Markotna mina właściciela Kinga Krzysztofa Króla po przegranym meczu z Zastalem mnie nie dziwiła. Można skutecznie prowadzić wojnę bez jednego żołnierza – Szczecinianie wygrali przecież pierwszy mecz bez leczącego już uraz od kilku tygodni Przemysława Żołnierewicza. Pojedyncze bitwy można nawet wygrywać bez dwóch ważnych żołnierzy – King był bliski tego, by w sobotę triumfować bez wyłączonego nagle przez kontuzję Tomasza Gielo. Ale bez trzech? Nie da się. Nic dziwnego, że bez wyeliminowanego w czwartej kwarcie Nemanji Popovicia King ostatecznie padł w starciu z coraz zdrowszym Zastalem, który mógł liczyć na wsparcie wracającego do zdrowia i gry Chavaughna Lewisa
Czy Jakub Szumert za kopnięcie, w wyniku którego Popović doznał kontuzji zasłużył na faul? Oczywiście. Czy zasłużył na większą karę i np. odsunięciem od gry w meczu nr 3? Nie jestem przekonany – to playoff. Może i zagranie Szumerta nie wyglądało na do końca naturalne i czysto koszykarskie, ale przecież dosłownie chwilę po nim, w tej samej akcji stojący obok sędzia Proc nie odgwizdał też przewinienia Mateusza Kostrzewskiego, który potraktował z bioderka Filipa Matczaka.
Jak dla mnie – trochę jak 1:1. Że pech/strata Kinga, biorąc pod uwagę uraz Popovicia, zdecydowanie większe? Oczywiście. Wyznaczając linię tego co wolno, a czego nie na boisku sędziowie muszą być jednak przede wszystkim konsekwentni, nie mogą przecież oceniać skutków.
Nie wiemy jak poważne są urazy Żołnierewicza, Gielo i Popovicia. Nie zdziwię się, jeśli dowiemy się o tym dopiero chwilę przed meczem nr 3. Terminarz nie jest sprzymierzeńcem ekipy Macieja Majcherka. Fizjoterapeuci ze Szczecina mają najpewniej czas tylko do środy, gdy zakończy się mecz nr 4, by postawić na nogi przynajmniej jednego z wysokich graczy. O tym, że King ma wąski skład i jest w ogromnej mierze uzależniony od duetu Gielo/Popović wiadomo było od dawna. Chyba nikt nie przypuszczał jednak nawet w najczarniejszych scenariuszach, że ten zespół w najważniejszym momencie sezonu będzie musiał sobie radzić bez obu tych graczy.
Może jednak nie będzie tak źle?
Szerokość składu ma znaczenie, także w playoff, gdy trenerzy w najważniejszych momentach zawężają rotację. Fakt, że Legia i Śląsk mogą sobie pozwolić obecnie na luksus pozostawiania poza kadrą meczową graczy tego kalibru co Matthias Taas i Angel Nunez świadczy o ich możliwościach. Nieprzypadkowo obie drużyny prowadzą w 1/4 finału 2:0.
Śląsk wygrał pierwszy mecz fartownie, ale po powrocie Noah Kirkwooda zgodnie z oczekiwaniami wyglądał już dużo lepiej. Kirkwoodowi brakowało jeszcze po dłuższej przerwie skuteczności, ale on nie musi zdobywać wiele punktów, by odmieniać oblicze WKS i sklejać ten zespół. Wrocławianie mecz nr 2 wygrali spokojniej niż poprzedni dzięki lepszej grze całej drużyny, ale Kadre Gray w takim wydaniu jak w sobotę przypomina na poziomie PLK kosmitę – 23 punkty, 8 asyst, 9/10 za 2.
Jeśli Kirkwood będzie powoli w trakcie kolejnych meczów dochodził do siebie, Ślask znajdzie się na dobrej drodze do finału.
Aha, skoro już byliśmy przy Szumercie i ewentualnej dodatkowej karze dla niego – Jarvis Williams za to uderzenie wyprowadzone w kierunku Kresimira Ljubicicia też nie powinien otrzymać „zawiasów” przed kolejnym meczem. Sam zamiar to jednak moim zdaniem za mało.
A że gracze powinni się bardziej szanować? Inna sprawa! Dosyć już tych kontuzji!
Legia? Z kończącym akcje dynamicznymi wsadami Andrzejem Plutą wszyscy jej kibice mogą być o nią spokojni. W sobotę trudno nie było odnieść wrażenia, że mistrzowie Polski – nic nie ujmując drużynie Artura Gronka – chcieli wygrać z MKS minimalnym możliwym nakładem sił. W pełni im się to udało. A że we wtorek w Dąbrowie Górniczej gospodarze rzucą na szlę wszystko co mają i może się zrobić ciekawie, to już inna para kaloszy. Byłbym jednak w lekkim szoku, gdyby ta seria wróciła jeszcze do Warszawa.
Podobnie zresztą jak ćwierćfinałowa rywalizacja Śląska do Wrocławia.
Czy Trefl wyszarpaniem drugiego meczu w Sopocie może zmienić losy serii z Dzikami? Wykluczyć tego nie sposób, ale tu znów wracamy do kwestii tego jak ważne są kontuzje i szerokość składu. Ta drużyna bez Mikołaja Witlińskiego jest po prostu zdecydowanie słabsza. Ale czy może raz wygrać w Warszawie? Pewnie. Szczególnie, jeśli Szymon Zapała, który już w meczu nr 2 chwilę po narodzinach dziecka wydawał się być mocno ożywiony, zagra jeszcze lepiej. Na pewno go na to stać!
Poza tym – jak mówi stara, sportowa prawd: w kluczowych momentach sezonu nigdy nie możesz lekceważyć serca mistrza. Szczególnie, gdy mistrz zdrowieje. Jakub Schenk wie jak wygrywać w playoff, a w dwóch dotychczasowych meczach z Dzikami w trakcie 35 minut zanotował 14 asyst. W każdym kolejnym po wielomiesięcznej przerwie powinien czuć się coraz pewniej!