Krzysztof Radziwanowski: Jak przebiegają przygotowania do kluczowych meczów reprezentacji Estonii? Każdy w waszej grupie ma zupełnie realne szanse awansu do MŚ 2027, choć faworytem jest na pewno Francja.
Heiko Rannula: Pierwsza część przygotowań jest zawsze indywidualna – każdy musi obejrzeć i przemyśleć wszystko przed meczami, a dopiero potem zaczyna się właściwe zgrupowanie. Nie inaczej było w naszym przypadku. Zagramy sparingi z Litwą i Włochami, to naprawdę mocni przeciwnicy. Nasze dwa pierwsze mecze eliminacyjne będą absolutnie kluczowe. Zgadzam się, że Francja jest w teorii zdecydowanie najmocniejsza, więc nasze starcia z Węgrami i Finlandią ustawią całą resztę. Myślę, że obaj rywale są w naszym zasięgu, chociaż z Finlandią na pewno nie będziemy faworytem.
W zeszłym roku przed sezonem mówił pan, że mistrzostwo z Legią to pana największe osiągnięcie w karierze. Jak w takim razie ocenić obronę tego mistrzostwa?
Na pewno mogę potwierdzić, że obrona mistrzostwa jest jeszcze trudniejsza niż zdobycie go po raz pierwszy. Szczególnie widać to w Polsce, gdzie liga jest wyjątkowo wyrównana i nie ma drużyn, które mają dużo wyższy budżet i wystają ponad resztą. Właściwie wszystkie 16 drużyn zaczyna sezon z myślą, że celem jest gra w play-off, a nawet medal jest dla nich zupełnie realny. Choć oczywiście każda wygrana dodatkowo zwiększa presję, a oczekiwania rosną automatycznie.
Jak bardzo ten drugi pana sezon w Polsce różnił się od poprzedniego? Co było największą zmianą z perspektywy trenera?
Na pewno to, że znałem ligę zdecydowanie lepiej. Wiedziałem więcej o klubach, stylu gry, ale też o trenerach rywali. Liga była trudna, ale też bardzo ciekawa. To co było ważne dla mnie to fakt, że cały skład budowany był przeze mnie. Wiedziałem kogo wybieram i jakie zadania mu stawiam, więc łatwiej było radzić sobie z problemami. Mieliśmy naprawdę trudny moment pod koniec 2025 roku, ale kiedy przez niego przeszliśmy, stawaliśmy się już tylko mocniejsi. Szczególnie jako całość, jako drużyna.
Jak całe rozgrywki przebiegły w stosunku do oczekiwań sprzed roku? Czy mniej więcej właśnie tak je sobie pan wyobrażał?
Utwierdziłem się w ich trakcie w przekonaniu, że warto ufać sobie, ale też swoim zawodnikom. Prędzej czy później to zawsze procentuje. Ciężko nazwać to oczywiście zaskoczeniem, ale zdecydowanie największym wyzwaniem okazały się liczne kontuzje. Mieliśmy z nimi olbrzymi problem, szczególnie w pierwszej połowie rozgrywek. W pewnym momencie prawie wszyscy nasi liderzy byli poza grą. Na koniec roku to tylko nas wzmocniło, ale w trakcie sezonu było wielkim problemem.
W Lidze Mistrzów Legia prezentowała się całkiem dobrze, ale ostateczny wynik na pewno był rozczarowaniem. Czy udało się z tego niepowodzenia wysnuć takie wnioski, by w kolejnym sezonie awansować do fazy pucharowej?
Tak, mam na ten temat pewne przemyślenia. Oczywiście pierwszą rzeczą są kontuzje i tutaj, niestety, na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Kwestią czysto koszykarską, z którą sobie nie radziliśmy był z kolei brak prawdziwego „closera”. Jako drużyna wyglądaliśmy dobrze, nie mieliśmy kłopotów z grą na wyjazdach. Nie odstawaliśmy fizycznie, ani taktycznie. Ale faktem jest, że w wielu momentach nie mieliśmy zawodnika, który w końcówkach meczów wziąłby ciężar na siebie i wygrał je sam, tak jak rok wcześniej robił to dla nas McGusty. To trochę zmieniło się po przyjściu Brewtona, bo on bardzo chętnie brał na siebie taką odpowiedzialność.
Czy w pierwszej części kolejnych rozgrywek akcenty położone będą przede wszystkim na grę w Lidze Mistrzów, z założeniem, że w PLK będzie jeszcze wiele czasu do najważniejszego etapu sezonu?
Chyba tak, po prostu będziemy musieli tak zrobić. Należy pamiętać, że nasz zespół jest prawie całkowicie nowy, więc nie wszystko można przewidzieć. Talent wydaje mi się, że już mamy. Trzeba go będzie tylko przełożyć na grę zespołową. Faza grupowa z Lidze Mistrzów jest natomiast naprawdę krótka i zaczyna się wcześnie, więc nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie choćby jednego spotkania. Te mecze to nasz priorytet, ale oczywiście w PLK też zamierzamy wygrywać. Na pewno w europejskich pucharach duże minuty będą grać nasi liderzy.. Z kolei w Polsce mogą zdarzyć się chwile, gdy w większej roli pokazywać będą się musieli nasi młodsi gracze.
Wasz skład jest już w pełni zebrany, a dużym osłabieniem jest na pewno brak w nim Andrzeja Pluty. Jak ocenia pan posiadany obecnie skład w porównaniu do swoich oczekiwań sprzed rozpoczęcia okresu transferowego?
Oczywiście o samej grze nie mogę powiedzieć jeszcze wiele, bo do tego potrzebne będzie znacznie więcej czasu i wzajemne dotarcie w zespole, ale na papierze jesteśmy mocni. Szczególnie w ataku mamy sporo talentu. Jesteśmy też zdecydowanie więksi niż poprzednio, więc fizycznie powinniśmy radzić sobie dobrze. Najważniejsza będzie chemia w zespole. Mamy sporo młodszych zawodników – nie tylko Polaków, ale też Amerykanów – którzy w nie grali jeszcze na tak wysokim poziomie, a poznawać od zera będą też samą Europę.
Jakie będą najmocniejsze strony nowej Legii? Co może zmienić się w grze zespołu w porównaniu do zeszłego sezonu?
Dużą różnicą może być na pewno rozkład naszych sił w ataku. Poprzednio bazowaliśmy przede wszystkim na grze na obwodzie, a podkoszowi pełnili bardziej role zadaniowe, z konkretnymi oczekiwaniami. Teraz jesteśmy silniejsi wśród naszych wysokich, więc zakładam, że nasi skrzydłowi i podkoszowi będą punktowo bardziej widoczni. Już w ostatnim sezonie nasz skład był zdecydowanie szerszy, niż w tym kiedy byłem w Legii pierwszy raz. Był też mniej zależny od jednostek, a jego siłą okazywała się właśnie zespołowość. W tym chcemy podkręcić ten atut jeszcze bardziej. Ofensywnie powinniśmy być lepsi niż w rok temu, ale w obronie sporo pracy przede mną, by wszystko się zazębiło.
Czy ma pan już w głowie kogoś, kto może być potencjalnym liderem i wejść w rolę Camerona McGusty’ego sprzed dwóch lat i Andrzeja Pluty sprzed roku?
Tak, wyobrażam sobie w tej roli Devona Danielsa. Obserwowałem go od kilku lat i uważam, że wciąż ma spore pole do rozwoju. Drugą taką osobą jest Zach Freemantle. To gracz, który w ataku ma olbrzymi potencjał. On może być naszych liderem punktowym na przestrzeni całego sezonu.
Ostatnio w Legii byli Ojars Silins i Matthias Tass. Obaj odeszli, ale zamiast nich pojawili się Kristers Zoriks i Markus Ilver – kolejny duet łotewsko-estoński. Tu chodzi o samą obecność osób z podobnego kręgu kulturowego w szatni czy decydują wyłącznie kwestie koszykarskie oraz możliwości dotarcia do zawodników?
W mojej filozofii gry pozycja rozgrywającego jest absolutnie kluczowa. Zoriksa znałem już trochę wcześniej i wydaje mi się, że będzie do naszej drużyny dobrze pasował. Z nim mogę z automatu zaczynać z nieco wyższego poziomu, niż z pozostałymi. Z kolei Ilver nadal uczy się grania na wysokim poziomie, na razie nie zawsze dostawał wystarczająco wiele minut, ale jego umiejętności w połączeniu ze świetnymi warunkami fizycznymi dają mu duże możliwości. Na pewno może potrzebować trochę więcej czasu niż Zoriks, ale na obu naprawdę mocno liczę.
Jak zmienił się proces budowy waszego składu w stosunku do poprzedniego sezonu? Współpraca z dyrektorem sportowym klubu Aaronem Celem i prezesem Jarosławem Jankowskim przebiegała podobnie czy coś zmieniliście?
Wiele się nie zmieniło. W tej trójce dogadujemy się bardzo dobrze i chyba wszyscy znamy swoje role. W kwestiach czysto skautingowych rozmawiam głównie z Aaronem, ale swoje do powiedzenia zawsze mają też moi asystenci, których zdanie także ma dla mnie znaczenie.
Jeśli chodzi o samych zawodników – na co zwracaliście uwagę w pierwszej kolejności?
Rzeczą numer jeden jest dla mnie zawsze zespołowość. Pewien poziom umiejętności jest oczywiście zawsze potrzebny, ale ważniejsze jest to, żebyśmy dobrze pracowali jako cała grupa. Ja na razie co roku buduję skład dość podobnie. Robię kilka bezpieczniejszych ruchów i zatrudniam ludzi, z którymi miałem już do czynienia, a dopiero do nich dochodzą Amerykanie, których staram się odpowiednio dopasować. Jeśli – bazując na zebranych informacjach – mam chociaż podstawę podejrzewać, że pod kątem charakteru i podejścia do gry coś może być nie tak, to raczej odpuszczam takiego gracza już na starcie. Wiele razy poświęciłem nawet trochę więcej talentu, właśnie na rzecz ambicji i motywacji do gry dla drużyny. Nie wykluczam, że w przyszłości zdarzą się sytuacje, gdy będę musiał trochę bardziej zaryzykować w tym sensie, ale na razie miałem to szczęście, że moje bardziej zachowawcze podejście okazywało się wystarczające.
Jakiś czas temu mówił pan, że trzy filary składu to zawodnicy, którzy dadzą pełne zaangażowanie, ci, którzy wniosą czysty talent oraz mobilni podkoszowi. Kto ma pełnić te role w tym sezonie?
Wydaje mi się, że to w pewnym sensie wyzwanie jakie mam dla każdego z moich zawodników. Wszyscy muszą być w pełni zaangażowani. Talent i mobilność to rzeczy mniej uniwersalne, ale przynajmniej trochę jednego i drugiego muszą mieć wszyscy gracze, więc nie wskazywałbym już raczej nikogo konkretnego.
W wakacje ubiegłego roku rozmawialiśmy o potencjale młodszych Polaków w Legii. Już wtedy mówił pan, że Andrzej Pluta ma potencjał, by stać się pełnoprawnym liderem. Jego rozwój przebiegł zgodnie z oczekiwaniami czy jednak coś pana zaskoczyło?
Chyba tak naprawdę nie… Oczywiście zdarzyło nam się parę gorszych momentów, ale ogólnie wszystko szło w dobrym kierunku. W przypadku Andrzeja tylko w minimalnym stopniu chodziło o aspekty sportowe. Dużo większe znaczenie miało wszystko inne. Musiał zrozumieć i nauczyć się, jak zostaje się liderem. To nie tylko punkty czy nawet asysty, ale też wiele drobiazgów. Andrzej na pewno stał się ważniejszym ogniwem w szatni, nauczył się kiedy i w jaki sposób mówić do innych. Na pewno pracował bardzo ciężko i pod tym kątem jest wzorem dla wszystkich, którzy chcieliby pójść w tym samym kierunku.
Jak widzi pan role młodszych zawodników w nadchodzącym sezonie? Minuty dostawali już Wojtek Tomaszewski i Błażej Czapla, a teraz doszedł jeszcze Kuba Andrzejewski.
Tomaszewskiego oficjalnie przestaję już nazywać młodym zawodnikiem! Czas, żeby traktować go już jak normalnego, dorosłego koszykarza. Ma już sporo doświadczenia, zdążył też poznać mnie i mój system. W zeszłym sezonie przeszkodziły mu trochę kontuzje, ale w obronie jest znakomity i zamierzam z niego korzystać. W ataku ma oczywiście sporo do poprawy. Nie chodzi tylko o rzut. Ważne jest też znalezienie swojej optymalnej pozycji, lepszego ścinania, wybierania dobrych momentów do tego.
Czapla i Andrzejewski mają trochę ciężej, bo jako niżsi zawodnicy muszą mieć więcej piłki w rękach. W efekcie decydują też o grze pozostałych, a kilka błędów musi sprawić, że ściągnę ich z boiska. Czapla miał trudny rok, ale wzmocnił się fizycznie i sporo nauczył. Na pewno musi przestawić się na to, że nie będzie miał roli „scorera”, jak wcześniej w koszykówce juniorskiej. Liczę na to, że będzie kontrolował grę, dobrze rozgrywał i poprawi się w obronie. Andrzejewski fizycznie jest już chyba w pełni gotowy, ale koszykarsko też ma jeszcze sporo do zrobienia.
Planuje pan im dawać większe minuty w PLK, szczególnie dopóki Legia wciąż będzie walczyła w Lidze Mistrzów?
Na pewno bardzo mocno wierzę w nich wszystkich i każdy z nich dostanie swoje szanse. Co ciekawe, Błażej na początku poprzedniego sezonu tych okazji do gry dostał naprawdę sporo. Mieliśmy problemy kadrowe i grał niemiało, ale teraz jest zdecydowanie bardziej gotowy na takie sytuacje. Możliwe, że w lidze pograją więcej, ale nie oczekuję od nich highlightów, tylko stałej, spokojnej gry i egzekwowania naszego planu.
Czy i ewentualnie jak zmieniła się w ostatnim sezonie PLK? Jakiego kierunku zmian spodziewa się pan w nadchodzących rozgrywkach?
Wydaje mi się, że liga była trochę mocniejsza i teraz też tak powinno być. Na pewno wiele klubów mocno się profesjonalizuje – to największa różnica. Coraz więcej prezesów zdaje sobie sprawę, że nie chodzi o zatrudnienie dwóch gwiazd, tylko budowę mocnych kadr. Potencjał nadal jest bardzo duży, cały czas za często w Polsce reaguje się zbyt szybko i emocjonalnie. Często przy kryzysach potrzebne nie są zmiany, lecz głównie czas.
Na pewno w PLK do poprawy są wyniki w europejskich pucharach. Ale nie tylko – także przekonywanie klubów do zostawania zawodników, żeby składy nie zmieniały się co roku.
A czego nowego dowiedział się pan o Polsce i Warszawie przez ostatnie miesiące? Czuje się pan już w naszej stolicy jak u siebie?
Tak, czuję się tu jak w domu. Tak naprawdę od początku czułem się u was świetnie. Oczywiście wolałbym być tu razem z rodziną, ale na szczęście z Warszawy mam sporo szybkich lotów do Estonii, więc nie jest też aż tak źle. Kiedyś nie zakładałem, że Polska jest aż tak dobrze rozwinięta i nowoczesna. Co ważne, widzę też wiele podobieństw między naszymi krajami. Przede wszystkim jeśli chodzi o ludzi, ich zachowanie i reakcje w codziennych sytuacjach.
Miał pan już okazję zobaczyć coś poza samą Warszawą? Poza meczami koszykarskimi udało się zobaczyć u nas jakieś inne rozgrywki sportowe na żywo?
Tak, widziałem już całkiem dużo. Nawet z rodziną zdążyliśmy już być na paru wyjazdach poza Warszawą. Oczywiście w trakcie sezonu wolnego czasu nie ma zbyt wiele, ale staram się zobaczyć jak najwięcej. Na pewno w planach mam udanie się na południe Polski, bo tam podobało mi się najbardziej. Ludzie, góry, chodzenie po nich – w Polsce to chyba najlepsze miejsce do tego. Jeśli chodzi o wydarzenia sportowe to byłem już na kilku. Podobało mi się choćby na meczach piłkarskiej Legii, ale w planach mam jeszcze kilka rzeczy do odhaczenia w samej Warszawie.