Strona główna » Puchar Polski zza kulis: Larkas i Rannula zagrali w hokeja. Pluta osamotniony, Witliński ponownie czuje prąd

Puchar Polski zza kulis: Larkas i Rannula zagrali w hokeja. Pluta osamotniony, Witliński ponownie czuje prąd

0 komentarzy
„Koszykówka to gra runów” to chyba jedno z najbardziej wyświechtanych powiedzeń związanych z basketem w trzecim dziesięcioleciu 21. wieku. Jednocześnie, pozostaje jednym z najbardziej prawdziwych. Po raz kolejny przekonaliśmy się o tym w czwartek w trakcie pierwszego dnia turnieju o Puchar Polski w Wałbrzychu.

Powyższa akcja skutecznego w tym meczu Andrzeja Pluty (17 pkt, 5×3) przypieczętowała serię 8:0 Legii i dała warszawskiej drużynie najwyższe w meczu 10-punktowe prowadzenie. Trenera sopocian Mikko Larkasa zmusiła do wzięcia przerwy na żądanie – pierwszej od czasu takowej z drugiej kwarty rozegranego przed dwoma tygodniami (!) meczu z Miastem Szkła Krosno.

Tak, wiem, że po drodze Trefl wygrał w Wałbrzychu 100:91.

Nie, fiński szkoleniowiec ani razu z przerwy na żądanie w trakcie meczu z Górnikiem nie skorzystał.

Ta wzięta przy prowadzeniu Legii 61:51 okazała się w wykonaniu szkoleniowca sopocian znakomita. Po powrocie na parkiet jego koszykarze zdobyli aż 11 punktów z rzędu, a wypracowanego wówczas prowadzenia już nie oddali.

Estończycy też lubią hokej

Skoro już zacząłem dzisiejsze „Kulisy” od truizmów, to czas na kolejny – Finowie uwielbiają hokej na lodzie.

W warunkach Orlen Basket Ligi potwierdza to w każdym meczu trener Larkas, który w typowym dla tego sportu stylu rotuje składem, starając się dzięki temu utrzymać maksymalną intensywność w grze drużyny.

W hokeja grają jednak również w Estonii, chociaż na poziomie reprezentacyjnym czynią to dokładnie o dwa poziomy niżej. Wspominam o tym nieprzypadkowo, gdyż po wcześniejszych przegranych z Treflem w Superpucharze Polski i Orlen Basket Lidze, trener mistrzów Polski Heiko Rannula ewidentnie chciał, by jego gracze dorównali w intensywności gry rywalom.

W pierwszej połowie szkoleniowiec Legii dokonał aż 22 zmian. Trefl? Też 22. Po zmianie stron tempo roszad w składach obu zespołów podupadło, ale ostatecznie to warszawski zespół wykonał ich więcej (19:17).

Bez efektu.

Po powrocie do zdrowia Matthiasa Tassa Legia ma w składzie 7 obcokrajowców. W czwartek poza składem znalazł się Shane Hunter. Jest jednak jeden gracz, którego zastąpić się nie da – to oczywiście wspomniany już wcześniej Pluta.

W meczu przeciwko Treflowi reprezentant Polski spędził na parkiecie niemal 35 minut i nie ma się czemu dziwić, że na konferencji prasowej pojawiło się pytanie o sytuację na obwodzie w warszawskiej drużynie.

Pamiętacie jeszcze „trójkę” Pluty, gdy związał nogi Kacinasowi? Wydarzyło się to na 3 minuty przed końcem 3. kwarty. Jak się później okazało, były to ostatnie punkty reprezentanta Polski w czwartkowym spotkaniu.

Dla trójki rozgrywających, czy raczej „ballhandlerów” – jak być może nieprzypadkowo określił ich trener Rannula – bezlitosna jest także inna pomeczowa statystyka. Wspomniany Pluta, a także Jayvon Graves i Dominic Brewton zanotowali w całym spotkaniu 8 asyst. Popełnili przy tym aż 12 strat.

Przy takich osiągnięciach graczy obwodowych mecze wygrywać jest bardzo, ale to bardzo-bardzo trudno.

Powrót Witlińskiego

16 punktów i 6 zbiórek to dorobek Mikołaja Witlińskiego, który zanotował być może swój najlepszy występ w bieżącym sezonie. Na pewno najlepszy od czasu przebytej w styczniu choroby.

To właśnie w dużej mierze dzięki swojemu centrowi Trefl zdominował strefę podkoszową, skąd zdobył aż o 18 punktów więcej od rywali (46:28).

8 z tych 16 punktów Witliński zdobył w pierwszych 4 minutach spotkania, gdy sopocki zespół miał wielkie problemy ze znalezieniem drogi do kosza Legii. Polski środkowy radził sobie zarówno z Race’em Thompsonem, jak i powracającym do gry po kontuzji Matthiasem Tassem.

Po meczu zapytałem się zatem samego zainteresowanego, czy czwartkowy występ to oznaka powrotu do pełni formy.

Wygląda na to, że tak.

Doświadczenie w kłopotach procentuje

– Jesteśmy mistrzami w grze 4 na 4 – powiedział Kacper Marchewka po zakończeniu drugiego ćwierćfinału, w którym Górnik Wałbrzych pokonał Arkę Gdynia 91:81.

To oczywiście aluzja do trapiących jego kolegów od początku sezonu problemów zdrowotnych i przeprowadzanych w kadłubowych składach treningach Górnika. Nic zatem dziwnego, że przyzwyczajeni do kłopotów wałbrzyszanie okazali się lepsi od uczących się dopiero tej umiejętności gdynian.

Lovell Cabbil, Marc Garcia, Ike Smith, Einaras Tubutis, Kamil Łączyński tak wyglądała czwartkowa lista nieobecnych w obu drużynach. Nie będzie przesadą napisanie, że poza parkietem było więcej talentu niż na nim.

A przecież nie wymieniłem Courtneya Rameya i Marcusa Weathersa, z którymi trójmiejski zespół rozwiązał kontrakty w ostatnich dniach. Weathersa ma zastąpić powracający pomału do zdrowia Tubutis. W miejsce Rameya poszukiwany jest nowy zawodnik obwodowy.

Trener gdynian Mantas Cesnauskis potwierdził po meczu, że negocjacje są już na zaawansowanym etapie.

Co do samego spotkania, nie wiem, jak wyglądało ono w telewizji, ale na żywo oglądało się je naprawdę nieźle. W dużej mierze dzięki kibicom Górnika, którzy podobnie jak przed rokiem licznie nawiedzili Sosnowiec. W sobotę ma być ich jeszcze więcej.

Najgłośniej było po efektownej „trójce” Grzegorza Kulki z połowy boiska na zakończenie 3. kwarty.

Bohaterem Górnika był jednak Avery Anderson, który z 31 punktami, 8 zbiórkami i 9 asystami zakręcił się wokół niezwykle efektownego triple-double.

Co najbardziej rzucało się w oczy oglądając grę Amerykanina? Spędził na parkiecie prawie 36 minut, oddał 16 rzutów z gry, wymusił 6 fauli rywali, a mimo tego miał zdrowie i chęci, by jednocześnie naprawdę ciężko pracować w defensywie i mocno naciskać na rywali.

Sam karał ich takimi rzutami.

Takiej gry, takich trafień Andersona wałbrzyszanie będą potrzebować również w sobotę, jeżeli chcę nie tylko skutecznie zrewanżować się za niedawną porażkę 91:100 Treflowi i wykonać drugi krok w kierunku obrony zdobytego przed rokiem w Sosnowcu w niespodziawanych okolicznościach tytułu.

Gdyby ta sztuka udała się ekipie Andrzeja Adamka w obecnym składzie – nawet przy ewentualnym powrocie do gry Marca Garcii – ponownie, mówilibyśmy o nieprawdopodobnej sensacji.