Aleksandra Samborska: Czy ubiegłoroczny triumf w Pucharze Polski był największym sukcesem w sportowym w życiu Darka Wyki?
Dariusz Wyka: Na pewno jednym z największych! Na tym samym poziomie stawiam również awans do finału playoff z Legią Warszawa trenera Wojciecha Kamińskiego po pokonaniu Ostrowa w sezonie 2021/2022 i Puchar Polski zdobyty z warszawskim klubem w 2024 roku, również w Sosnowcu. Zeszłoroczny triumf z Górnikiem Zamek Książ na pewno był jednak najbardziej wyjątkowy, bo zdobyliśmy to trofeum jako beniaminek, ku uciesze absolutnie wyjątkowej społeczności. Szaleństwo, które rozpętało się po końcowym gwizdku nie miało sobie równych. Nigdy czegoś takiego w swojej karierze nie doświadczyłem!
Co najbardziej zapamiętałeś z ubiegłorocznego turnieju w Sosnowcu?
Szatnię! (śmiech) Pamiętam, że kiedy przyjechaliśmy do Sosnowca rok temu została nam przydzielona ta sama szatnia, z której korzystaliśmy z Legią, zdobywając Puchar Polski w 2024 roku. Pomyślałem wtedy: „Oho, może to jakiś znak?”. Z nikim się tym przemyśleniem jednak nie dzieliłem.
Dopiero po ćwierćfinałowej wygranej przebąknąłem do trenera, że w sumie to z Legią mieliśmy tą samą szatnię i wygraliśmy turniej. Po półfinale uwierzyłem, że to naprawdę nie był przypadek. Po finale już byłem pewien, że to było zrządzenie losu i mogliśmy świętować sukces w tej „szczęśliwej” szatni. I poza nią!
Te świętowanie musiało smakować wyjątkowo, bo wyjątkowych macie fanów…
Tak, Wałbrzych i kibice Górnika są ze mną idealnie spasowani. Ja się długo nie zastanawiam – żona się śmieje, że najpierw robię, a później myślę, więc ta kibicowska porywczość w Wałbrzychu to właściwie cały ja! Całe miasto żyje klubem, koszykarska ekstraklasa była Wałbrzychowi potrzebna jak tlen!
Z naszymi kibicami cały czas jestem w kontakcie! Ostatnio pojechałem kupić wycieraczki do samochodu i każdy, kogo napotkałem po drodze wiedział kim jestem, zbił piątkę, powiedział, że trzyma kciuki. Ten boom na kosza nie słabnie. Myślę, że gdyby hala była na 6 tysięcy ludzi, to 6 tysięcy ludzi by się na naszych meczach stawiało. Każdy żyje basketem, jest Górnikiem zainteresowany. Czasem ciężko mi nawet zrobić zakupy, bo od razu dostaję 100 pytań. Ale jak ja to lubię! To są świetni ludzie, patrioci z krwi i kości.
Lubię interakcje z kibicami, nigdy nie odmówię im zdjęcia czy rozmowy, bo wiem, jak im na nas zależy! Ci fani po prostu chcą, by Górnik grał jak najlepiej. Wiem, ile to kosztuje ich energii, dlatego nigdy nie przechodzę obok nich obojętnie.
Czuję też, że klub i fani obdarzają mnie pełnym zaufaniem. To mi dodaje sportowych skrzydeł. Mogę się odpłacać bitką na boisku i dbałością o organizację dookoła.
Atmosfera w Wałbrzychu sprzyja także twojej formie. Jak to jest, że lata lecą, a Darek Wyka cały czas konsekwentnie robi na parkiecie swoje?
Tak, że nie jestem łasy na punkty, że po prostu… chowam na boisku swoje ego do kieszeni przez co innym zawodnikom gra się ze mną dobrze. Tu postawię twardą zasłonę, tam się pobiję o jakąś bezpańską piłkę, gdzie indziej po prostu wepchnę głowę tam, gdzie nikt inny by nie wcisnął nawet ręki czy nogi.
Myślę, że to się przekłada na boisko i generalnie na całokształt, bo lubić i szanować musimy się nie tylko na treningach i podczas meczów. Także w drużynie, w klubie zawsze można na mnie liczyć. Kiedy ktoś zadzwoni, nawet w środku nocy, że czegoś potrzebuje – zawsze jestem gotowy do pomocy!
Amerykanie mówią o takich graczach jak jak „glue guy”. Coś w tym jest, lubię łączyć ludzi. Wyniosłem to z domu.
Drużynowa forma Górnika pozostawia jednak w tym sezonie PLK sporo do życzenia… Macie jeden z najsłabszych ataków w PLK, a mimo to wygrywacie mecze. Nawet te z tylko jedną celną trójką. Dzięki temu wywalczyliście awans do turnieju w Sosnowcu. Jakim cudem?
Faktem jest, że mamy jeszcze bardzo wiele do poprawy w tym sezonie. Na pewno musimy się lepiej dzielić piłką, to przede wszystkim, bo bez podań, bez asyst po prostu nie wyprodukujemy większej liczby punktów. Indywidualnie to w naszej lidze można wygrać jeden, dwa, trzy mecze. Tyle.
Dlaczego wciąż wygrywamy? Dzięki naszej twardej obronie. Dobrze wymuszamy faule, ale pracujemy też nad tym, żeby się lepiej rozumieć, żeby grać płynniej – jak Górnik w ubiegłym sezonie, kiedy mieliśmy trzech muszkieterów, których obudowywała cała reszta. Wszyscy musimy dobrze zrozumieć swoje miejsca w zespole i dalej agresywnie bronić. Wiemy, że obrona Górnika jest dobra, z tego chcemy słynąć i tak wygrywać kolejne mecze. Czasem możesz nie trafić, ale zawsze musisz dobrze bronić!
Dobrze bronicie razem z innym, doświadczonym już w PLK środkowym – Barretem Bensonem. Jak układa się ta boiskowa współpraca?
Bardzo dobrze. Kiedy Grzesiu Kulka wypadł na dłuższy okres z gry z powodu urazu, zaczęliśmy grać razem w piątce, bo ktoś musi zmieniać Jogiego. To funkcjonuje całkiem dobrze. Jesteśmy więksi, pozwalamy sobie na obronę strefą i łatamy dziury, a kiedy w międzyczasie Tauras wychodzi jako „trójka” to okazuje się, że mamy naprawdę wysoki skład, a wtedy ciężko przeciwnikom wjechać pod kosz czy nawet oddać rzut. Jesteśmy naprawdę duzi!
Może nawet więksi niż twoje Bolestraszyce! Czy koszykarski łucznik w rodzinnych stronach to dziś największa gwiazda w całym sołectwie?
Wieś jest spora, mieszkańców mamy dziś ok. 1200. Mamy 6 przystanków autobusowych, a do Przemyśla tylko 7 kilometrów. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z koszykówką w Jarosławiu, nieraz uciekał mi autobus i musiałem tych 7 kilometrów z Przemyśla pokonywać wieczorami pieszo.
Czy jestem w Bolestraszycach popularny? No pewnie, każdy mnie zna. Zawsze, kiedy wracam na wioskę i widzę tych skurczybyków pod sklepem, to oni już wiedzą, że będzie bal! (śmiech), że Dariusz coś kupi, coś postawi. Cieszą się oni. Cieszę się też ja.
Bardzo szanuję swoich sąsiadów, bo dobrze wiem, że nie jest łatwo wyrwać się z wioski. U nas w rodzinnym domu też się nie przelewało, do tego ludziom często towarzyszy strach przed wyjazdem w nieznane. Pamiętam, jak jechałem na swój pierwszy kontrakt do Siarki Tarnobrzeg. Płakałem, że sobie nie poradzę. Ale szybko złapałem kontakt z innymi i już po chwili było dobrze!
Jestem bardzo małomiasteczkowy. W dużych miastach ludzie nie patrzą na siebie tak jak na wioskach. Uwielbiam interakcję z drugim człowiekiem. Nas w domu była siódemka rodzeństwa, zawsze coś się działo, zawsze była jakaś zabawa, dlatego dziś też chętnie zapraszam do siebie chłopaków z drużyny na planszówki. Nie może być nudy.
Teraz i tak dużo się zmieniło, na wiosce są organizowane wydarzenia, atrakcje, rodzice zawożą swoje dzieci na zajęcia do miast. Kiedyś, żeby się wyrwać, jechało się do pracy za granicę, zarabiało pieniądze, wracało i znowu wyjeżdżało. Mam nadzieję, że moja sportowa historia też jest dla dzieci z naszego regionu bodźcem do treningu i pokazuje, że można, że im też się da!
Jak zaczęła się twoja przygoda z koszykówką?
Na pierwszy trening Polonii zaprowadził mnie brat. Pojechał ze mną do Przemyśla, do trenera Krzysztofa Młota. Miałem jakieś 15-16 lat, nie miałem złych nawyków, wszystko szło do przodu. Zauważyli we mnie potencjał i po jakichś 14 meczach przeszedłem do Znicza Jarosław.
Jak Dariusz Wyka wspomina swoich pierwszych trenerów?
Trenerom Krzysztofowi Młotowi i Maciejowi Milanowi naprawdę wiele zawdzięczam! Kazali rzucać za trzy, kiedy miałem otwartą pozycję. Zawsze powtarzali, że mam wierzyć w siebie i wierzyć, że mam 50 proc. szans na to, że wpadnie. Albo wpadnie albo nie wpadnie – przekonywali!
To oni zrobili z ciebie środkowego na miarę współczesnego basketu – rzucającego z dystansu?
Tak, trenerzy Milan i Młot widzieli, że jestem długi, ale nie przyspawali mnie pod sam kosz, tylko właśnie pozwalali rzucać. Mówili: „Darek, masz dobry rzut, musisz rzucać, bo wtedy będziesz wyciągał dużych zawodników spod kosza i naszym małym będzie się łatwiej mijało i grało”.
Ze swojego łuku korzystasz całą karierę. Nie żałujesz trochę, że w Legii nie doczekałeś mistrzostwa Polski?
Nie, to była decyzja nowego trenera, a ja nie chcę grać tam, gdzie nie pasuję do czyjejś wizji. Naciskanie, że chcę zostać byłoby zupełnie bez sensu. Rozstaliśmy się w dobrej atmosferze, mamy kontakt, śmiejemy się, rozmawiamy. Wychodzę z założenia, że nie można robić drugiemu złego, bo to może wrócić ze zdwojoną siłą. Bez sensu jest być zawziętym skurczybykiem, bo w życiu naprawdę różnie bywa. Poza tym jestem teraz w Górniku, z nim znowu jadę na turnieju o Puchar Polski. Do Sosnowca. To wyjątkowy klub i wyjątkowo dla mnie miejsce!
Obronicie zdobyty w 2026 Puchar Polski?
Jeśli wygramy pierwszy mecz – to dlaczego nie? Do Sosnowca jedziemy, myśląc tylko o pierwszym meczu. Nie oszukujmy się – wiemy, że nie wyglądamy jeszcze w pełni optymalnie, a do tego już w ćwierćfinale spotkamy się z drużyną z samej góry tabeli, podczas gdy my awans do Pucharu zdobyliśmy rzutem na taśmę. To jednak tylko jeszcze bardziej mobilizuje nas do ogromnej walki w pierwszym meczu. Będziemy robić wszystko, by grać w Sosnowcu aż do niedzieli, ale naszym pucharowym priorytetem jest Arka w czwartek o 20:30!
Ciekawy jestem, do której szatni trafimy tym razem.
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie