Strona główna » Sytuacja Sochana w Spurs z bliska: sprowadzony do roli ligowego planktonu. Pozostało mu głównie żucie gumy

Sytuacja Sochana w Spurs z bliska: sprowadzony do roli ligowego planktonu. Pozostało mu głównie żucie gumy

0 komentarzy
Widziałem na żywo pewnie prawie co dziesiąty mecz z tych, które Jeremi Sochan rozegrał w NBA. Idąc we wtorek na starcie z Lakers w Los Angeles i znając nieciekawą sytuację Polaka w Spurs, wielkich oczekiwań nie miałem. Zastana rzeczywistość okazała się jednak jeszcze bardziej dołująca – pisze w korespondencji z Crypto.com Arena Michał Tomasik.

Sytuacja Sochana w San Antonio Spurs nie daje większych nadziei na choćby niewielką poprawę. Właściwie nie daje żadnych. Polak po nieudanej próbie zmiany barw klubowych pozostaje graczem klubu z Teksasu, lecz można odnieść wrażenie, że to tylko pozory.

– Rozumiemy, że Jeremy chciałby grać więcej. Cieszę się, że tego dokładnie chce, bo tak waleczne nastawienie jest niezbędne, by utrzymać się w lidze. Jeremy nie jest w rotacji i to jest decyzja podjęta przeze mnie. Oczekuję od niego, by codziennie przychodził do pracy jak profesjonalista, ciężko pracował i był dobrym kolegą z drużyny. I to dokładnie to, co robi. W tej lidze okazje nie zawsze przychodzą wtedy, kiedy byś tego chciał, ale musisz pozostać gotowy – mówił 90 minut przed meczem z Lakers pytany przez polskich dziennikarzy Mitch Johnson, trener Spurs.

Chwilę później w trakcie starcia w LA Sochan został potraktowany przez sztab trenerski Spurs jakby właściwie nie był częścią zespołu. Przy okazji – mniej lub bardziej mimowolnie sprawiał wrażenie, jakby sam się od niego odsuwał.

Karierę Jeremy’ego Sochana w NBA śledzę z bliska od momentu jego debiutu jesienią 2022 roku, gdy wydawało się, że stanie się jednym z filarów klubu pięciokrotnych mistrzów. Na żywo oglądałem kilkanaście jego meczów w barwach Spurs, pewnie niemal co 10 z tych, które rozegrał w karierze.

Nigdy po żadnym z nich nie opuszczałem hali porównywalnie przybity, jak po wtorkowym meczu z Lakers.

Sochana często oglądam w akcji w towarzystwie grup polskich kibiców, którzy w ramach projektu KierunekNBA.pl odwiedzają hale NBA. Jeszcze niedawno, w 2024 roku, lądując w San Antonio, sympatycy basketu znad Wisły mogli czuć dumę. W niewielkim klubowym sklepie Spurs na lotnisku dostępne były koszulki z dwoma nazwiskami. Tych Victora Wembanyamy było oczywiście od 2023 roku zawsze najwięcej. Nieporównywalnie więcej! Ale faktem jest też, że przez dłuższą chwilę „tą drugą” koszulką była właśnie ta z nazwiskiem „Sochan” na plecach.

Jak kilkanaście miesięcy potrafi wywrócić wszystko do góry nogami…

Talent Wembaynamy rozwija się miarowo. Francuz tylko w 8 pierwszych minutach jednostronnego meczu z Lakers zdobył 25 punktów. Gdyby tylko jemu i sztabowi szkoleniowemu Spurs na tym zależało, mógłby spokojnie walczyć o pobicie rekordu wszech czasów Klaya Thompsona (37). Był jak uczeń podstawówki w rywalizacji z przedszkolakami.

Dla Lakers był to drugi mecz w ciągu 24 godzin. Poddali się bez walki. Jeszcze przed rozpoczęciem gry. Oprócz leczącego uraz Luki Doncicia wycofali ze starcia z drugą siłą Zachodu także LeBrona Jamesa i Austina Reavesa. A nawet DeAndre Aytona. Losy zwycięstwa rozstrzygnęły się błyskawicznie. Już po pierwszej kwarcie było po wszystkim.

Ale Sochan pozostawał na ławce.

W pierwszej połowie, gdy trwała przerwa w grze i trener Johnson tłumaczył koszykarzom Spurs założenia taktyczne, stał obok. Obrócony bokiem do drużyny. Rozciągając się, efektownie żuł gumę.

Wymowne.

Na rozgrzewkę przed drugą połową Polak zdążył wrócić z szatni w ostatniej chwili, niespełna minutę przed jej zakończeniem.

Po przerwie Spurs przewagę mieli ogromną. Momentami zbliżała się do 40 punktów. Ale trener Spurs nawet w kierunku Sochana nie spojrzał.

Gdy w czwartej kwarcie, przy prowadzeniu gości 117:84 temperatura na trybunach stygła coraz bardziej, Johnson sięgnął po przedostatniego z graczy, którzy tego wieczoru wcześniej jeszcze nie pojawili się w grze. Niestety, nawet wówczas jego wybór nie padł na Sochana. Trzynastym zawodnikiem oddelegowanym przez Spurs tego dnia do gry okazał się kongijski weteran Bismack Biyombo, koszykarz „używany” właściwie jedynie w sytuacjach awaryjnych, a potrzebny Spurs głównie do treningów.

Auć.

Kolejne akty potwierdzające, że klub z Teksasu choćby mgliście nie wiąże obecnie żadnej przyszłości z Sochanem, były dobijające. Przestały nawet dziwić obrazki sprzed meczu, sugerujące, że Polak – choć pozostaje graczem Spurs – momentami już z premedytacją funkcjonuje jakby obok zespołu.

Ostatecznie do gry przeciwko Lakers Sochan nie wyszedł. Choćby na minutę. Aż chciałoby się krzyknąć: uwolnić Jeremiego!

Myśli utopijne? Sochana wciąż wiąże kontrakt ze Spurs. Dzięki niemu na jego konto w tym sezonie wpłynie ponad 7 mln dol., więc nie ma na taki występ szans, ale faktem jest, że obecnie Jeremi bardziej przydałby się szykującej się do walki w dwóch meczach eliminacji do MŚ 2027 z Łotwą reprezentacji Polski niż drużynie San Antonio.

Ba, reprezentacja Polski mogłaby mu się obecnie przydać bardziej niż Spurs. Przedmeczowe słowa Johnsona mówiły o zachowaniu Sochana w obecnej sytuacji jedno, ale mowa ciała naszego koszykarza sugerowała coś innego. Polak wygląda obecnie na koszykarza, który chwilowo wszystkiego ma dosyć.

Aż trudno uwierzyć w to, że to wszystko tylko i wyłącznie sportowo poszło tak szybko aż tak mocno nie tak.

Powiedzmy sobie to szczerze: fakt, że dla Sochana w tak nieznaczącym meczu o temperaturze sparingu (Spurs wygrali ostatecznie z rezerwami Lakers 136:108) sztab ekipy z San Antonio nie znalazł choćby sekundy, jest druzgocący. Graczy, którzy w zespołach NBA odgrywają tak nieznaczące role, jak obecnie Sochan w Spurs, Amerykanie potrafią określać wyjątkowo brutalnie.

Ligowy plankton.

Jeśli zdecyduję się na stwierdzenie, że 10 lutego 2026 roku kariera Jeremiego Sochana w NBA znalazła się w najniższym punkcie, nie podejmę wielkiego ryzyka. Gdy przypomnieć sobie lotniskowy sklep w San Antonio czy też mecze NBA, w których Sochan rzucał – także na oczach kibiców z Polski! – po ponad 30 punktów, mówimy tu o obrazku totalnie przygnębiającym.

– Sochan sprawiał wrażenie tak przybitego, że nawet głupio mi było krzyczeć do niego po meczu, by podszedł nam podpisać koszulkę – skomentował jeden z polskich fanów obecnych w Crypto.com Arena.