Strona główna » Zza kulis PLK: Rozległe krwawienie Legii. Jak je zastopować? Młócka może być jakościowa!

Zza kulis PLK: Rozległe krwawienie Legii. Jak je zastopować? Młócka może być jakościowa!

0 komentarzy
Porażka Legii z Heidelbergiem była przygnębiająca, mroczna i dołująca. Była ponura niczym grudniowy wieczór w Europie środkowo-wschodniej. Ponieważ była już też szóstą z rzędu mistrzów Polski – stawia decydentów Legii przed ważnymi pytaniami. Dotyczą one nie tylko spraw fundamentalnych – z określeniem roli, którą może w tym zespole pełnić Jayvon Graves włącznie – ale także najbliższego meczu ligowego w Gliwicach.

Zaledwie pięć z siedemnastu rozegranych spotkań wygrali w bieżącym sezonie koszykarze MLP Academics Heidelberg. Przyjeżdżając do Warszawy wciąż pozostawali bez zwycięstwa na wyjeździe.

Gdy do przerwy na Torwarze mistrzowie Polski prowadzili 48:27, końcowego zwycięstwa pewni byli wszyscy – kibice, dziennikarze i chyba, niestety, również sami koszykarze warszawskiego zespołu.

W ich przypadku świadczyły o tym pierwsze akcje z trzeciej kwarty.

Krwawienie starał się zahamować trener Heiko Rannula, ale po raz kolejny w ostatnich tygodniach nie był w stanie tego dokonać. Legia poniosła już szóstą porażkę z rzędu, gdy uwzględnimy mecze ligowe oraz pucharowe.

Ta środowa była jednak zdecydowanie najbardziej bolesną. Zarówno ze względu na okoliczności, jak i jej efekt – nagłą utratę szans walki w barażach o awans do drugiej fazy Ligi Mistrzów.

Wnioski?

„Byliśmy jak tonący statek”

Podczas pomeczowej konferencji prasowej, zanim jeszcze zdążyłem się estońskiego szkoleniowca zapytać co tak naprawdę wydarzyło się w trzeciej kwarcie, on sam zaznaczył, że nie wie jak to wytłumaczyć. Rannula porównywał grę swojego zespołu do procesu trudnego do uwierzenia zatapiania statku.

Przy okazji – doceniam jego profesjonalizm względem mediów. Choć Estończyk był w mocnym stanie pomeczowego przybicia i tak starał się dogłębnie odpowiadać na wszystkie pytania. Sam trenera Rannulę zapytałem między innymi o wspólne cechy przegranych trzech spotkań Ligi Mistrzów na własnym parkiecie. W końcu we wszystkich Legia traciła szansę na zwycięstwo w zaciętych końcówkach.

Tak samo było zresztą było również w niedawnym ligowym meczu w Wałbrzychu.

Jak zatamować krwawienie?

Po powyższej odpowiedzi, nie mogłem nie pociągnąć tematu, więc zapytałem się, czy naprawienie problemów Legii w decydujących momentach spotkań jest w tym momencie w ogóle wykonalne.

Nie ma co ukrywać, że graczem sprowadzonym do trafiania najważniejszych rzutów w tym sezonie jest choćby Jayvon Graves. O delikatnym rozczarowaniu grą Amerykanina w Warszawie wspominałem już w „Pocztówce z Wałbrzycha”. Po środowym meczu będzie ono niewątpliwie narastać.

Graves zdobył co prawda 19 punktów, ale trafił zaledwie 6 z 17 rzutów z gry.

Przede wszystkim – spudłował dwa najważniejsze, które mogły dać Legii zwycięstwo. Najpierw w regulaminowym czasie, a następnie w pierwszej dogrywce.

Nie mniej niż same niecelne rzuty, Legię i jej trenera mogą martwić okoliczności ich oddawania. Graves nie wykorzystał w pełni pozostającego mu czasu. Nie zauważył lepiej ustawionych kolegów. To na pewno nie są cechy lidera, który ma w końcówkach spotkań zapewniać zwycięstwa, czy to trafiając te najważniejsze rzuty, czy po prostu podejmując najlepsze możliwe decyzji w danym momencie.

Te przysiady Andrzeja Pluty jr w obu powyższych akcjach były bardzo wymowne.

Decyzja Gravesa typu „wezmę to na siebie” bolała zwłaszcza w drugiej z pokazanych akcji, gdy Amerykanin miał po swojej stronie parkietu niekrytego Plutę. Tego samego, który chwilę wcześniej celnym rzutem trzypunktowym doprowadził do remisu.

Inną kwestią jest to, że w tej drugiej sytuacji reprezentant Polski być może w ogóle nie powinien pozbywać się piłki, ewentualnie – Ojars Silins powinien wykonać w jego kierunku powrotne podanie.

Powracającym problemem Legii pozostają również rzuty wolne. Przeciwko Heidelbergowi cały zespół spudłował ich aż 16. Drogę do kosza znalazło tylko 22 z 38 wykonanych. Pudłowali szczególnie podkoszowi warszawskiego zespołu – Shane Hunter trafił 8 z 14, a Race Thompson zaledwie 2 z 6.

W przypadku tego drugiego z Amerykanów – powszechnie chwalonego za swoje występy od czasu powrotu po kontuzji – po raz kolejny powtórzyła się również sytuacja z dwoma spudłowanymi rzutami wolnymi w czwartej kwarcie spotkania. Wcześniej Thompsonowi przydarzyło się to w przegranych meczach z Treflem i przywoływanym już wyjazdowym spotkaniu z Górnikiem w Wałbrzychu.

Problemy z odpornością psychiczną, czy z kondycją? Kwestia do przeanalizowania dla sztabu szkoleniowego Legii.

Przystanek Gliwice

Niewykluczone jednak, że okazji do złapania oddechu Thompson w najbliższym czasie wcale nie będzie miał więcej.

Poszerzona na spotkanie z Heidelbergiem rotacja w czekającym Legię w sobotę meczu wyjazdowym z GTK w Gliwicach wcale nie musi być równie szeroka.

Ojars Silins wystąpił praktycznie bez treningu, a Andrzej Pluta w ostatnim czasie zalicza średnio może półtora treningu w tygodniu – tak sytuację zdrowotną tej dwójki skomentował szkoleniowiec Legii, który w najbliższych tygodniach pozostanie również przecież bez kontuzjowanych na dłużej Michała Kolendy i Matthiasa Tassa.

Igranie ze zdrowiem zawodników jest zawsze obarczone ryzykiem, lecz siódma porażka z rzędu porażka i to poniesiona na parkiecie zespołu, który w pierwszych dziesięciu kolejkach Orlen Basket Ligi wygrał tylko dwukrotnie – też byłaby niemałym ryzykiem. Decydentów Legii czekają w najbliższych godzinach trudne wybory.

Zniecierpliwienie wokół zespołu mistrza Polski niewątpliwie się wzmaga. Po przegranej z Heidelbergiem na Torwarze można było zaobserwować pouczające rozmowy (monologi?) najbardziej zagorzałych fanów Legii względem swoich koszykarzy.

Marzenia są piękne

O ile wygrana Legii wydawała się jej obowiązkiem, to w starciach Śląska i Trefla z rywalami z hiszpańskiej ACB ewentualne zwycięstwa należało rozpatrywać bardziej w kategorii niespodzianki. Lub nawet sensacji.

Do takowych ostatecznie nie doszło, choć oba zespoły miały swoje dobre momenty.

Wrocławianie nie tylko prowadzili do przerwy różnicą 11 punktów, ale jeszcze w czwartej kwarcie – jak zwykle znakomity, Noah Kirkwood (19 pkt) – ponownie wyprowadził ich spektakularnymi zagraniami na prowadzenie.

Swoje radosne chwile mieli również fani w Ergo Arenie. Szczególnie widoczne i słyszalne były one w trzeciej kwarcie, gdy za sprawę serii punktowej 19:6 gospodarze na moment doprowadzili do remisu po „trójce” Dylana Addae-Wusu.

Podwójna lekcja hiszpańskiego

W decydujących momentach obu polskim zespołom zabrakło jednak jakości i umiejętności uniknięcia błędnych decyzji.

Przekonali się o tym choćby Jakub Nizioł i Kasper Suurorg. Kto wie, być może na naszych ligowych parkietach PLK ich zagrania zakończyłyby się powodzeniem?

W sytuacjach meczów „na styku” z drużynami hiszpańskiej ekstraklasy takie błędy rzadko jednak pozostają bez konsekwencji.

Warto zauważyć, że Śląsk bardzo dobrze funkcjonował w spotkaniu z BAXI Manresą dopóki toczyło się one w stylu hiszpańskim – do przerwy wrocławianie zdobyli aż 54 punkty. Problemy zaczęli mieć za to po przerwie, gdy tempo zwolniło, a gra hiszpańskiej ekipy bardziej przypominała fizyczną młóckę znaną z parkietów Orlen Basket Ligi.

Tyle, że była to młócka bardziej jakościowa. Jej przykładem był choćby hiszpański weteran Pierre Oriola (14 pkt + 8 zb.), który w decydujących momentach radził sobie nawet z rosnącym koszykarsko jak na drożdżach Jakubem Urbaniakiem (16 pkt + 7 zb.).

Mimo porażki 90:96 trener Ainars Bagatskis był stosunkowo zadowolony z postawy swoich zawodników, chociaż raz nie powstrzymał się przed kąśliwym skomentowaniem powolnych postępów swoich koszykarzy w dwóch elementach koszykarskiego rzemiosła.

Wysiłek włożony przez swoich koszykarzy w przegranym 77:93 meczu z UCAM Murcia doceniał również Mikko Larkas, trener Trefla. Fiński szkoleniowiec nie mógł być jednak oczywiście zadowolony ze sposobu ich gry w decydujących minutach czwartej kwarty.

Tak czy inaczej – środowe 0-3 PLK na europejskiej scenie koszykarskiej zasmuciło, a o okolicznościach porażki i straconego awansu Legii nie zapomnimy pewnie jeszcze długo. Przynajmniej do czasu, gdy polski klub w nowym formacie tych rozgrywek W KOŃCU przez tę cholernę pierwszą rundę grupową przebrnie.

Może za rok? Oby.