Playoff rozpoczął się w środę od dwóch szalenie emocjonujących meczów, a ja dzień później na żywo oglądałem mecz w Sopocie. Opuszczając halę, miałem poczucie, że widziałem dwa.
Kłopot Trefla polegał na tym, że ten pierwszy trwał jedynie 5 minut.
Trefl schodzi z gór
Na początku pierwszej kwarty gospodarze rzucili się na Dziki z agresją. Imponującą. Dokładnie taką, którą pamiętamy w ich wykonaniu z czasu, gdy w lutym sięgali o Puchar Polski. Debiutujący w playoff zespół z Warszawy przez chwilę wydawał się tym lekko zaskoczony i chyba nawet onieśmielony.
Ale to był tylko moment. Trefl szybko zaczął przypominać zespół, który… rozpoczyna sezon przygotowawczy. Wyglądało to tak, jakby jego zawodnicy chwilę po ciężkich treningach siłowych nie odzyskali jeszcze świeżości – w mięśniach i szybkości – w reakcji. Przecież ponad połowę z tych 17 trafionych trójek goście trafili rzucając bez obecności obrońcy, albo w sytuacji, gdy był on zdecydowanie spóźniony.
Nie skreślam jeszcze Trefla w tej serii, ale Dziki w dwóch meczach w tym sezonie w Hali Stulecia Sopotu zdobyły 211 punktów. Rzucając do zwykle uchodzących za nieprzyjazne dla gości, twardych obręczy trafiły aż 30 trójek. Mają prawo wyjść na sobotni mecz pewni siebie.
Bardzo ciekaw jestem jak w tym meczu wypadnie Szymon Zapała. W czwartek, debiutując w playoff PLK, wypadł co najmniej nieporadnie. Nie mam wątpliwości, że po tym występie ofensywa Dzików znów będzie w niego celowała. Zobaczymy jak zareaguje Mikko Larkas i jak sam – było nie było – reprezentant Polski na to odpowie.
Ale, ale – Landrius Horton też będzie lepszy.
Łączyński – wystąp!
Nie przepadam za określeniem „frajerska porażka”, lecz w przypadku tej, którą we Wrocławiu poniosła Arka jest ono jak najbardziej uzasadnione. Choćby ze względu na to, że w jej barwach gra doświadczony tercet Kamil Łączyński – Jarosław Zyskowski – Jakub Garbacz.
Oni sami – szczwane koszykarskie lisy – nie powinni dopuścić do roztrwonienia 14 punktów w ciągu 4 minut.
Wyciągnięta nagle przez Śląsk obrona switch była agresywna, ale nie powinna wywołać w grze Arki aż takiego spustoszenia, by przez kilka ostatnich minut świetnie grający Zyskowski nie otrzymał żadnej szansy na przełamanie impasu zespołu. Żadnej! Choćby nawet próby wymuszenia faulu. Nie miał żadnej akcji pod siebie.
To nie jest zawodnik, który sam może wykreować coś z niczego. Rywale starali się odcinać „Zyzia” od piłki, ale Mantas Cesnauskis powinien mieć na to odpowiedź. „Łączka” też. To gracz, który rzadko – jak w środę – notuje więcej strat (7) niż asyst (5). Jeśli niczego nie przeoczyłem, ostatni mecz z tak dużą liczbą zgubionych piłek zaliczył w PLK w październiku… 2022 roku.
Hm, to właściwie pocieszająca informacja dla Arki przed meczem nr 2. Skoro bez choćby przeciętnie grającego „Marszałka” goście byli tak bliscy zwycięstwa w meczu nr 1, to wciąż powinni mocno wierzyć, że do Trójmiasta wrócą z 1:1.
Ale ta porażka ze środy musi ich mentalnie boleć. A powinna głównie sportowo wkurzać!
Gray sobie, Śląsk sobie
Śląsk? MImo zwycięstwa na dzisiaj nie kupuję tej drużyny jako kandydata do walki o mistrzostwo.
Wrocławianie wyrwali mecz agresją w obronie, ale to co zaprezentowali po drugiej stronie boiska to był na tym etapie sezonu jakiś dramat, a nie zespołowa gra w basket. Kadre Gray w końcówce uratował WKS, zaliczył kilka naprawdę wielkich akcji, ale momentami można odnieść wrażenie, że gra jakby poza zespołem. Niczym wcześniej Issuf Sanon. Z reakcji kolegów z zespołu Graya można nawet odczytywać więcej – że na ławce jest zespół i jest osobno Kadre. W playoff takie historie rzadko kończą się happy endem.
Jacek Winnicki ma twardy orzech do zgryzienia. Tak pod względem planu taktycznego na grę w ataku, jak i okiełznania mentalnego tej mocno chaotycznej, ewidentnie zwichrowanej obecnie drużyny.
Czy powrót do gry Noah Kirkwooda może odmienić Śląsk? Wykluczyć tego nie można, to jest gracz przez wielkie „G”. Póki co jednak we Wrocławiu pięknie wyglądają w playoff tylko zielone trybuny Orbity. Brawa dla klubu za akcję z koszulkami!
Stolica rządzi, Legia – przerośnięty przedszkolak
140.8 punktów na 100 posiadań – Dziki.
135.1 punktów na 100 posiadań – Legia.
To efektywność ofensywa dwóch stołecznych drużyn w playoff. Kosmiczna i przerastająca o głowę konkurencję. Oczywiście, mówimy o najmniejszej z możliwych próbek, ale wewnątrzwarszawski półfinał zdecydowanie pojawił się na horyzoncie.
Gdybym był szaleńcem i miał po pierwszych meczach playoff ułożyć power ranking jego uczestników, prezentowałby się on obecnie następująco:
1. Legia
2.-8.: wszystkie pozostałe drużyny, ex aequo
Mistrz Polski odjechał ligowej stawce. Wygląda jak drugoklasista, który na chwilę wrócił do przedszkola, by zbić piątkę ze swoimi wychowawczyniami, a młodsi koledzy namówili go do rywalizacji.
Gdy tercet Race Thompson – Carl Ponsar – Shane Hunter będzie rzucał jak w pierwszym meczu z MKS 17/24 z gry i tak mocno dominował pod koszami, tym razem w walce o złoto możemy doczekać się mniej emocji niż zwykle.
O wygranym aż 100:66 pierwszym starciu z MKS nie ma sensu dłużej dyskutować. Moja fraza „mecz się odbył, a wygrała go drużyna lepsza” zamyka temat.
Co wymyśli Miłoszewski?
Osobnym pozostaje wybór drużyny z ostatniego ćwierćfinału, która potencjalnie mogłaby sprawić Legii – gdy na potrzebę tej analizy na chwili pominiemy Arką i Śląsk – najwięcej problemów w finale. Po pierwszym meczu w Szczecinie nie podejmują się jej wytypować. Sporym zaskoczeniem jest fakt, że w rywalizacji drużyny, która zakończyła sezon zasadniczy na 8. miejscu z tą, która była o krok od pozycji lidera nie było widać większej różnicy.
Jeszcze większym – okoliczności! Andrzej Mazurczak sam się wyeliminował z połowy tego meczu, Chavaughna Lewisa wyeliminowała kontuzja, a Zastal wciąż był bliski sukcesu. Mecz był bardzo ciekawy i pod względem pomysłów obu trenerów stał na wyższym poziomie niż ten we Wrocławiu.
Przed drugim Arkadiusz Miłoszewski musi jednak czymś swojego byłego asystenta spróbować zaskoczyć. Nie zdziwiłbym się, gdyby Zastal w większym stopniu sprawdził skuteczność Kinga w rzutach z dystansu – w ostatnich dwóch meczach zaliczyli tylko 12/43 – decydując się na częstsze podwajanie Nemanji Popovicia.