Co łączy rozgrywki Orlen Basket Ligi i EuroCup? Choćby to, że oba to wielomeczowy maraton, w którym pojedyncze zwycięstwo nie powinno dawać powodu do otwierania szampana, a porażka – niezależnie jak nie byłaby dotkliwa – do robienia pałacowego przewrotu.
Zdarzają się jednak mecze, które przynajmniej skłaniają do poważnego zastanowienia się nad tym, czy przyjęty kurs lotu jest na pewno tym właściwym.
Nie mam tu na myśli 34-punktowej porażki Śląska w Lublanie, którą przy bilansie wrocławian 4-5 w tych jakże wymagających dla polskich klubów w ostatnich latach rozgrywkach znacznie łatwiej potraktować jako „zły dzień w biurze„.
Pozostając przy porównaniu ze świata lotniczego – we Włocławku już od jakiegoś czasu wyraźnie słychać syrenę alarmową, w czwartek doszło hasło „Terrain, terrain! Pull up, pull up!„.
Prowadzony przez Grzegorza Kożana zespół przegrał mecz przeciwo Stali 89:104, a końcowy wynik zafałszował obraz całego spotkania. Goście na przełomie trzeciej i czwartej kwarty przegrywali z zespołem zbudowanym tuż przed rozpoczęciem sezonu za niewielką część budżetu, którym dysponuje Anwil już różnicą 31 punktów!
Uwzględniając wszystkie czynniki organizacyjno-finansowe różnicujące kluby z Włocławka i Ostrowie Wielkopolskiego, to dla Anwilu po prostu:
– klęska?
– katastrofa?
– kompromitacja?
Wszystkie trzy określenia jednocześnie.
Włocławskie koło
Dokładnie 10 października Anwil Włocławek przegrał na własnym boisku z Arką 98:108 i tamten wynik końcowy również zafałszował przebieg meczu. Goście w trzy kwarty zdobyli wówczas 89 punktów. W czwartej prowadzili różnicą nawet 25. Urządzili sobie w Hali Mistrzów strzelnicę z dystansu, trafiając 15-krotnie zza linii 6,75 metra.
Brzmi znajomo?
Po dwóch miesiącach od rozpoczęcia sezonu, dziewięciu meczach ligowych i odpadnięciu z FIBA Europe Cup, Anwil wciąż wygląda na zespół bez swojej tożsamości. Albo przynajmniej z odwrotną tożsamością do tej, którą latem we Włocławku zapowiadano.
Po czwartkowym meczu Anwil jest już czwartą od końca defensywą PLK, ze wskaźnikiem efektywności na poziomie 116.3 punktu traconego na 100 posiadań. Włocławianie są jednocześnie najlepsi w PLK po stronie ataku – zdobywają 121.2 punktu na 100 posiadań.
Nie będzie jednak wielką przesadą przypomnienie, że w ataku w kosza gra się bardziej talentem i tam też mniej widoczny jest wpływ trenera. Talentu ofensywnego we włocławskim zespole na pewno nie brakuje!
Nie samym basketem człowiek żyje! Oglądając czwartkowe spotkanie przypomniały mi się powyższe słowa Seana Dyche’a, prawdopodobnie ostatniego z angielskich trenerów starej szkoły piłki nożnej, którzy wciąż pracują na poziomie Premier League.
„Minimalnym wymogiem powinien być maksymalny wysiłek”.
Proste, prawda?
Do tego w obecnej wersji Anwilowi jest bardzo daleko. W Ostrowie Wielkopolskim – choć po dłuższej przerwie w rozgrywkach zespół powinien być „wyposzczony” i świetnie przygotowany – było mu najdalej w tym sezonie. Włocławscy gracze nie pomagają sobie w obronie. Nie rzucają się po bezpańskie piłki. Nie przybijają sobie piątek. Ogólnie wyglądają, jakby…
Aż korci napisać, że się nie lubią, choć to zapewne byłoby przesadą. Pozostańmy przy tym, że nie wykonują minimum tego, co – jako zawodowi sportowy – wykonywać po prostu powinni.
Co dalej?
Nie wiem, jak gorąco jest dziś w siedzibie Anwilu Włocławek, czy zapadną jakieś decyzje. Nie zamierzam tego zgadywać.
Patrząc na sytuację z zewnątrz, jedno jest pewne. Takie mecze, jak ten czwartkowy, powinny sprowokować pytanie, czy trener Grzegorz Kożan na pewno jest tym szkoleniowcem, dla którego warto dokonywać zmian w składzie.
Od momentu kontuzji Mate Vucicia Anwil szukał na rynku nowego gracza na pozycję 4/5, który mógłby dołączyć do zespołu. Najpierw po to, by zastąpić Chorwata, a potem – by móc w niektórych ustawieniach występować razem z nim.
Ostatecznie do dzisiaj żadnego nowego kontraktu nie podpisano, choć z tego co słychać co najmniej kilka kandydatur było mocno rozpatrywanych przez sztab szkoleniowy.
Jedną z nich był Wjaczesław Bobrow. 33-letni reprezentant Ukrainy występuje w obecnym sezonie w barwach Dynama Bukareszt. W kontrakcie z rumuńskim klubem nie ma jednak zapisanej kwoty wykupu i Anwilowi ostatecznie nie udało się go pozyskać.
W kuluarach słychać było, że włocławski klub był gotowy zapłacić Bobrowowi 80 tysięcy euro za grę do końca sezonu. Z rozmów z agentami wynika, że – gdyby tylko pojawił się odpowiedni kandydat – Anwil pieniądze do wydania może mieć nawet większe.
Tylko czy w tym momencie rzeczywiście to właśnie od pozyskania nowego gracza Anwil powinien zaczynać w zespole zmiany, które powinny doprowadzić do tego, by jego koszykarze wkładali w grę maksymalny wysiłek, spełniając wspomniany powyżej minimalny wymóg?
Słowa uznania dla Mejerisa
Oczywistą oczywistością jest to, że myśląc w 2025 roku o Stali Ostrów Wielkopolski, myśli się od razu o trenerze Andrzeju Urbanie. Ale jeżeli tak dobrą formę na dłużej utrzyma Daniel Gołębiowski, to i jemu będzie trzeba poświęcić oddzielny odcinek.
Ja jednak póki co jestem pod wielkim wrażeniem gry Mareksa Mejerisa. Szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności, w których funkcjonuje reprezentant Łotwy. Mówimy tu przecież o 34-letnim podkoszowym, którego zarobki w najlepszych latach kariery zapewne przekraczały 200 tysięcy euro i który w ostatnich dwóch latach świętował mistrzostwo Rumunii z Cluj-Napoca, z powodzeniem rywalizując w rozgrywkach EuroCup.
We wrześniu 2025 roku, prosto z rozgrywanych we własnym kraju mistrzostw Europy, wylądował w budowanym w ostatniej chwili zespole z Ostrowa Wielkopolskiego, któremu znacznie bliżej miało być do ostatniego miejsca w tabeli Orlen Basket Ligi niż do jej szczytów.
Co robi Mejeris? Przynajmniej z zewnątrz – wygląda na absolutny wzór profesjonalizmu. Spędza na parkiecie średnio 32 minuty w każdym meczu i w każdej z nich ciężko pracuje po obu jego stronach.
Co jeszcze? Gdy w grze Stali zdarzają się momenty, że po błędach taktycznych kolegów można z jego twarzy wyczytać – „czemu te dzieciaki nie rozumieją tak dobrze koszykówki, jak ja” – momentalnie przybija z nimi piątki, ewentualnie coś tłumaczy i gra dalej.
Wciąż na 100%!
Gdy siada na ławkę rezerwowych, to z równie dużym zapałem dopinguje kolegów z drużyny. Widziałem to z bliska na własne oczy kilka tygodni temu, gdy Stal długo w Warszawie stawiała zacięty opór Legii i po raz pierwszy dała sygnał, że trenerowi Urbanowi może udać się z naprędce kupowanych składników ugotować smaczną i pożywną zupę!
To dlatego w czwartek bardzo się ucieszyłem, że także Mareks Mejeris także miał swój świetny moment w spotkaniu przeciwko Anwilowi.
Swoją drogą – czy profil gracza takiego jak Mejeris nie jest dokładnie tym, którego obecnie szuka się we Włocławku?
Kłopot Anwilu – jeden z wielu na tym etapie sezonu – polega na tym, że o takich graczy na początku grudnia nie jest łatwo.