– Nie wiem, jaka jest ścieżka Anwilu do wygranej we Wrocławiu. Może gdyby trafili 20 „trójek”? – powiedziałem znajomemu, gdy zbliżaliśmy się około 17:25 do Hali Stulecia.
Około 18 moja naprędce rzucona teoria wydawała się genialna w swojej prostocie. W 12. minucie meczu Nijal Pearson trafił już ósmą trójkę dla zespołu gości – na zaledwie 12 prób. Anwil prowadził aż 34:20, a trener Ainars Bagatskis poprosił o drugą przerwę na żądanie.
Od tego momentu wszystko jednak uległo zmianie, a Śląsk pokonał w ligowym klasyku odwiecznego rywala 86:79.
Jedną z przyczyn była na pewno diametralna zmiana w (nie)skuteczności włocławskiej drużyny w rzutach z dystansu. W pozostałych 28 minutach meczu goście trafili już zaledwie 5 z 18 takich prób.
O powody takiej sinusoidy zapytałem na konferencji prasowej Michała Michalaka.
Lotto Bagatskisa
Łotewski szkoleniowiec Śląska jest bardzo dobrym fachowcem i ma mnóstwo talentu w zespole. Przynajmniej patrząc pod kątem walki w Orlen Basket Lidze,
Ma jednak też swoje problemy, a największym jest nieprzewidywalność zawodników.
Jak na budżetowo czołową drużynę w Polsce, Bagatskis zbyt często musi sięgać w trakcie meczu do – nazwijmy ją potocznie – maszyny losującej, w której testuje kolejne ustawienia swojego zespołu z nadzieją, że jedno z nich w końcu wypali.
Ktoś mógłby powiedzieć, że na tym właśnie polega „coaching” i ja się z tym w zupełności zgadzam. Na poziomie PLK od Śląska wymagałbym jednak mimo wszystko trochę więcej stałych, pewnych punktów w grze zespołu. Czy to personalnych, czy też taktycznych.
W piątkowy wieczór „Lotto Bagatskisa” zatriumfowało jednak po raz kolejny. Od wspomnianego stanu 20:34, koszykarze gospodarzy potrzebowali zaledwie sześciu minut drugiej kwarty, by doprowadzić do remisu 40:40.
Znakomity fragment gry zanotował wtedy choćby Angel Nunez, który w trakcie trafiania kolejnych „trójek” testował wysokość sufitu Hali Stulecia.
Przeciwko Anwilowi to reprezentant Dominikany wspólnie z Jakubem Urbaniakiem – co za bloki!! – wyłonił się w trakcie meczu z maszyny losującej Ainarsa Bagatskisa, jako ten podkoszowy duet Śląska, który sprawdził się zarówno w ataku, jak i defensywie od momentu przejścia na obronę typu „switch”.
Leniwy potencjał
Podobna nieprzewidywalność obowiązuje we wrocławskim zespole również na obwodzie. Mocno jest to widoczne choćby u Kadre Graya, który pomimo wielu pożytecznych dla drużyny umiejętności, jest stosunkowo nierówny. Ma także jedną, irytującą wadę.
Parkietowe lenistwo!
Jeszcze przed wyjazdem do Wrocławia rozmawiałem z jednym z ligowych trenerów i naszej dyskusji przewinął się choćby temat atakowania właśnie rozgrywającego Śląska.. Szkoleniowcy rywali nie tylko chcą Kanadyjczyka upolować, gdy broni on gracza z piłką, ale również wtedy, gdy jest na tzw. „słabej stronie” – tam często potrafi zgubić rywala z oczu, czy też spóźnić się z doskokiem do rzucającego zawodnika.
Ja oszczędność w ruchach Graya zapamiętałem ostatnio z jednej z akcji z meczu przeciwko Dzikom Warszawa.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że 75 procent zawodników zaliczyłoby w tej sytuacji zbiórkę w ataku.
Są jednak takie momenty, że i Kadre Gray pokazuje swój defensywny potencjał. W listopadowym meczu przeciwko Legii Warszawa popisowo zablokował w kontrataku Andrzeja Plutę, a w piątek upolował kolejnego rozgrywającego rywali – tym razem był to Elvar Fridriksson.
Jednak jeszcze bardziej zaskakują akcje, w których po zamianach krycia Gray jest zmuszony bronić podkoszowego rywali pod własną obręczą. Co się wtedy dzieje?
Ten sam zazwyczaj oszczędzający swoje siły na obwodzie koszykarz, w tej sytuacji wcale nie ogranicza się do oddawania fauli za darmo. Przeciwnie! Ciężko pracuje wychodząc przed i odcinając od piłki środkowego rywali, a jego niski środek ciężkości powoduje, że przeciwnikowi wcale nie jest łatwo go przepchnąć.
Nie wiem na jak długie fragmenty trener Bagatskis jest gotowy zaakceptować takie zamiany krycia. Jednak jego podstawowy rozgrywający w tym rodzaju defensywy wydaje się czuć tak, jakby był w swoim naturalnym środowisku.
Remis znaczy porażka
Mecz we Wrocławiu był pożegnaniem Grzegorza Kożana w roli głównego trenera Anwilu Włocławek.
Nie można napisać, że wypadło ono dobrze. Anwil przegrał 79:86, ale jak na tak nietypową sytuację, w której został postawiony szkoleniowiec w kontekście swojej pracy i wzajemnych relacji z zespołem – włocławski zespół zaprezentował się więcej niż przyzwoicie.
Dla Grzegorza Kożana był to 20. oficjalny mecz w roli głównego trenera włocławskiej ekipy, a w rozgrywkach ligowych i pucharowych zanotował idealnie remisowy bilans: 10 zwycięstw i 10 porażek.
Co dalej? Osobiście trudno jest mi sobie wyobrazić sytuację, w której – dzisiaj już – były szkoleniowiec Anwilu pozostaje w pobliżu pierwszego zespołu. Choćby dlatego byłem ciekaw, co sam zainteresowany sądzi o swojej przyszłości zawodowej. Także tej dalszej.
Czy chciałby pracować jeszcze kiedyś w roli głównego trenera?
Do analizy przyczyn niepowodzenia Grzegorza Kożana w roli trenera Anwilu mam nadzieję jeszcze kiedyś powrócić…
Reklamy nie zawsze kłamią
Ze jedną z nich należy uznać długotrwałe poszukiwania nowego gracza podkoszowego, przynajmniej od momentu kontuzji Mate Vucicia z początku listopada.
Sprowadzony w ostatnich dniach do Włocławka Tyler Wahl po zaledwie jednym wspólnym treningu z zespołem pokazał, że tego typu gracz bardzo był w Anwilu potrzebny.
Powyższe punkty były najłatwiejszymi zdobytymi przez Wahla w Hali Stulecia. Amerykanin rozpoczął mecz w pierwszej piątce i już w pierwszej akcji, bardzo mocno odpuszczany przez obronę Śląska, trafił „trójkę” na wprost kosza. W całym spotkaniu zdobył 11 punktów w ciągu 25 minut gry.
Największa wartość dodana Amerykanina dla Anwilu powinna być jednak po bronionej stronie parkietu. Zgodnie z zapowiedziami jest on niewysokim, ale bardzo mobilnym i świetnie czytającym grę koszykarzem. Może nie będzie bronił akcji rywali nad obręczą, jak spektakularnie czyni to choćby Jakub Urbaniak, ale powinien być bardzo trudny do przejścia w obronie typu „switch”, ma także bardzo szybkie ręce do wyciągania piłek rywalom.
W meczu przeciwko Śląskowi zanotował aż pięć przechwytów. Niektóre z nich przypominały te, które zwykle notują rozgrywający – gdy korzystają z faktu, że podkoszowi rywali opuszczają piłkę.
– Jest znakomity w kradzieży piłek, z jednoczesnym ukrywaniem swojego faulu – to jedna z opinii, które usłyszałem o nowym graczu Anwilu po zakończeniu meczu.
To nie ludzie, to wilki.
Teraz ze wszystkich zalet nowego nabytku Anwilu korzystać będzie jego nowy trener – Izraelczyk Ronen Ginbzburg, który z trybun obserwował piątkowe spotkanie w towarzystwie Bronisława Wawrzyńczuka, w minionym sezonie konsultanta ds. sportowych włocławskiego klubu, a obecnie skauta Los Angeles Lakers.
Drugą część sezonu Anwilu Włocławek można oficjalnie uznać za otwartą.