Zaledwie pięć z siedemnastu rozegranych spotkań wygrali w bieżącym sezonie koszykarze MLP Academics Heidelberg. Przyjeżdżając do Warszawy wciąż pozostawali bez zwycięstwa na wyjeździe.
Gdy do przerwy na Torwarze mistrzowie Polski prowadzili 48:27, końcowego zwycięstwa pewni byli wszyscy – kibice, dziennikarze i chyba, niestety, również sami koszykarze warszawskiego zespołu.
W ich przypadku świadczyły o tym pierwsze akcje z trzeciej kwarty.
Krwawienie starał się zahamować trener Heiko Rannula, ale po raz kolejny w ostatnich tygodniach nie był w stanie tego dokonać. Legia poniosła już szóstą porażkę z rzędu, gdy uwzględnimy mecze ligowe oraz pucharowe.
Ta środowa była jednak zdecydowanie najbardziej bolesną. Zarówno ze względu na okoliczności, jak i jej efekt – nagłą utratę szans walki w barażach o awans do drugiej fazy Ligi Mistrzów.
Wnioski?
„Byliśmy jak tonący statek”
Podczas pomeczowej konferencji prasowej, zanim jeszcze zdążyłem się estońskiego szkoleniowca zapytać co tak naprawdę wydarzyło się w trzeciej kwarcie, on sam zaznaczył, że nie wie jak to wytłumaczyć. Rannula porównywał grę swojego zespołu do procesu trudnego do uwierzenia zatapiania statku.
Przy okazji – doceniam jego profesjonalizm względem mediów. Choć Estończyk był w mocnym stanie pomeczowego przybicia i tak starał się dogłębnie odpowiadać na wszystkie pytania. Sam trenera Rannulę zapytałem między innymi o wspólne cechy przegranych trzech spotkań Ligi Mistrzów na własnym parkiecie. W końcu we wszystkich Legia traciła szansę na zwycięstwo w zaciętych końcówkach.
Tak samo było zresztą było również w niedawnym ligowym meczu w Wałbrzychu.
Jak zatamować krwawienie?
Po powyższej odpowiedzi, nie mogłem nie pociągnąć tematu, więc zapytałem się, czy naprawienie problemów Legii w decydujących momentach spotkań jest w tym momencie w ogóle wykonalne.
Nie ma co ukrywać, że graczem sprowadzonym do trafiania najważniejszych rzutów w tym sezonie jest choćby Jayvon Graves. O delikatnym rozczarowaniu grą Amerykanina w Warszawie wspominałem już w „Pocztówce z Wałbrzycha”. Po środowym meczu będzie ono niewątpliwie narastać.
Graves zdobył co prawda 19 punktów, ale trafił zaledwie 6 z 17 rzutów z gry.
Przede wszystkim – spudłował dwa najważniejsze, które mogły dać Legii zwycięstwo. Najpierw w regulaminowym czasie, a następnie w pierwszej dogrywce.
Nie mniej niż same niecelne rzuty, Legię i jej trenera mogą martwić okoliczności ich oddawania. Graves nie wykorzystał w pełni pozostającego mu czasu. Nie zauważył lepiej ustawionych kolegów. To na pewno nie są cechy lidera, który ma w końcówkach spotkań zapewniać zwycięstwa, czy to trafiając te najważniejsze rzuty, czy po prostu podejmując najlepsze możliwe decyzji w danym momencie.
Te przysiady Andrzeja Pluty jr w obu powyższych akcjach były bardzo wymowne.
Decyzja Gravesa typu „wezmę to na siebie” bolała zwłaszcza w drugiej z pokazanych akcji, gdy Amerykanin miał po swojej stronie parkietu niekrytego Plutę. Tego samego, który chwilę wcześniej celnym rzutem trzypunktowym doprowadził do remisu.
Inną kwestią jest to, że w tej drugiej sytuacji reprezentant Polski być może w ogóle nie powinien pozbywać się piłki, ewentualnie – Ojars Silins powinien wykonać w jego kierunku powrotne podanie.
Powracającym problemem Legii pozostają również rzuty wolne. Przeciwko Heidelbergowi cały zespół spudłował ich aż 16. Drogę do kosza znalazło tylko 22 z 38 wykonanych. Pudłowali szczególnie podkoszowi warszawskiego zespołu – Shane Hunter trafił 8 z 14, a Race Thompson zaledwie 2 z 6.
W przypadku tego drugiego z Amerykanów – powszechnie chwalonego za swoje występy od czasu powrotu po kontuzji – po raz kolejny powtórzyła się również sytuacja z dwoma spudłowanymi rzutami wolnymi w czwartej kwarcie spotkania. Wcześniej Thompsonowi przydarzyło się to w przegranych meczach z Treflem i przywoływanym już wyjazdowym spotkaniu z Górnikiem w Wałbrzychu.
Problemy z odpornością psychiczną, czy z kondycją? Kwestia do przeanalizowania dla sztabu szkoleniowego Legii.
Przystanek Gliwice
Niewykluczone jednak, że okazji do złapania oddechu Thompson w najbliższym czasie wcale nie będzie miał więcej.
Poszerzona na spotkanie z Heidelbergiem rotacja w czekającym Legię w sobotę meczu wyjazdowym z GTK w Gliwicach wcale nie musi być równie szeroka.
– Ojars Silins wystąpił praktycznie bez treningu, a Andrzej Pluta w ostatnim czasie zalicza średnio może półtora treningu w tygodniu – tak sytuację zdrowotną tej dwójki skomentował szkoleniowiec Legii, który w najbliższych tygodniach pozostanie również przecież bez kontuzjowanych na dłużej Michała Kolendy i Matthiasa Tassa.
Igranie ze zdrowiem zawodników jest zawsze obarczone ryzykiem, lecz siódma porażka z rzędu porażka i to poniesiona na parkiecie zespołu, który w pierwszych dziesięciu kolejkach Orlen Basket Ligi wygrał tylko dwukrotnie – też byłaby niemałym ryzykiem. Decydentów Legii czekają w najbliższych godzinach trudne wybory.
Zniecierpliwienie wokół zespołu mistrza Polski niewątpliwie się wzmaga. Po przegranej z Heidelbergiem na Torwarze można było zaobserwować pouczające rozmowy (monologi?) najbardziej zagorzałych fanów Legii względem swoich koszykarzy.
Marzenia są piękne
O ile wygrana Legii wydawała się jej obowiązkiem, to w starciach Śląska i Trefla z rywalami z hiszpańskiej ACB ewentualne zwycięstwa należało rozpatrywać bardziej w kategorii niespodzianki. Lub nawet sensacji.
Do takowych ostatecznie nie doszło, choć oba zespoły miały swoje dobre momenty.
Wrocławianie nie tylko prowadzili do przerwy różnicą 11 punktów, ale jeszcze w czwartej kwarcie – jak zwykle znakomity, Noah Kirkwood (19 pkt) – ponownie wyprowadził ich spektakularnymi zagraniami na prowadzenie.
Swoje radosne chwile mieli również fani w Ergo Arenie. Szczególnie widoczne i słyszalne były one w trzeciej kwarcie, gdy za sprawę serii punktowej 19:6 gospodarze na moment doprowadzili do remisu po „trójce” Dylana Addae-Wusu.
Podwójna lekcja hiszpańskiego
W decydujących momentach obu polskim zespołom zabrakło jednak jakości i umiejętności uniknięcia błędnych decyzji.
Przekonali się o tym choćby Jakub Nizioł i Kasper Suurorg. Kto wie, być może na naszych ligowych parkietach PLK ich zagrania zakończyłyby się powodzeniem?
W sytuacjach meczów „na styku” z drużynami hiszpańskiej ekstraklasy takie błędy rzadko jednak pozostają bez konsekwencji.
Warto zauważyć, że Śląsk bardzo dobrze funkcjonował w spotkaniu z BAXI Manresą dopóki toczyło się one w stylu hiszpańskim – do przerwy wrocławianie zdobyli aż 54 punkty. Problemy zaczęli mieć za to po przerwie, gdy tempo zwolniło, a gra hiszpańskiej ekipy bardziej przypominała fizyczną młóckę znaną z parkietów Orlen Basket Ligi.
Tyle, że była to młócka bardziej jakościowa. Jej przykładem był choćby hiszpański weteran Pierre Oriola (14 pkt + 8 zb.), który w decydujących momentach radził sobie nawet z rosnącym koszykarsko jak na drożdżach Jakubem Urbaniakiem (16 pkt + 7 zb.).
Mimo porażki 90:96 trener Ainars Bagatskis był stosunkowo zadowolony z postawy swoich zawodników, chociaż raz nie powstrzymał się przed kąśliwym skomentowaniem powolnych postępów swoich koszykarzy w dwóch elementach koszykarskiego rzemiosła.
Wysiłek włożony przez swoich koszykarzy w przegranym 77:93 meczu z UCAM Murcia doceniał również Mikko Larkas, trener Trefla. Fiński szkoleniowiec nie mógł być jednak oczywiście zadowolony ze sposobu ich gry w decydujących minutach czwartej kwarty.
Tak czy inaczej – środowe 0-3 PLK na europejskiej scenie koszykarskiej zasmuciło, a o okolicznościach porażki i straconego awansu Legii nie zapomnimy pewnie jeszcze długo. Przynajmniej do czasu, gdy polski klub w nowym formacie tych rozgrywek W KOŃCU przez tę cholernę pierwszą rundę grupową przebrnie.
Może za rok? Oby.