– Nie jestem w stanie wskazać, który z nich w większym stopniu stopniu przyczynił się do zwycięstwa – ucinał próby oceny po meczu kapitan Legii Michał Kolenda (9 punktów, choć tylko 1/8 za 3).
Kibice w hali na warszawskim Bemowie w końcówce meczu skandowali głośne „MVP, MVP!” gdy wykorzystując dwa rzuty wolne McGusty pieczętował zwycięstwo swojego zespołu kilka sekund przed końcem. W całym meczu Amerykanin zdobył 22 punkty, będąc najlepszym strzelcem zespołu.
Tak naprawdę mamy jednak nadzieję, że okrzyk ten był bardziej wyrazem uznania dla koszykarza z USA za całokształt gry w sezonie, niż oceną tego jak obaj liderzy Legii spisują się w finale playoff. Tu nie ma większych wątpliwości, że gdyby statuetkę MVP przyznawano po trzech meczach rywalizacji, otrzymałby ją Pluta. 25-letni Polak sobotni mecz zakończył z imponującą linijką statystyczną 20 punktów, 10 asysty i 6 zbiórek.
W całej serii Pluta bije McGusty’ego:
– w średniej zdobywanych punktów: 19 – 16.7
– w średniej asyst: 7.0 – 5.0
– w skuteczności rzutów za 3: 58.8 proc. (10/17) – 33.3 (4/12)
– w liczbie rozegranych minut: 100 – 94
Trener Startu Wojciech Kamiński już po pierwszym meczu finału, jedynym wygranym przez jego zespół mówił wprost, że o wyniku zadecyduje w niej głównie gra zawodników obwodowych. Póki co duet gwiazd Legii wydaje się nie do zatrzymania. Podobnie było także w końcówce trzeciego starcia, gdy Pluta i McGusty na zmianę brali odpowiedzialność za grę swojej drużyny. Albo kończyli kolejne akcje swoimi, najczęściej celnymi rzutami, albo wymuszali faule, albo podawali do lepiej ustawionych kolegów.
W Starcie znów świetnie spisywał się Manu Lecomte (18 punktów, 7 zbiórek). To dzięki niemu goście bardzo długo prowadzili, a pierwszy dobry mecz w tym finale rozegrał CJ Williams (20 punktów, 4/7 za 3). Drugi z rzędu słaby występ zanotował jednak Tevin Brown. Bohater meczu nr 1 w dwóch kolejnych uzbierał zaledwie 8 punktów, trafiając tylko 3 z zaledwie 12 rzutów z gry. Swoich rzutów nie trafiał także Courtney Ramey (5 punktów, 2/7 z gry).
W końcówce przy remisie 83:83 rękę do porażki Startu przyłożył także Lecomte, z premedytacją faulując Plutę. Zrobił to na tyle nieudolnie, że sędziowie mieli prawo orzec faul niesportowy. Ta akcja ostatecznie kosztowała Start aż pięć punktów i właściwie pozbawiła go szans na zwycięstwo.
– W tego typu zaciętych seriach jak nasza o wyniki decydują na końcu detale, małe błędy. My ich dzisiaj w drugiej połowie popełniliśmy więcej – przyznawał Williams.
Trener Legii Heiko Rannula nie daje się wciągać w dyskusję o tym, jak bardzie zaskakująca także dla niego jest fantastyczna gra w serii finałowej Pluty.
– Będę miał na ten temat coś do powiedzenia i chętnie podzielę się swoimi przemyśleniami, ale czas na to przyjdzie dopiero po zakończeniu serii – mówi Estończyk.
Czwarty mecz finału w poniedziałek ponownie w Warszawie. Początek o godz. 20.