Strona główna » Mindaugas Kacinas: Spełniłem marzenia, ale sopocki sen jeszcze się przecież nie skończył

Mindaugas Kacinas: Spełniłem marzenia, ale sopocki sen jeszcze się przecież nie skończył

0 komentarzy
– Na Litwie wszyscy kojarzą Trefla. Przy podpisywaniu kontraktu nawet myślałem sobie „poprzeczka wisi wysoko, nie mogę wypaść na najsłabszego Litwina w historii klubu” – mówi w rozmowie z Aleksandrą Samborską Mindaugas Kacinas, który niedawno w wieku 32 lat zadebiutował w reprezentacji swojego kraju.

Aleksandra Samborska: Co to jest za czas dla Mindaugasa Kacinasa! Na świat dopiero co przyszedł twój pierworodny syn, zadebiutowałeś w seniorskiej kadrze Litwy przed własną publicznością w rodzinnej Kłajpedzie, a jakby tego było mało, to Trefl zdobył jeszcze Puchar Polski 2026! Sopot już po kilku miesiącach jest chyba dla ciebie miejscem wyjątkowym?

Mindaugas Kacinas: Tak, to nie może być przypadek, że tak u mnie się to wszystko ostatnio układa! (śmiech) Narodziny mojego syna, Atlasa, to na pewno sprawa, z której dziś jestem najbardziej dumny. Ale sopocki sen trwa. Nie chcę się z niego budzić jak najdłużej!

Trefl to drużyna złożona z niezłych fizoli, a atletyzm nie jest akurat tym atutem, który wskazałabym w skautingowej analizie twojej gry jako pierwszy. Dobrze się odnajdujesz w takim zestawie kolegów?

Gdybym do niego nie pasował to trener latem by się ze mną nie skontaktował. Mamy tu solidnie zbudowany system, w który swoją rolą zostałem wpasowany. Zresztą bardzo się z tego cieszę, bo lubię grać dla Mikko. Byłem jednym z ostatnich podpisów Trefla zeszłego lata. W koszykówce jak to w koszykówce – trzeba mieć koneksje. Mój agent dobrze zna trenera Larkasa, który stwierdził, że mój profil bardzo mu odpowiada i pod koniec wakacji, kiedy Mikko był już po swoich reprezentacyjnych obowiązkach, szybko doszliśmy do porozumienia.

Sam Sopot miał dla ciebie znaczenie? Tu przed laty po parkiecie biegali tu twoi wyjątkowi rodacy…

Na Litwie wszyscy kojarzą Trefla, przy podpisywaniu kontraktu nawet myślałem sobie – poprzeczka wisi wysoko, nie mogę wypaść na najsłabszego Litwina w historii klubu (śmiech) Poza tym wreszcie jestem blisko Kłajpedy. No i tu, w Sopocie, jest jak w Kłajpedzie! Bałtyk, hanza, te sprawy…

Wiem, że do Trójmiasta przyjeżdża coraz więcej turystów z Litwy, wkrótce odwiedzi nas również moja rodzina. Przygotowuję ich na to, że będą się czuli, jak w domu. 

Słabo w sopocko-litewskim zestawieniu na pewno nie wypadasz. Sypiesz tróje z narożnika jak twoi litewscy bracia…

Mam duży komfort w grze pick’n’popów, to zresztą zawsze była moja mocna strona. Rzuty z dystansu mi wpadają, bo to dobre odzwierciedlenie naszego ataku. Mikko regularnie nam powtarza, żebyśmy dzielili się piłką, żeby krążyła szybko, żebyśmy mieli ją w rękach. To każdemu daje komfort frajdę z gry, co zawsze wpływa na rzutową celność!

Koszykówka na Litwie to radość, ale i nobilitacja, prawda?

Oczywiście. Jak byłem mały tata zapisał mnie do koszykarskiej akademii. Basket to wybór 95 proc. litewskich rodziców, ja tego koszykarskiego bakcyla też szybko załapałem. Pokochałem ten sport! Wszyscy koledzy z podwórka też grali w kosza, rzucaliśmy cały czas.

Dwa tygodnie temu w wieku 32 lat zadebiutowałeś w reprezentacji Litwy – w meczu eliminacji do MŚ w swoim rodzinnym mieście. Jakie to było uczucie?

Niesamowite. Spełnienie marzeń! W obecności żony, syna, najbliższej rodziny wszystko działo się tak szybko! Telefon z reprezentacji otrzymałem przed wyjazdem do Sosnowca na turniej o Puchar Polski. Padło pytanie, czy przyjadę, bo w kadrze jest kilka kontuzji. Wiadomo, że nie mogłem odmówić, ale nie wiedziałem, jak uda się to pogodzić z pucharem. Tyle gry w tak małym odstępie czasu. Powiedziałem, że odezwę się, jak tylko skończymy puchar. W Sosnowcu wygraliśmy, a ja dzień później rano byłem już w drodze na Litwę.

Jak było na kadrze? Zestaw trenerski macie teraz legendarny – zespół prowadzi Rimas Kurtinaitis z Tomasem Pacesasem!

Było intensywnie. Wiedziałem, czego się spodziewać, bo u Pacesasa grałem w kadrze U20, a Kurtinaitis był trenerem Rytasu, kiedy jeszcze grałem w Neptunasie na Litwie. Dynamika koszykówki się zmienia, ale fundamenty zostają te same.

Te same zostają też emocje, szczególnie te derbowe. W meczu Żalgiris – Rytas nigdy nie zagrałeś, ale czy masz doświadczenia z podobnych pojedynków? Jesteś gotowy na poniedziałkowe starcie Trefla z Arką?

Grałem w Derbach Galicji między CB Bregoan a Obradorio, to były zawsze ciekawe, głośne mecze, dlatego wiem, jak się przygotować i czego spodziewać się w poniedziałkowym rewanżu.

Od derbów między Treflem a Arką w pierwszej rundzie sezonu dużo się zmieniło, zarówno u nas jak i u nich. Cieszę się, że do gry po kontuzji wrócił już Einaras Tubutis, mecz na pewno będzie bardzo fizyczny. Zresztą jak każdy w PLK! Nasz trener zawsze podkreśla, że wszystko zaczyna się od tego, kto mocniej naciskał będzie już od pierwszych sekund. Musisz pierwszy zaatakować, nie możesz zostać zaatakowany.

Lubię grać w Polsce, tu naprawdę każdy mecz, szczególnie jak grasz na wyjeździe, może się potoczyć w dwie strony. Tu nie chodzi o detale, a o to, kto bardziej chce, kto bardziej ciśnie. Zawalczy o tę jedną piłkę, zbiórkę, ale bardziej! Są takie ligi, że masz topowe ekipy, które będą lały innych pięćdziesięcioma punktami, ale to nie jest PLK. Koncentracja od pierwszej kwarty, z każdym, zawsze! Wtedy można wygrywać, także derby!

Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie