poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Strona główna » Samborska: Pojechałam na Kongres Polskiej Koszykówki. Za rok będziesz tam ze mną!

Samborska: Pojechałam na Kongres Polskiej Koszykówki. Za rok będziesz tam ze mną!

0 komentarzy
Sobota spędzona na pierwszym Kongresie Polskiej Koszykówki okazała się długim dniem, ale dawno żadnego wydarzenia nie opuszczałam z tak mocnym poczuciem, że zmiana myślenia o polskim baskecie może być tak blisko – pisze Aleksandra Samborska po serii naszpikowanych koszykarską wiedzą wykładów zorganizowanych w Gdyni przez tercet Tomasz Gielo – Rafal Juć – Michał Michalak.

– Jak tych dwóch się za coś bierze to wiadomo, że to wypali – rzucił w moją stronę po ostatnim panelu pierwszego Kongresu Polskiej Koszykówki Aaron Cel

Nic dodać, nic ująć, w kwestii podsumowania sobotniego wydarzenia, które miało miejsce w Gdyni. Ale zdecydowanie warto o nim napisać więcej!

Pytania w przelocie, agenda for real

– Chyba po raz pierwszy za organizację takiego wydarzenia odpowiadają czynni zawodnicy – rozpoczął dzień na gdyńskim Oksywiu istotnym przypomnieniem trzeci z organizatorów Kongresu, czyli Rafał Juć.

W gąszczu konferencji, gdzie panele to głównie mowa-trawa, inicjatywa Michała Michalaka i Tomka Gielo wydawała mi się od początku tak oddolna, że trudno było ją traktować jak kolejne wydarzenie networkingowe ze wspólną kawą, na którym z dzióbków spijają sobie samozwańczy eksperci. 

Oddolna – to słowo klucz. Drugie istotne? Szczera. Ta inicjatywna była do równie szczera w intencjach, jak szczerzy są Misiek, Tommy i Juciu, czyli do cna.

Tercet organizatorów jest nakręcany przez rozwój oraz myślenie o przyszłości polskiej koszykówce. Do Biblioteki Akademii Marynarki Wojennej pojechałam więc w sobotę z samego rana pewna, że spotkam pozytywnie nakręconych basketem ludzi, którzy zamiast po raz kolejny diagnozować te same problemy i debatować o zmianach na które przecież i tak nie ma budżetu, będą szukali rozwiązań.

W audytorium pojawiło się ok. 150 osób. Trenerzy, rodzice, dyrektorzy sportowi, skauci. Na scenie prelegenci, którzy na co dzień pracują z młodzieżą, a w swojej pracy stawiają cele wykraczające poza programowanie przyszłych zawodowców. Michał z Tomkiem powiedzieli, że pomysł na Kongres zrodził się w odpowiedzi na regularne pytania, które w przelocie zadają im młodzi zawodnicy oraz ich rodzice. Pozornie proste zagadnienia poukładali w agendę, która przez cały dzień prowadziła nas przez kolejne obszary młodzieżowej koszykówki – od relacji po szkolenie.

Kilka przemówień zostawiło we mnie szczególny ślad, gdyż ostatnio coraz częściej towarzyszy mi refleksja, że sport dzieci i młodzieży absolutnie nie powinien być równany z drogą do wyniku, medalu czy, może nawet tym bardziej, zawodowego kontraktu.

Presja sportowa a presja rodziców

Janek Benesz zaczął w swoim stylu – energicznie! Ma dużo fajnych porównań. Choć psychologiem został stosunkowo niedawno, zebrał już sporo doświadczeń w pracy z młodymi i zawodowymi sportowcami. Wiem, jak rozmawia z dziećmi na obozach sportowych. Wiem jak rozmawia ze mną, gdy tego potrzebuję. Pomaga oswoić trudne emocje, uspokoić gonitwę myśli, skupić się na celach. Zachęca do czerpania ze stresu i presji. Nie neguje ich, bo to przecież pod ich wpływem mamy doskonałe okazje do rozwoju.

Zasady, o których mówi Janek w kontekście wspierania dzieci trenujących sport są uniwersalne. Sam sport nie buduje charakteru, ale pomaga go budować. Jest świetnym narzędziem wychowawczym. Przygotowuje do mierzenia się z trudnościami w dorosłym życiu. 

Presja związana z popełnianymi na boisku błędami, czy też braniem odpowiedzialności rzutowej jest nieodłącznym elementem koszykówki. Absolutnie nie ma potrzeby, żeby dokładać dziecku kolejnych oczekiwań. Najważniejsze to pomóc mu unieść te, które basket i tak prędzej czy później przed nim postawi. W samochodzie po treningu monolog lepiej zamienić w dialog. Najlepiej pytaniami, które zachęcają do wypowiedzi dłuższych niż „tak”, „nie”, lub „ok”.

Późna specjalizacja 

Artur Pacek przedstawił konkretne badania i twarde dane zza oceanu. Mniej niż 1 procent dzieci i młodzieży w wieku 6-17 lat uczestniczących w zorganizowanym sporcie osiąga poziom profesjonalny i elitarny w takich dyscyplinach jak koszykówka, piłka nożna, baseball czy futbol amerykański.

Przypomniał wszystkim, że to, czego dzieci potrzebują bardziej od highlighstów to wysokiej jakości ruch, lepsze nawyki i ograniczenie kontaktu z ekranami, które zaburzają efektywny sen i tak ważne w koszykówce widzenie peryferyjne. Dlatego dzieci na treningi sportowe wysyłajmy, żeby umiały zrobić przewrót w przód, przekozłować piłkę wzdłuż boiska i utrzymać koncentrację dłużej niż czas jednego TikToka.

Fantastyczny to był wykład. Słuchałam jak zaczarowana. Pacek dał perspektywę trenera pracującego z graczami PLK, ale jednocześnie też perspektywę rodzica i w bardzo obrazowy sposób wyjaśnił, dlaczego wczesna specjalizacja w jednej dyscyplinie niekoniecznie jest najlepszą drogą rozwoju młodego sportowca. Wręcz przeciwnie – dzieci powinny mieć przestrzeń, żeby do około 14. roku życia próbować różnych dyscyplin, rozwijać różne wzorce ruchowe i czerpać z nich umiejętności, które później mogą wykorzystać także w tej, którą polubiły najbardziej. 

To procentuje. Dowód? Kolejne naukowe wyniki! Przyszli zawodnicy NBA w porównaniu ze swoimi rówieśnikami, wielkimi prospektami z liceów, którzy do najlepszej ligi świata nie trafili, spędzali mniej czasu na zorganizowanym treningu koszykarskim, ale uczestniczyli w większej liczbie innych treningów sportowych i mieli mniej poważnych kontuzji w wieku młodzieżowym. Efekt tego, ze nikt ich na ten wielki sukces w koszykówce od najmłodszych lat nie nastawiał.    

Ten sam język

Nikt tego robić nie powinien. Prawda jest też taka, że aż do 15 roku życia dzieci grają w inny basket. Z inną rotacją. I z inną obroną. O tym przypomniał wszystkim Rafał Juć. 

Pamiętam jak lata świetlne temu opowiadał mi na PKP Powiśle, że będzie pracował w Denver Nuggets. Obecnie w Polsce z jednej strony uosabia wielki świat – jest synonimem wielkiego Nikoli Jokicia, jego wielkich braci oraz mistrzów NBA z 2023 roku – a z drugiej bez zbędnego komplikowania wielkich rzeczy niezrozumiałymi słowami dalej twierdzi, że najważniejsze w sporcie są fundamenty oraz wszechstronny rozwój.

Śmiał się ze mnie siedzący obok Tomek Matyśkiewicz, gdy na karteczkach skrupulatnie notowałam złote myśli. Że ROLA > CYFERKI. Że COACHABILITY to ZAUFANIE i żeby zawsze zwracać uwagę na graczy BEZ PIŁKI. Te zasady się od lat nie zmieniają, nawet gdy sama koszykówka ewoluuje bardzo dynamicznie. 

Nasz człowiek w strukturach jednej z najlepszych organizacji w NBA twierdzi, że młody zawodnik potrzebuje dwóch środowisk – rodziców i trenerów – mówiących tym samym językiem. Że na początkowych etapach nagradzać należy starania, a nie wyłącznie wynik. Jeśli Rafał Juć tłumaczy, że jako skaut w pierwszej kolejności zwraca uwagę na atletyzm i fizyczność młodego zawodnika, potem patrzy na to, jakim jest człowiekiem, jak pracuje i jakich ma wokół siebie ludzi, a dopiero na trzecim miejscu są u niego aspekty czysto koszykarskie – to może warto czasem odpuścić ten wyścig na rzecz rozwoju, którego nie widać już we wczesnym wieku w rubrykach statystycznych?

Na spokojnie pokochaj ten sport

Najważniejsze pozostaje to, czy dziecko naprawdę lubi sport, koszykówkę.

O tym, ile radości miał z oglądania koszykówki jako małolat i jak w wieku 19 lat rozpoczął treningi z pierwszą drużyną Trefla, zyskał miejsce w ekstraklasowej szatni i nie musiał nosić butów do bursy, bo mógł je zostawiać w szafce,w hali z sentymentem opowiadał David Brembly. Wtedy nastolatek, dziś weteran, który tak jak kiedyś dla niego Dylu, dziś jest tym doświadczonym kolegą dla początkujących koszykarzy z pokolenia Z.

Rozmowa Tomka Gielo z Aaronem Celem i Davidem Bremblym pełna była powrotów do przeszłości. Do czasów, kiedy słuchało się więcej, a bycie na treningu pierwszym i wyjście z niego ostatnim wynikało z wewnętrznej potrzeby, a nie z nakazu. Z frajdy, że można było obcować z piłką i z ludźmi. Kiedy mental budowało się poprzez wymaganie.

Wymagajmy dalej! Z tym, że jak co pokolenie – stare oczekiwania trzeba połączyć z dzisiejszą świadomością potrzeb młodego człowieka.

Panowie zgodni byli w tym, że niesamowicie istotnym elementem jest mądra praca, świadomość własnego ciała i umiejętność stawiania granic. Także pokusom, gdy w świat dorosłej koszykówki się dopiero wchodzi.

Aaron opowiadał o zarządzaniu charakterami z pozycji dyrektora sportowego. David, jak to David – stawiał też odważne tezy. Choćby taką, że gdyby Ricky Rubio urodził się jako Polak, do NBA w ogóle by nie trafił. Poza tym wyliczał co jeszcze, poza ciągłymi problemami z dostępnością hal, dzieli nas od lepiej rozwiniętych koszykarsko Niemiec i Francji.

Słuchając chłopaków, myślałam, ile z tej kultury naszej koszykówki zostało w dzisiejszym baskecie. Tej, w której młody zawodnik miał przestrzeń, żeby samemu wejść w sport i zwyczajnie się nim cieszyć. Bez dietetyków, personalnych trenerów i dorosłych próbujących od pierwszego dnia zaplanować mu sportową ścieżkę od A do Z.

Gdzie zgubiliśmy cierpliwość? Gdzie jest miejsce na ciekawość, samodzielność, popełnianie błędów i zwykłe odkrywanie, czy dziecko chce tak naprawdę przy tej koszykówce zostać?

Trenujmy trenerów 

Do wniosku, że wszystkie powyższe dywagacje sprowadzają się do kultury koszykówki doszedł trener Tomasz Niedbalski z WKK Wrocław. Jaka klasa! Razem z trenerem Kamilem Sadowskim z BSA AMW Arki Gdynia w oparciu o aktualną pracę z dziećmi i młodzieżą potwierdzili, jak wiele zmienia się przez wszechobecne „przeszkadzacze”. Apelowali, by dorośli nie wyprzedzali efektów i nie projektowali zbyt szybko ścieżek karier swoich dzieci. Przypominali, że najpierw dziecko musi nauczyć się ruszać i zrozumieć, na czym będzie polegać gra. 

Trener Niedbalski mówił też o minibaskecie. I o tym, że tak samo jak dzieci, wśród których na pewno znajdziemy kolejnych Ponitków, Sokołowskich czy Szumertów, potrzebujemy kolejnych trenerów. I że ci trenerzy muszą być chronieni przed szumem. Że dobrze wykwalifikowany sztab trenerski nie będzie przechodził z rodzicami na Ty i wchodził w relacje towarzyskie. Że przekazy dziecka mogą się różnić od przekazów dorosłego, a uspokojenie ambicji rodziców, nauka przegrywania czy psychologiczne szkolenia pozwolą zmniejszyć presję i cieszyć się ruchem. Oraz koszykarską zabawą. 

Bardzo zaimponowało mi, że w WKK chłopaków, którzy rokują na trenerów wyłapują już z grona trenujących dzieci. Że zamiast grup Whatsappowych korzystają z aplikacji, która pozwala trzymać profesjonalne granice i właściwe pełnienie ról. 

Rozmowy chłopaków z Filipem Kenigiem i panią doktor Patrycją Bałdys, prodziekanem Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych Akademii Marynarki Wojennej ds. studentów, też były ciekawe. Same historie Tomka, który marzył o Ameryce i wyjechał na studia do Virginii oraz Michała, który trzy pierwsze lata w Treflu Sopot zamienił na licencjat z ekonomii na UG.

Kuluarowe wymiany poglądów na to, że nie każde zaproszenie do Stanów to rozsądna opcja tak samo jak nie każda zmiana ośrodka w Polsce okazuje się automatycznie krokiem do przodu.

No i o co chodzi z tą Hiszpanią? Dla kogo takie wyjazdy mogą okazać się pomocne?

Więcej spokoju!

To był długi dzień, ale dawno żadnego wydarzenia nie opuszczałam z tak mocnym poczuciem, że zmiana myślenia o polskiej koszykówce może być tak blisko. I tak blisko nas. Może się rozpocząć od jednego treningu, jednej drużyny, jednej rozmowy z rodzicem, czy też sposobu, w jaki rozmawiamy z dzieckiem. 

Z sobotniego Kongresu Polskiej Koszykówki wyniosłam przede wszystkim jedną świadomość, że wszystkim przydałoby się więcej spokoju! Więcej zaufania do trenerów, cierpliwości wobec dzieci i wiary, że nie każdą decyzję trzeba podjąć za nie już dziś. Że nie każdy czternastolatek musi wiedzieć, czy chce grać zawodowo. Nie każdy wyjazd za granicę będzie lepszy od pozostania w domu.

I, przede wszystkim – że nie każdy trening musi być kolejnym ważnym krokiem w drodze na szczyt. Czasem ważniejsze jest to, by następnego dnia dziecko wciąż chciało z uśmiechem na ustach przyjść na kolejne zajęcia.

Czego najbardziej potrzebujemy w sporcie dzieci i młodzieży? Dorosłych, którzy potrafią wymagać i jednocześnie potrafią czekać. Którzy wiedzą, kiedy podpowiedzieć, a kiedy się cofnąć i pozwolić popełnić błąd. Którzy zamiast pisać dziecku całą historię, pozwolą mu samemu napisać kilka rozdziałów. W tym te najważniejsze!

Misiek, Tommy, Juciu – do zobaczenia za rok. Matys, szykuj kartki. Będzie nas jeszcze więcej!