26 grudnia – wtedy to po raz ostatni Śląsk Wrocław zagrał w najsilniejszym osobowo zestawieniu, pokonując w ligowym klasyku Anwil Włocławek 86:79. Od tamtego czasu mniejsze lub większe urazy powodowały, że zarówno w meczach Orlen Basket Ligi, jak i EuroCupu trener Ainars Bagatskis zawsze musiał przestawiać figury na szachownicy.
Nie inaczej było w sobotę, gdy w hitowym meczu weekendu przeciwko Treflowi Sopot we wrocławskiej drużynie zabrakło kontuzjowanego kapitana Jakuba Nizioła i chorego Angela Nuneza.
Czy miało to znaczenie? Jeżeli tak, to niewielkie, gdyż pozbawiony dwóch ważnych graczy Śląsk pewnie wygrał 96:85 i odniósł już 10 zwycięstwo w 11 ostatnich ligowych meczach.
Jak mocna personalnie jest wrocławska ekipa?
Mocna tak bardzo, że przy braku wspomnianej dwójki, jej szkoleniowiec mógł sobie jednocześnie pozwolić na rozpoczęcie meczu na ławce rezerwowych Noah Kirkwoodem i Stefanem Djordjeviciem – dwójką koszykarzy, którzy zapewne znaleźliby się w ligowym TOP 10 w głosowaniu na MVP sezonu.
Bohaterowi nie byli zmęczeni
Gospodarzom w odniesieniu efektownej wygranej nie przeszkodził fakt, że cztery dni wcześniej rozegrali niezwykle wyczerpujący – zarówno fizycznie, jak i mentalnie – zakończony dwoma dogrywkami i porażką 107:113 mecz z Arisem Saloniki.
Czasu na odpoczynek niby było sporo, ale pamiętając łotewskiego szkoleniowca z wtorkowej konferencji prasowej trochę się zastanawiałem, jaki Śląsk obejrzą jego kibice.
Wrocławianie pokazali jednak swoją najlepszą twarz.
Znakomici byli szczególnie w pierwszej połowie, co zresztą zauważył i docenił również ich trener.
Po słabej w ich wykonaniu 3. kwarcie, w której z prowadzenia 67:54 zrobiło się 71:70, kwestia zwycięstwa rozstrzygnęła się ostatecznie w jego ostatniej części.
W niej, podobnie jak tydzień wcześniej w Warszawie, najważniejszy okazał się Kadre Gray. Całą robotę Kanadyjczyk tym razem zrobił jednak na tyle wcześnie, że nie musiał oddawać decydującego rzutu równo z syreną.
Jego sekwencja skutecznych akcji była doprawdy imponująca. Superstar-level.
Kanadyjczyk ostatecznie zakończył z dorobkiem 20 punktów, 9 asyst i 7 wymuszonych fauli. Ocenę obniża za to 7 strat, najczęściej popełnianych przy wbijaniu się na koźle w okolice obręczy i często zbyt optymistycznym oczekiwaniu, że sędziowie nagrodzą to faulem.
Czego mogli dowiedzieć się gracze Śląska po zakończeniu 4. kwarty, gdy od stanu 71:70 zanotowali serię 14:2?
– Znacznie łatwiej wygrywa się mecze, gdy w drużynie rywali nie ma graczy z poziomu 50 tysięcy dolarów miesięcznie, jak Danilo Andjusić – Serb najbardziej karał ich w decydujących momentach pojedynku z Arisem.
Duża porażka, małe zwycięstwo
Tegoroczne drużyny Trefla i Śląska wiele łączy, nie tylko pod względem pozytywów. Oba znajdują się choćby wysoko w klasyfikacji traconych piłek – pod względem ich procentów sopocianie są drugim, a wrocławianie czwartym najgorszym zespołem w lidze.
Przed rozpoczęciem spotkania zastanawiałem się, czy właśnie ten element nie okaże się kluczowy, a ekipa, który ograniczy straty własne, a będzie w stanie wykorzystywać te popełnione przez rywala, znajdzie się znacznie bliżej końcowego zwycięstwa.
Obie drużyny dobrze jednak chroniły piłkę i popełniły ich łącznie tylko 21 przy 44 rozdanych asystach. Był to na pewno jeden z elementów, który przełożył się na to, że w sobotnie popołudnie obejrzeliśmy bardzo dobry mecz.
Takich spotkań Trefl nie będzie jednak wygrywał, gdy Paul Scruggs kończy je na 9 punktach, a z przebiegu gry Amerykanin częściej wydawał się być zwierzyną, której szukali gracze Śląska, niż myśliwym polującym na słabe strony gospodarzy. Świadczyło choćby o tym popełnione przez niego 5 przewinień w ciągu 23 minut gry.
Gościom na pewno też nie pomogło odnowienie się urazu i brak w składzie Kenny’ego Goinsa, ważnego podkoszowego w rotacji Mikko Larkasa, którego obecność pozwala fińskiemu szkoleniowcowi na obniżanie składu bez przesadnej utraty jakości w walce w polu 3 sekund.
Każdy wypadający element rotacji jest też przecież problemem dla drużyny, która także występuje na dwóch frontach – we wtorek, jeszcze z Goinsem w składzie, pokonała Rostock SeaWolves 83:74 w meczu FIBA Europe Cup.
Za jedyny sobotni sukces Trefla można uznać utrzymanie różnicy porażki na 11 punktach, dzięki czemu goście obronili 12-punktową zaliczkę z wygranego 93:81 meczu w 1. rundzie.
Czy jednak będzie to miało znaczenie w końcowym rozrachunku?
Mam co do tego wątpliwości. Trefl ma w tym momencie dwie porażki więcej od Śląska i jednocześnie narastający problem ze zwyciężaniem na wyjazdach. Sobotnia przegrana była już bowiem czwartą z rzędu w ligowych meczach w hali rywala.
Po raz ostatni Trefl przywiózł z wyjazdu komplet punktów 13 grudnia, gdy w Lublinie rozbił PGE Start 105:84.
Śląsk? Śląsk wydaje się na chwilę obecną drużyną nie do zdarcia.