Aleksandra Samborska: Czas nie zwalnia – zanim się obejrzymy, rozpoczniemy najważniejszą część sezonu! Dziki jako jedyny zespół z PLK wciąż grają na dwóch frontach, więc rytmu meczowego wam nie zabraknie. Czy w najbliższych meczach ponownie zobaczymy pazur, którym tak mocno straszyliście ligowych rywali jeszcze w okresie przygotowawczym?
Ben Vander Plas: Takie mamy założenie! Sezon faktycznie trwa w najlepsze, wiele rzeczy trzeba zmieniać albo dopasowywać z uwzględnieniem tego, że gramy często. Pazur o którym wspomniałaś to głównie efekt siły, także naszego charakteru jako grupy! Okres przygotowawczy zawsze ma to do siebie, że wszyscy są bardzo energetyczni. Koszykarze są wówczas po letniej przerwie, gdy mają czas na doprowadzenie ciała do porządku. Pojawiają się na treningach z nową energią i pasją. Ale chęć rywalizacji z biegiem sezonu może tylko rosnąć. My nieustannie się wzajemnie nakręcamy!
Podkręcacie też regularnie tempo na parkiecie. To styl koszykówki, w którym dobrze się odnajdujesz?
Bardzo, bo to jest generalnie wesoła koszykówka! Jako czwórka nie mam piłki w rękach niewiadomo jak długo, ale po zbiórce w obronie mogę pchać ją do przodu, mogę się sam z nią przemieszczać po boisku, mogę nakręcać kontrę. Generalnie to ja wówczas podejmuję decyzję, przez co każde takie posiadanie może mieć inny efekt końcowy. To jest zbieżne jest z tym, jak wyglądamy w ataku. Nie mówię tu o jakiejś kreatywnej frywolności – bo przecież biegamy jednak w określony sposób – ale po prostu dużo może się wydarzyć.
Nasz trener Marco Legovich dba o to, żeby szybkie tempo gry eksponowało mocne strony poszczególnych graczy – atletyzm, umiejętności rzutowe, czy arsenał dobrych podań… W defensywie nasz obwód dobrze broni na całym boisku, możemy szybko i mocno naciskać. Ja w tym wszystkim oczywiście nie jestem ani najbardziej atletyczny ani najszybszy, ale pomagam drużynie – z głową ustawiam się we właściwych miejscach, by ułatwiać nam grę!
W ekipie masz najlepszego strzelca tego sezonu PLK. Jak ci się gra z Zae Hortonem?
Czasami łapię się na tym, że się zawieszam i – jak kibic – patrzę, co on zrobi! To jest tak niesamowicie utalentowany gość. Jego umiejętności rzutowe są wręcz nierealne!
Poza boiskiem to mega śmieszny facet, fajnie się z nim spędza czas. W naszej szatni jest zawsze wesoło, ale z koszykarskiego punktu widzenia – Zae jest zawsze gotowy do walki! Nie chodzi tylko o te rzuty! Horton świetnie asystuje, jest bardzo mocny fizycznie i dobrze broni. Umie zrobić ze swojego koszykarskiego ciała pożytek. Granie z nim i oglądanie go to jest w tym sezonie dla nas wszystkich olbrzymia frajda.
Grasz w Europie już trzeci sezon, ale mam wrażenie, te dwa pierwsze zamieniły się miejscami – zacząłeś w Bundeslidze skąd jeszcze w pierwszym sezonie przeniosłeś się na Litwę, żeby drugi rozegrać w Szwecji. To był potrzebny krok w tył?
Bardzo! W pierwszym roku po czterech miesiącach przeniosłem się na Litwę, żeby grać więcej. I grałem. Natomiast prawda jest taka, że nie spisywałem się dobrze, przez co moje opcje na drugi rok były ograniczone. Kończąc college złamałem rękę. Przygodę uniwersytecką zamknąłem na stole operacyjnym. W efekcie tego wszystkiego schudłem, straciłem sporo siły, a tu przyjeżdżasz do Niemiec czy na Litwę, gdzie koszykówka się sprowadza w dużej mierze do tej siły właśnie.
Odbudowywanie umiejętności rzutowych po złamaniu i trzech miesiącach zablokowanej ręki to też był trudny proces, a na to wszystko doszło jeszcze przecież przeprowadzka na drugi koniec świata, czas adaptacji w zupełnie nowej rzeczywistości. Czas w Niemczech i na Litwie był dobry pod względem kolegów z drużyn czy klubów jako takich, ale koszykówka w moim wydaniu była wówczas raczej średnia.
Po pierwszym roku w Europie na całe lato zamknąłem się na sali i słowni. Do Skandynawii poleciałem już ze zresetowaną głową, rzutową pewnością i znacznie większą mocą. Gra w Szwecji okazała się bardzo potrzebna. Dobrze się tam czułem, odbudowałem się koszykarsko. Rywalizowałem tam z Tahlikiem Chavezem, który kontrakt z Dzikami podpisał jeszcze przede mną, więc gdy ja prowadziłem rozmowy z klubem z Warszawy i zobaczyłem, kto już z nim podpisał umowę, to od razu pomyślałem – tak, to będzie dobre miejsce.
Miałem dobre przeczucie – Warszawa faktycznie nim jest. Jestem bardzo wdzięczny. Doświadczenia, które zbieram w tym roku są naprawdę ważne.
Sportowe doświadczenia zbierasz pewnie od przedszkola, skoro pochodzisz z Wisconsin. Wiem o tym dobrze, bo to zwariowany na punkcie sportu stan, w którym sama swego czasu chodziłam do szkoły. W co grasz poza koszykówką? Jaki jest Twój ulubiony ser? Które piwo? I kogo z Lambeau poza Aaronem Rodgersem cenisz najbardziej?
Jestem z Ripon, siedmiotysięcznego miasteczka w środkowym Wisconsin. To godzina drogi na północ od Milwaukee. Do college’u pojechałem do Ohio – bo w Wisconsin nie dostałem stypedium – a na ostatnim roku przeniosłem się do Virginii. To były dobre wybory i fajne czasy.
Dorastałem, grając we wszystko. W futbol amerykański, piłkę nożną, bejsbol i golf, który zresztą lubię do dzisiaj! Golf ma to do siebie, że proces myślowy jest zbliżony do tego, który trzeba opanować w koszykówce. Next shot mentality jest niezbędna w obu przypadkach. Jak przestrzelę pierwszą trójkę, czy nie trafię spod kosza – nie mogę odpuścić. W golfie jest tak samo – musisz być pewny swego uderzenia nawet po jego wykonaniu. Mentalnie w obu przypadkach przygotowuję się do gry tak samo.
Jak wszyscy, najbardziej lubię smażone cheese curds (kawałki skrzepniętego sera, popularna przekąska w Wisconsin – przyp. red.), a co do piwa – najbardziej polecam Spotted Cow (rzemieślniczy ale ważony w Wisconsin – przyp. red.). Jeśli chodzi o ulubionych zawodników naszego Green Bay Pacers to będą to rozgrywający Jordan Love i skrzydłowy obrony Micah Parsons.
Mam wrażenie, że Wisconsin i Polska są do siebie bardzo podobne – pogoda, silne więzy rodzinne… Za czym lub za kim tęsknisz jednak najbardziej, grając w Dzikach?
Za rodziną i przyjaciółmi. Wprawdzie miałem już trzy różne wizyty bliskich w Warszawie, ale szczególnie brakuje mi czasu z siostrzenicami – jedna ma 6, druga 4 latka. Rosną szybko, a ja ich nie widzę przez 10 miesięcy. Bardzo za nimi tęsknię, często dzwonię na FaceTime, kiedy tylko jest ku temu sposobność, ale wiadomo – obowiązki i strefy czasowe mocno to ograniczają.
Tych obowiązków sportowych pojawia się tylko więcej i więcej! Z ostatniego europejskiego wywiązałeś się bardzo dobrze. Iraklisowi na Kole rzuciłeś 13 punktów. Co drużynowo poprawić muszą Dziki przed zbliżającym się greckim rewanżem, żeby awansować do półfinału ENBL 2025/2026?
Iraklis to duża, fizyczna i utalentowana drużyna. Mają wielu skutecznych graczy, którzy mogą trafiać seriami. Musimy po prostu odpowiedzieć na ich fizyczność naszą i bić się o każdą zbiórkę. Nie pozwolić im na zbiórki w ataku. Ograniczyć nasze straty. No i oczywiście zachować pełną koncentrację. Mecz będzie odbywał się w Grecji. Graliśmy tam w sezonie zasadniczy, więc wiemy czego się spodziewać. Atmosfera będzie gorąca. Kiedy jednak na boisku będziemy trzymać się razem – w tym rewanżu naprawdę będzie się działo. Jestem zbliżającym się meczem mocno podekscytowany!
Wiem, że generalnie trzymacie się razem – na boisku, ale i poza nim. Te relacje są kluczowe, gdy chce się wygrywać?
Tak, a do tego trzeba lubić rywalizację, w którą my zamieniamy każdy trening. Jeśli chodzi o Dziki w środku to chyba najbardziej zgrana grupa ludzi, jakiej w koszykówce kiedykolwiek byłem częścią. Trener Marco chce dla nas jak najlepiej, a siebie nakręca do pracy równie mocno jak i nas. Super się dla niego gra.
Jak przeanalizujesz nasz skład to od góry do dołu wszyscy mają mentalność zwycięzców – zarówno kapitan „GG” i weteran „Panda” jak i nasza młoda zgraja Amerykanów. Naprawdę się zaprzyjaźniliśmy.
Koszykarsko sami sobie narzucamy naciski i tempo, a poza tym – mocno się mobilizujemy. Po rzutówce na konkursach z połowy walczymy z takim samym nastawieniem, z jakim trzeba się bić o punkty w meczach. PLK jest przewrotna i nieprzewidywalna, na ostatniej prostej musimy się bardzo pilnować.
Przed wami derby Warszawy – Dzikie Towarzystwo czeka na arcyważną wygraną na Kole…
Już na pierwszym treningu po powrocie ze Szczecina rozmawialiśmy o tym, jak wyjątkowo ważny będzie mecz z Legią. Wygraliśmy z nimi na Bemowie w pierwszej rundzie, a klimat tworzony przez sympatyków obu stron był rewelacyjny.
Ta rywalizacja w sobotę ponownie będzie najważniejsza. Legia ma sporo talentu. Jaya Gravesa znam jeszcze z czasów college’u, on może odpalić w każdym momencie. Pluta jest bardzo dobry. Umiejętności Legii nie brakuje! I my, i oni – wszyscy powinniśmy dać w sobotni wieczór kibicom sporo frajdy.
Nasi fani na nią zasługują szczególnie! Mam nadzieję, że nakręcą się w sobotę szczególnie głośno. Wiesz, że na nasz ostatni mecz jechali pociągiem o 5 rano? To jest naprawdę wyjątkowa grupa ludzi. Ich doping nas nakręca.
Sobota ma być dla nich. I dla nas!
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie