak najszybciej wrócić do walki o mistrzostwo Polski
– ze względu na liczbę meczów na arenie międzynarodowej będzie murowanym kandydatem do zdobycia tytułu najbardziej medialnego klubu PLK w sezonie 2025/26.
Wróciło stare, ale we Wrocławiu idzie też nowe! Otóż zanim WKS skompletuje skład, warto odnotować jeszcze jedną zmianę – jego szefowie postanowili przychylić się do naszej sugestii z połowy minionego sezonu i otwartym tekstem przedstawić założenia dotyczącego nowego sezonu oraz wizji nowych/starych osób, które będą zarządzać pionem sportowym drużyny. Niby nic, ale – fajnie!
Jeszcze fajniej, że przedstawiciele Śląska zadają sobie trud, by na zaplanowaną na 30 czerwca konferencję prasową zaprosić do Wrocławia jak największą liczbę dziennikarzy. Nie tylko z tego miasta.
Dziękujemy za zaproszenie, urlop nagli, więc nie damy rady dotrzeć, lecz nie omieszkamy nadstawiać ucha i choćby w skrócie o planach najbardziej utytułowanego polskiego klubu koszykarskiego poinformować!
Co ulepi Subotić z Langovicia?
Gdy w dwóch meczach kończących pamiętny ćwierćfinał playoff 2024 Anwil – Spójnia Aleksandar Langović rzucał średnio po 15 punktów, notował po 6 zbiórek i trafił 5/11 za 3, byliśmy przekonani, że więcej go w tym klubie nie zobaczymy. Że po 23-letniego wówczas Serba zgłoszą się inni. Lepsi, bogatsi.
Byliśmy zdziwieni, gdy tak się nie stało. Byliśmy w szoku, gdy na początku kolejnego sezonu Spójnia do Langovicia dołożyła, podpisując z nim dwuletnią umowę, Kacpra Borowskiego.
O poprzednich rozgrywkach i Langović, i wszyscy kibice ze Stargardu chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Jesteśmy niesamowicie ciekawi jak Serb zaprezentuje się w kolejnych pod okiem Srdjana Suboticia w barwach Twardych Pierników. To może być jedna z ciekawszych historii do obserwowania w kategorii „jak ważny dla rozwoju talentu młodych koszykarzy może być trener„.