Aleksandra Samborska: Gdybyś miał podsumować pierwsze dwa starcia z Dzikami – jak bardzo różniły się te mecze z perspektywy boiska?
Kenny Goins: Większych zmian z naszej strony w aspektach taktycznych nie było, ale moim zdaniem zasadniczo różniło się nasze podejście do realizowania przedmeczowych założeń. Na pewno też na poczynania niektórych graczy Dzików odpowiedzieliśmy większą intensywnością w naszej zespołowej obronie.
Defensywa to twój konik. Dzisiaj często przychodzi ci bronić dużych i silnych podkoszowych graczy rywali. Czy w przeszłości grywałeś już na centrze? Na ile ciężko o regenerację sił między meczami w tym wymuszonym kontuzją Mikołaja Witlińskiego ustawieniu?
Zdarzało mi się być centrem w czasach gry w NCAA, ale na pewno nie jest to moja naturalna pozycja. Nie mam jednak problemu z tym, by odnaleźć się w walce pod koszem. W Polsce gra się bardzo fizycznie, na tym etapie sezonu. W przypadku serii playoff, kiedy gra się tak regularnie, otrzymane łokciem ciosy po meczach odczuwa się szybko i intensywnie. Taka to już faza sezonu – czas, na który wszyscy czekaliśmy. Tak naprawdę żaden ból ci wówczas nie doskwiera specjalnie mocno, bo żyje się koszykarską chwilą!
Dobra akcja w obronie to też czasem jeden mały moment, w którym wyłapuje się prawdopodobne zachowanie rywala. Jak to jest w twoim przypadku? Jak przygotowujesz się do utrudniania życia poszczególnym graczom?
Defensywa jest podstawą mojej koszykówki. Narzędzi i możliwości w ataku Trefl Sopot w sezonie 2025/2026 ma naprawdę wiele, rywalowi ostateczny cios możemy zadać na dziesiątki sposobów. Może to zrobić nie jeden lider, a kilku zupełnie innych stylowo koszykarzy. Mi na tym drugim planie, na tylnym siedzeniu jest bardzo wygodnie!
Trener Mikko Larkas wiedział to doskonale, gdy skontaktował się ze mną latem. Przez to, że grałem wcześniej we francuskim Limoges, gdzie coach pracował przed przyjściem do Trefla, miał dobre rozeznanie w mojej kwestii, a ja szybko zorientowałem się, że to dobry trener i facet, z którym chcesz budować ciekawy i mocny projekt.
Bronimy mocno, a mi pomaga mój koszykarski instynkt, w końcu biegam po parkiecie już od 25 lat! Oczywiście, wszystko zaczyna się w sali w odpraw wideo, gdy z całą drużyną analizujesz mocne i słabe strony przeciwnika i rozkładasz jego możliwe zachowania na czynniki pierwsze. Na boisku musisz już działać instynktownie.
Niesamowity, wrodzony instynkt obrońcy ma u nas Paul Scruggs. To było widać w sobotę. My naprawdę nie zmieniliśmy dużo w taktyce, to były drobne, kosmetyczne poprawki, ale twardo trzymaliśmy się tego, że jesteśmy doświadczeni i wiemy, kto, co i jak w Dzikach gra. Widzimy, że jeśli danemu zawodnikowi rywala podpasuje match-up to na pewno będzie szedł 1 na 1, a my wtedy będziemy gotowi jego obrońcy pomóc.
Ta pomoc będzie niezbędna także we wtorek do odniesienia kolejnego zwycięstwa! Wiemy to, bo mamy za sobą już niejednen playoff.
W mocnych ligach w Europie kibice szaleją, gdy widzą mocną obronę. Ty do PLK trafiłeś z Nowej Zelandii, gdzie raczej ciężko o wyrafinowaną defensywę. Grałeś też w greckiej i we francuskiej ekstraklasie, ale też również we wspomnianym Manawatū-Whanganui czy w Meksyku. Co tobą powodowało, że podpisywałeś kontrakty także w tak egzotycznych miejscach?
Raz to była kontuzja, innym razem narodziny mojej córki – chciałem być wtedy z żoną, w efekcie czego trafiłem do tych, nazwijmy to, mniejszych lig. Ciężko jest przebić się do orbity rozgrywek i lig na poziomie, kiedy dużo czasu musiałeś spędzić w domu. Takie rozgrywki, zazwyczaj letnie, pozwalają ci na grę 5 na 5 i pomagają w utrzymaniu formy niezbędnej do powrotu na ten właściwy rynek.
Nowa Zelandia przed Treflem na pewno pomogła mi udowodnić skautom i sobie, że wciąż jestem w stanie dowozić w meczach, że cały czas mam mocne strony, którymi mogę pomagać drużynie. W Nowej Zelandii, podobnie jak w Australii, bardzo wzorują się na NBA – mnóstwo jest izolacji, grania 1 na 1 i szybkiego przechodzenia do ataku. Mecze kończyły się wynikami, które w Europie ciężko sobie nawet wyobrazić.
Na te wszystkie koszykarskie podróże wyruszasz ze swojego rodzinnego Michigan. Na swój stanowy uniwerek zdecydowałeś się mimo braku sportowego stypendium od tej szkoły, a barw uniwersyteckich nie zmieniałeś przez całą karierę akademicką. Tak bardzo chciałeś być Spartaninem z Michigan State?
Bardzo. Od zawsze! Na mecze Michigan State chodziliśmy rodzinnie odkąd pamiętam, odkąd mam w ogóle jakiekolwiek zachowane wspomnienia. Potem faktycznie przyszedł czas wyboru szkoły wyższej. Dostałem stypendia z innych ośrodków. Ciężko jest odrzucić ofertę z college’u, który oferuje ci bezpłatne nauczanie, ale moi rodzice zapewniali mnie, że absolutnie nie muszę się tym przejmować. Że pokryją te koszta. Miałem więc ich olbrzymie wsparcie – także kibicowskie na trybunach. Byli po sąsiedzku, nie musieli podróżować na moje mecze przez pół kraju.
W Michigan State szybko zrozumieli, że na Goinsa z przedmieść Detroit warto jest stawić, a ty w historii uczelni zapisałeś się rzutem na wagę zwycięstwa w starciu z Duke podczas turnieju finałowego w marcu 2019. Jak pamiętasz tamte chwile?
Mam wrażenie, że ludzie robią z tego rzutu większą sensację, niż faktycznie on na to zasługuje (śmiech), ale to oczywiście była też jedna z tych koszykarskich chwil, o których będę chciał opowiadać córce z nadzieją, że będzie tym żywo zainteresowana! To był na pewno wyjątkowy początek mojej kariery, w grupie fantastycznych ludzi. Cieszę się, że ta przygoda z koszykówką trwa nadal, że pozwala mi na nią zdrowie!
Po sobotnim meczu wszyscy chwaliliście kibiców Trefla. W sektorze klubu kibica z gorąca nastąpiły omdlenia, były oprawy, szalony doping i nowe przyśpiewki – wszystko, o czym marzyć może grający w Europie koszykarz. Fani w Sopocie pomogli wam wygrać mecz nr 2?
Na 100%, atmosfera była fenomenalna. Ja, z uwagi na klimat naszej mniejszej hali, czułem się, jakbym znowu znalazł się w szkole!
Sopot, w ogóle Trójmiasto, jest fantastycznym miejscem do życia dla rodziny. Sama przyznaj – gdzie mogłoby być lepiej, jak nie tu? Mieszkamy obok restauracji Mama Indii, pychota. Lubimy Stare Miasto w Gdańsku, sopockie molo. Zima była ciężka, liczyliśmy, że aż takiej nie będzie, ale teraz jest cudownie. Mieliśmy odwiedziny rodziny żony, znajomych. W zasadzie nie wiem, dlaczego wrócili do USA!
Wy do Sopotu teraz najchętniej wrócilibyście pewnie na półfinał, by stoczyć walkę z Dzikami w piątym meczu. W takim razie co trzeba zrobić, by w hali na Kole Trefl w dwóch kolejnych meczach wygrał przynajmniej raz?
Musimy wygrać bitkę na deskach i szanować każde posiadanie, by maksymalnie ograniczyć straty. To one w pierwszym meczu nas całkowicie zgubiły. W drugim już mieliśmy nad nimi, a więc i nad swoją grą większą kontrolę. To samo ze zbiórką – trzeba poważnie utrudnić rywalowi zbiórki w ataku. To są w moim przekonaniu dwie rzeczy, które w naszej grze szwankują najmocniej, a których widoczna poprawa może zmienić obraz tej serii!
Rozmawiała Aleksandra Samborska, @aemgie