Strona główna » Świąteczny power ranking PLK (miejsca 1-8): Arka pełna uśmiechu. Stal w czołówce szokuje? Spójrzcie na jej skalpy!
PLK

Świąteczny power ranking PLK (miejsca 1-8): Arka pełna uśmiechu. Stal w czołówce szokuje? Spójrzcie na jej skalpy!

0 komentarzy
Zdjęcie ilustrujące ten tekst – z uśmiechniętym od ucha do ucha Jarosławem Zyskowski doskonale obrazuje sytuację AMW Arki, samodzielnego lidera PLK. W Gdyni koszykówka po kilku latach przerwy znowu pachnie! Stal Ostrów w Top8 PLK? Szaleństwo? Może. Trochę. Ale, ale – spójrzcie na jej ostatnią grę oraz rywali, których zespół Andrzeja Urbana ma już na tapecie. Stal jest póki co bliżej walki o udział w turnieju o Puchar Polski niż tej o ligowy byt.

Czas na drugą część świątecznego power rankingu, tym razem grupującego ligowych potentatów z miejsc 1-8.

Pierwszą część tego zestawienia – dotyczącą drużyn z dolnych rejonów tabeli – możecie przeczytać TUTAJ.

1. AMW Arka Gdynia (9 zwycięstw – 3 porażki)

Niewykluczone, że nawet bukmacherzy nie są w stanie sprawdzić jaki latem 2025 był kurs na to, że to koszykarze Arki Gdynia zostaną samodzielnym liderem tabeli PLK w momencie rozpoczęcia świąt Bożego Narodzenia 2025. Trójmiejski zespół konsekwentnie unika jednak niepotrzebnych wpadek, a we wtorek ominął kolejną wystającą na drodze belkę – po zaciętym meczu pokonał Czarnych Słupsk 74:66.

Jak Arka to robi? W jej zespole jest po prostu wielu graczy, którzy w decydujących momentach mają nie tylko zimne głowy, ale też umiejętności pozwalające im rozstrzygać o losach spotkań. Przeciwko Czarnym kimś takim był Jarosław Zyskowski, który 24 zdobytymi punktami ustanowił swój rekord sezonu.

W niektórych z tych akcji naprawdę nie zapowiadało się, że wydarzy się coś pozytywnego dla prowadzonego przez Mantasa Cesnauskisa zespołu.

Arka unika wpadek. Długo unikała również kontuzji, co w przypadku zespołu, w którego składzie jest sporo zawodników mających powyżej 30. wiosen na karku, nie zawsze jest oczywistością.

We wtorkowym spotkaniu pech dopadł jednak jednego z młodszych graczy zespołu, 27-letniego Litwina Einarasa Tubutisa. Na początku drugiej kwarty doznał źle rokującej – przynajmniej z perspektywy telewizora – kontuzji barku. Trener Cesnauskis na pomeczowej konferencji prasowej nie znał jeszcze wstępnych rokowań zdrowotnych dotyczących swojego podopiecznego, ale wydawał się sytuacją swojego rodaka zaniepokojony. Szkoleniowiec gdynian podkreślił, że jest to gracz, który w jego zespole występuje na obu pozycjach podkoszowych. Jjego nieobecność powoduje zatem spore problem w rotowaniu składem.

Podkoszowemu Arki życzę zdrowia i jednocześnie przypominam, że Arka jest jedynym zespołem ligowej czołówki, który ma wciąż w dyspozycji wolne miejsce dla zawodnika zagranicznego.

2. Energa Trefl Sopot (8-3)

Drugi z trójmiejskich zespołów jest w bieżącym sezonie równie znakomity, co jego lokalny rywal z Gdyni, ale nawet w zwycięskich meczach Trefla dosyć łatwo było odnaleźć jego najsłabszą stronę. Niewątpliwie są nimi straty. Sopocianie marnują bowiem aż 18.3 procent posiadań piłki, co jest drugim najgorszym wynikiem w Orlen Basket Lidze.

Czy trener Mikko Larkas poświęca temu elementowi uwagę w procesie treningowym? Na pewno.

Czy widać efekty? Niekoniecznie.

W przegranym niespodziewanie 86:95 meczu w Toruniu słabości w grze Trefla było więcej, ale 17 strat po raz kolejny okazało się dużym problemem w grze sopocian. Rywale, którzy popełnili ich tylko 9, zamienili błędy rywali na 20 zdobytych punktów.

Po drugiej porażce wyjazdowej z rzędu fiński szkoleniowiec nie szukał usprawiedliwień kłopotów swojej drużyny faktem występów na dwóch frontach – ligowym i pucharowym, gdzie trzy dni wcześniej, po bardzo intensywnym spotkaniu, Trefl przegrał 77:93 z hiszpańskim UCAM Murcia.

Tematu zmęczenia na pewno nie będzie po kolejnym ligowym spotkaniu Trefla. Sopocianie rozegrają go bowiem aż po 8 dniach przerwy – 28 grudnia we własnej hali podejmą Czarnych.

Drużyna ze Słupska nie tylko poległa w sześciu ligowych spotkaniach z rzędu, ale też jeszcze we wtorek, także w Trójmieście, rozgrywała wyjazdowy – przegrany 66:74 – mecz z Arką.

3. WKS Śląsk Wrocław (8-4)

„Nie ma jak w domu”. Powyższe powiedzenie idealnie pasuje do koszykarzy Śląska, którzy po wstydliwej porażce w Ostrowie Wielkopolskim, wykorzystali przewagę własnego parkietu i doping kibiców w wygranym 109:100 spotkaniu z Dzikami Warszawa.

Zwycięstwo łatwo im nie przyszło, w końcu w hali Orbita podejmowali zespół, który wygrał sześć z siedmiu ostatnich spotkań ligowych. W pierwszej połowie wrocławianie mieli duże problemy z niezwykle szybko grającymi rywalami, którzy nawet stracone punkty potrafili kilka sekund później zamieniać w zdobyte.

Wszystko zmieniło się po przerwie, a kluczowe moim zdaniem okazały się pierwsze akcje trzeciej kwarty.

Takie rzeczy na pewno nie dzieją się przypadkowo, zatem czapki z głów przed trenerem Ainarsem Bagatskisem. Nakazując grę tyłem do kosza Noah Kirkwoodowi, Łotysz otworzył punktowo jednego ze swoich liderów, który w pierwszej połowie z powodu nadmiaru fauli większość czasu przesiedział na ławce rezerwowych i nie zdobył żadnego punktu. Wpuścił jednocześnie w problemy z faulami Rivaldo Soaresa, w pierwszych 20 minutach niespodziewanie najskuteczniejszego gracza rywali (17 pkt).

Efekt? To Soares w drugiej połowie zagrał za zero, a Kirkwood zdobył 17 punktów w ciągu 20 minut.

Śląsk ostatecznie wygrał pewniej niż wskazywałby na to końcowy wynik, a kibicom we Wrocławiu marzy się równie dobry występ ich ulubieńców w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia.

Wtedy, w wypolerowanej Hali Ludowej, w ligowej Świętej Wojnie Śląsk podejmie Anwil Włocławek.

4. Legia Warszawa (8-4)

Pani Inspektor, użyła pani brzydkiego słowa. Mała rzecz, a cieszy – mówił Sean Dillon do swojej asystentki w jednej ze znakomitych szpiegowskich książek Jacka Higginsa.

W normalnych okolicznościach wygrane mistrza Polski w meczach z GTK Gliwice i Miastem Szkła Krosno też byłyby „małymi rzeczami”. Obecna sytuacja warszawskiej drużyny – mieszanina sześciu porażek z rzędu w lidze i pucharach, a także plagi kontuzji, była jednak daleka od normalności. Zespołowi prowadzonemu przez Heiko Rannulę udało się jednak przetrwać i przerwać kryzys, chociaż wciąż w obu spotkaniach brakowało mu skuteczności w rzutach z obwodu.

Cały czas niemocy ofensywnej nie może przełamać choćby Jayvon Graves. Amerykanin łącznie trafił w tych dwóch spotkaniach zaledwie 7 z 26 rzutów z gry. Obwodowy Legii stara się zatem wykorzystywać nadarzające się okazje do zdobywania łatwych punktów, a co najważniejsze, wciąż ciężko pracuje w defensywie.

Czasami oba te elementy składają się w efektowną całość.

Pracę w obronie wykonaną przez jednego ze swoich liderów docenił również trener Rannula na konferencji prasowej po meczu z Miastem Szkła. To właśnie na Gravesie spoczywało bowiem zadanie ograniczenie ofensywnych poczynań Leemeta Bocklera – nie tylko jednego z liderów ekipy beniaminka, ale również rodaka estońskiego szkoleniowca i jednocześnie jego podopiecznego w reprezentacji tego kraju.

W Warszawie Bockler nie miał łatwego życia i trafił tylko 3 z 11 oddanych rzutów z gry.

Pochwałę za postawę w defensywie usłyszał również od trenera Legii siedzący obok niego Wojciech Tomaszewski, który od początku wtorkowego spotkania wywierał presję na Maurice’e Watsonie, głównym rozgrywającym drużyny z Krosna.

5. King Szczecin (8-3)

85:78 z GTK Gliwice i 90:81 z Arką Gdynia – tymi dwoma zwycięstwami odniesionymi w Netto Arenie koszykarze Kinga odbili się po niespodziewanej przegranej z Górnikiem Wałbrzych i zapewnili sobie dobry humor przy świątecznych stołach. Jednak czy podobny przebieg, a także prawie identyczne końcowe wyniki tych spotkań nie wskazują na to, że szczecińska drużyna dostosowuje się do poziomu rywali?

W tabeli ligowej Arkę i GTK dzieli przecież przepaść. Takiej cechy swoich zespołów bardzo nie lubią trenerzy, ale skoro już wspomniałem o dobrym humorze na święta, to nie chciałem go psuć zbędnymi pytaniami trenerowi Maciejowi Majcherkowi.

Póki co 🙂

Jego zespół wygrywa, ale cały czas widać w nim albo rezerwy, albo też problemy, które po prostu mogą być trudne do wyeliminowania. W pojedynku na ligowym szczycie przeciwko Arce w niektórych akcjach – nawet rozgrywanych jedna po drugiej – było widać, że organizacja ataku często wyglądała lepiej w zespole rywali.

W decydujących minutach szczecinianie najpierw jednak trafiali w tłoku, a potem sprawę w swoje ręce wziął niesamowity w końcówce Jovan Novak. Seria celnych rzutów za trzy serbskiego rozgrywającego była imponująca, tak jakby przed meczem, ktoś mu zwrócił uwagę, że do tej pory odbijał się nie z tej nogi co trzeba. We wcześniejszych dziesięciu kolejkach Novak trafił przecież zaledwie sześć z dwudziestu czterech oddanych rzutów zza linii 6.75 metra.

6. Dziki Warszawa (7-5)

Wtorkowy mecz we Wrocławiu był być może najlepszym spotkaniem bieżących rozgrywek i jeszcze w pierwszej połowie toczył się pod dyktando Dzików. Goście w drugiej kwarcie prowadzili ze Śląskiem nawet różnicą 10 punktów i ewidentnie mieli ochotę złamać szalonym tempem rywali, być może podmęczonych napiętym kalendarzem ostatnich tygodni.

Ostatecznie jednak trener Ainars Bagatskis i jego koszykarze znaleźli sposób na warszawski zespół, który po raz drugi w obecnym sezonie zakończył serię ligowych zwycięstw na trzech wygranych. Do czterech wydłużył za to passę spotkań, w których zdobył 100 lub więcej punktów. Udało się tego dokonać dzięki rzutowi w ostatnich sekundach Tahrika Chaveza.

Każde kolejne takie spotkanie jest nowym polem doświadczalnym dla najmłodszego i debiutującego w naszej lidze trenera, którym jest Marco Legovich. W ostatnich dniach okazało się, że ten zaledwie 33-letni szkoleniowiec będzie miał więcej czasu na przekuwanie wniosków w zwycięstwa – prezes klubu Michał Szolc wykorzystał bowiem zawartą w kontrakcie Włocha opcję przedłużenia umowy do końca sezonu 2026/27.

To skłoniło mnie do zastanowienia się, co podoba mi się w pracy tego szkoleniowca. Jednym z pozytywnych elementów jest na pewno pilnowanie jakości piątek pojawiających się na parkiecie w trakcie meczowych rotacji, z czym zauważam problemy u co najmniej kilku innych ligowych trenerów, ale skoro mamy święta, to ugryzę się w język.

Dzięki temu takimi fajnymi podaniami może popisywać się choćby Grzegorz Grochowski.

Pytania? Na pewno dotyczą one wykorzystania Landriusa Hortona, który jest najlepszym strzelcem PLK ze średnią 22.3 punktu na mecz, a we Wrocławiu zdobył ich 27, trafiając 9 z 16 rzutów z gry.

Amerykanin nie tylko zdobywa najwięcej punktów w Orlen Basket Lidze, ale jest przy tym niezwykle efektywny. Zajmuje bardzo wysokie, siódme miejsce w lidze pod względem efektywności rzutowej (tzw. True Shooting Percentage). Można się zatem zastanawiać, czy prób akcji na niego w meczach nie powinno być w nawet o kilka więcej, szczególnie w momentach, w których obrona rywali jest w stanie skutecznie ograniczyć ofensywne poczynania jego kolegów z zespołu.

7. Górnik Zamek Książ Wałbrzych (7-4)

– Panie Wojciechu, nie tylko Legia była osłabiona, my również graliśmy bez Macieja Bojanowskiego i Grzegorza Kulki – napisał mi trener Andrzej Adamek, gdy opublikowaliśmy na naszych łamach „Pocztówkę z Wałbrzycha”.

Problemów z kontuzjami wśród Polaków z pozycji 3-4 tak bardzo nie było może widać w wygranym spotkaniu z mistrzem Polski, ale mocno uwidoczniły się one w starciu ze Startem Lublin. Trenerowi Górnika bardzo brakowało wtedy dodatkowych opcji, które mógłby choćby rzucić na skutecznego w akcjach izolacyjnych J.P. Tokoto. Amerykanin w swoim ligowym debiucie zdobył 16 punktów.

Obecność Kulki lub Bojanowskiego pozwoliłaby jednocześnie więcej grać wyższym ustawieniem z Marcem Garcią na pozycji rzucającego, co uwolniłoby go od bronienia akcji tyłem do kosza. Podczas przegranego 79:85 spotkania w Lublinie zastanawiałem się jednak również, czy wysyłanie Kacpra Marchewki do krycia rozgrywającego rywali nie było jednak w tym przypadku błędem. Jemu znacznie łatwiej byłoby podjąć fizyczną walkę z nowym nabytkiem Startu.

„Zabiłeś 1000 żołnierzy wrogiego królestwa, ale sam straciłeś 1100” – w chińskich nowelach historycznych niekoniecznie jest to komplementem. Zatem nie jestem też pewien, czy zastopowanie w debiucie Connera Frankampa – Amerykanin zdobył tylko trzy punkty i popełnił cztery straty – w tym przypadku było idealnym wyborem.

Górnik na pewno nie będzie wygrywał też meczów, w których Marc Garcia oddaje zaledwie cztery rzuty z gry i zdobywa zaledwie jeden punkt w ciągu 27 minut gry. Hiszpan został zupełnie wybity z rytmu przez podopiecznych Wojciecha Kamińskiego, a wałbrzyskiej ekipie nie pomogło choćby 18 punktów Ike’a Smitha i 16 Taurasa Jogeli,

Litewski skrzydłowy ponownie imponował niewiarygodnym sprytem. Także w końcówce spotkania, w której goście próbowali jeszcze desperackim zrywem doprowadzić do dogrywki.

Prowadzony przez Andrzeja Adamka zespół jest jednym z niewielu o których można napisać, że w okresie przedświątecznym ma sprzyjający terminarz. Po meczu w Lublinie wałbrzyszanie mają aż tydzień na przygotowanie się do kolejnego, tym razem przeciwko toruńskim Twardymi Piernikom.

8. Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wielkopolski (6-6)

– Panowie, Anwil Włocławek i Śląsk Wrocław to odwieczni ligowi rywale, zatem powinniśmy ich traktować jednakowo. Jednakowo skopmy im tyłki – tak wyobrażam sobie przemowę motywacyjną trenera Andrzeja Urbana przed sobotnim meczem Stali Ostrów, w którym jego zespół okazał się równie bezlitosny dla faworyzowanych wrocławian, jak kilka tygodni wcześniej dla gości z Włocławka.

Stal sensacyjnie wygrała 93:72, a we wtorkowy wieczór poszła za ciosem i po przedświątecznym horrorze z dogrywką pokonała także GTK Gliwice 96:93. Ostrowianie odnieśli zatem już piąte i szóste zwycięstwo w sezonie, a dokonali tego grając w pierwszym z tych spotkań bez kontuzjowanego Daniela Gołębiowskiego, a w drugim z niewielkim, gdyż tylko 9-minutowym udziałem Luki Sakoty, także wciąż walczącego ze zdrowiem.

W jednym z poprzednich odcinków „Kulis” chwaliłem Łotysza Mareksa Mejerisa, tym razem nie mogę za to przejść obojętnie obok wyczynów Quanterriusa Jacksona. Ostrowski król przechwytów potwierdził to miano w obu tych spotkaniach – w każdym z nich zanotował po sześć zabranych piłek, chociaż zwłaszcza w pierwszym z nich wydawało się, że mogło być ich nawet więcej.

Wątpliwości nie było na pewno w akcji, w której swoje długie ręce i świetny zmysł do zabierania piłek Jackson wykorzystał przeciwko Kanadyjczykowi Noah Kirkwoodowi – jakby nie było, jednemu z wczesnych kandydatów do nagrody ligowego MVP.

Średnia przechwytów Jacksona sięgnęła tym samym już ponad 3.4 zabranej piłki na mecz i na szczycie ligowej klasyfikacji w tym elemencie gry prawie o jeden przechwyt na mecz – przepaść!!! – wyprzedza on drugiego w tym rankingu, Lovella Cabbila Jr. z Górnika Wałbrzych.

Zahartowana Stal wygrała już łącznie pięć z sześciu ostatnich spotkań i w czasie przerwy świątecznej znacznie bliżej jest jej do występów w lutowym Pucharze Polski niż do desperackiej walki o utrzymanie.

Jak blisko? Koledzy z „Pulsu Basketu” tak bardzo chcieli uciec od domowych, przedświątecznych obowiązków, że wyliczyli procentowe szanse każdej z drużyn na występ w lutowym turnieju w Sosnowcu. Szanse Stali wycenili na 38.6%.

Rewelacyjnej gry Stali nie mogłem nie zauważyć i ja. Zespół trenera Andrzeja Urbana ląduje na zakończenie roku w pierwszej ósemce świątecznego power rankingu. Niesamowite, gdy przypomnimy sobie…

Dobra, święta są – nie wracajmy do letnich wydarzeń w Ostrowie! – zamiast tego: cieszmy się!

Kolejne mecze wcale nie zapowiadają się jednak dla Stali łatwo – w niedzielę 28 grudnia ostrowska maszyna przyjedzie do Warszawy, by zagrać z równie skutecznymi w ostatnich tygodniach Dzikami.